Zapiski z domu buntownika
Choćbyś nie wiem jak bardzo starał się zmienić rzeczywistość, węgiel pozostanie węglem, a tlen tlenem.
3 obserwujących
2 notki
1852 odsłony
1460 odsłon

Zapiski z czasu zarazy

Wykop Skomentuj63

Wczoraj minął drugi miesiąc od ogłoszenia przez dyrektora  WHO światowej pandemii SARS-CoV-2 (bez wydania formalnego dokumentu), uznałem więc tę kolejną miesięcznicę nowej rzeczywistości, za dobrą okazję do zamieszczenia paru subiektywnych spostrzeżeń. Spisuję je z perspektywy mieszkańca małej wioski na Podkarpaciu, który od ponad roku ma komfort pracy zdalnej, więc zmiany, jakie przyniosła pandemia, są dla mnie znośne – poza kilkoma niuansami, o których wspomnę w dalszej części. Nie będę używał dokładnych dat z kilku powodów:

    • mam sklerozę;

    • nie prowadziłem na bieżąco „dziennika czasu zarazy”;

    • jestem zbyt leniwy, żeby sprawdzać w Internecie, kiedy dokładnie wprowadzono dane obostrzenie.

 Na początku mały flashback ze stycznia tego roku, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o nowym koronawirusie. Pamiętam rozmowę telefoniczną z kumplem, inżynierem zatrudnionym w branży lotniczej. Pojawia się nazwa Wuhan i wzmianka o laboratorium mikrobiologicznym w tym mieście. Domysły dość oczywiste – coś tam zmajstrowali, wylazło i mają Chińczycy problem. Nie jestem wirusologiem, ale w miarę ufam nauce – sprawdzam więc, co o koronawirusach mówi ciocia Wiki (może nie najbardziej rzetelne źródło wiedzy, ale jakieś ogólne wyobrażenie daje – później zawsze można szperać głębiej, w recenzowanych artykułach). Definicja z Wikipedii sucha jak pięty Cejrowskiego – niewiele mówiąca laikowi „Koronawirusy – gatunki wirusów, należących do podrodziny Coronavirinae z rodziny Coronaviridae w rzędzie Nidovirales (…). Nosicielami mogą być ssaki lub ptaki.” Co ciekawe, kilka miesięcy temu w cytowanym artykule znajdowała się informacja, iż koronawirusy, z wyjątkiem SARS i MERS, są stosunkowo łagodne. Teraz już tego zdania nie ma. Wciąż natomiast można przeczytać, że „koronawirusy są odpowiedzialne za 10-20% wszystkich przeziębień” (równocześnie przyklejona jest do tej frazy informacja w indeksie górnym „potrzebny przypis”). Warto wspomnieć, że pierwszy SARS z lat 2002-2003 również został zidentyfikowany w Chinach, wówczas jednak skala transmisji była nieporównywalnie mniejsza, ilość ofiar znikoma (800 przy stosunkowo wysokim wskaźniku śmiertelności blisko 10%). W Polsce trwała łagodna zima, ja chwilowo miałem mniej zleceń, więc koncentrowałem się głównie na treningach na siłowni. Życie biegło swoim normalnym torem.

 Przychodzi luty – w miejscowości, która jest siedzibą mojej gminy, zamknięto podstawówkę. Powód – wzrost zachorowalności wśród dzieci. W mediach pojawia się coraz więcej doniesień o nowym koronawirusie. Słyszy się o przypadkach zakażeń we Włoszech. Większość moich znajomych z siłki robi sobie jaja z zagrożenia – łącznie ze mną. Im bliżej marca, tym mniej krajów na mapie Europy wolnych od wirusa. Ale dane nastrajają optymistycznie. Sprawdzam po raz pierwszy statystyki z Chin – zakażonych 80 tysięcy osób (głównie w prowincji Hubei), zmarło 3 tysiące. W skali kraju, liczącego ponad miliard trzysta milionów mieszkańców, dane te nie wyglądają alarmująco. Przychodzi data, którą nawet taki sklerotyk jak ja musiał zapamiętać. 4 marca 2020, pacjent zero w Zielonej Górze. Na siłowni wciąż robimy sobie podśmiechujki z epidemii, ale pojawiają się również głosy, że wkrótce może to być śmiech przez łzy. Pojawia się kwestia maseczek. Jeden z klientów, policjant, swój chłop, cytuje popularnego mema: „maseczki tak samo chronią przed koronawirusem, jak stringi zasłaniają dupę”. Nastroje wciąż są dobre, cisza przed burzą.

 Pamiętam mój ostatni trening – piątek przed zamknięciem granic i wprowadzeniem obowiązkowej kwarantanny dla rodaków wracających do kraju. Na siłowni pustki. Spotykam ziomka, który nazajutrz ma wyjechać do Holandii do pracy. W lecie ma wziąć ślub. Mówi, że jakaś obawa jest, ale trzeba pracować, jest związany kontraktem, zachowuje spokój. Od poniedziałku moja siłownia zostaje zamknięta. A Polska powoli zapada w spóźniony sen zimowy.

 Dwa dni przed wprowadzeniem zakazu wychodzenia z domów bez potrzeby i spotykania się ze znajomymi, kumpel wyciąga mnie na spacer. Ma problemy zdrowotne (choroba dwubiegunowa afektywna), ale bardziej niż stan jego psychiki, martwi mnie wygląd jego zaczerwienionego nosa. Kaszle i kicha, wita się ze mną łokciem. Wtedy miałem autentyczne obawy, czy może nie jest zakażony. Czy może sam się nie zarażę. Z perspektywy czasu jasno widzę, jaką siłę ma autosugestia. Nie idziemy głównymi ścieżkami, lecz przebijamy się przez chaszcze, aby dotrzeć do miejsca, gdzie w naszej miejscowości mniejsza rzeczka wpada do większej. Mijamy starorzecze, przedzieramy się przez połamane drzewa i zarośla. Gdzieniegdzie rosną już fiołki. Kumpel opowiada mi o swoim objawieniu w Zakopanem, po którym zdiagnozowano u niego chorobę i o Beskidzkich Aniołach. W końcu docieramy do celu. Jest Tam rzeczywiście pięknie. Woda niemal krystaliczna, można zobaczyć kamienie na dnie. Naprzeciwko nas skarpa, na której leżą resztki śniegu. Wokół panuje przyjemna cisza – wkrótce zacznie ona królować wszędzie.

Wykop Skomentuj63
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości