Zapiski z domu buntownika
Choćbyś nie wiem jak bardzo starał się zmienić rzeczywistość, węgiel pozostanie węglem, a tlen tlenem.
3 obserwujących
4 notki
3363 odsłony
824 odsłony

Pandemia w wielkim mieście

Wykop Skomentuj15

El sueño de la razón produce monstruos

    Pół roku temu pisałem o koronawirusie z perspektywy mieszkańca niewielkiej wioski na pograniczu Małopolski i Podkarpacia. Dziś ta perspektywa nieco się rozszerzyła, od dwóch i pół miesiąca jestem bowiem szczęśliwym mieszkańcem Poznania. W zasadzie to nie ma sensu odgrzewać starych kotletów - temat sars-cov-2 i covida został już tak skrupulatnie przemielony przez wszelkiej maści ekspertów i amatorów wirusologii, że nie mam zamiaru kopiować ich ustaleń. Niemniej jednak, jako że mogę teraz obserwować rozwój wypadków z zupełnie innego punktu odniesienia niż 8 miesięcy temu, postanowiłem podzielić się z Wami garścią osobistych spostrzeżeń. 

      Lato w mieście miało swoje uroki. Sierpień sprzyjał wypadom na rynek czy do parków, a tam tłumnie i bez maseczek gromadziła się okoliczna i napływowa ludność. Uliczki, puby i restauracje pękały w szwach. W tamtym okresie dzienne komunikaty na temat nowych zakażeń i zgonów nikogo nie przerażały a ludzie żyli niemal jak przed pandemią. Normalnie  - chociaż teraz już właściwie nie wiadomo, co to słowo znaczy. No a potem przyszedł wrzesień i w zasadzie niewiele się zmieniło poza wzrastającymi liczbami w komunikatach Ministerstwa Zdrowia. Teraz jednak miasto stopniowo zasypia - zupełnie jak późną wiosną.

       W mediach często słyszy i czyta się o tym, jak to rzekomo Polacy nie przestrzegają obowiązku zakrywania nosa i ust, rozsiewając w ten sposób wirusa. Pod tym względem poznaniacy nie mają sobie nic do zarzucenia. Gdy nakaz ograniczał się do zamkniętych przestrzeni (komunikacji miejskiej, aptek, sklepów itp), było wyjątkowo trudno spotkać kogokolwiek, kto ignorowałby rozporządzenie. Gdy nakaz rozszerzono na całe spektrum publiczne  - mieszkańcy Poznania równie karnie zasłonili twarze. Nawet na pustych chodnikach czy w windzie mojego bloku można spotkać osoby w maseczkach lub przyłbicach. Tak się złożyło, że zamieszkałem na wyjątkowo spokojnym osiedlu. W alejkach naszego miniparku codziennie mijam liczne grono seniorów, matki z dziećmi w wózkach, osoby wyprowadzające psy na spacer itp. Pod moim blokiem znajduje się komisariat Policji, więc teoretycznie jesteśmy bezpieczni (a i bliskość służb mundurowych sprzyja posłusznemu egzekwowaniu przepisów). Słowem, wielkopolska Arkadia.

   Ale żeby nie było tak zupełnie sielankowo, wspomnę o kilku epizodach - kadrach z kafkowskiego koszmaru, które utkwiły mi w pamięci.

1) Multikino - parę tygodni temu wybraliśmy się z dziewczyną na film, którego tytułu nie warto przytaczać i chcieliśmy kupić sobie popcorn. Okazało się, że aby móc cokolwiek jeść na sali kinowej, należy mieć założoną przyłbicę. Jeśli ktoś nie ma własnej, usłużni pracownicy multipleksu oferują je w rewelacyjnie niskiej cenie 5 zł za sztukę. Tego dnia zadowoliliśmy się samym filmem.  

2) Biedronka  - dzień przed wejściem w życie  powszechnego obowiązku zakrywania nosa i ust w przestrzeni publicznej, podszedł do mnie przed drzwiami wejściowymi Biedronki jakiś Pan i zwrócił się w moją stronę w takich mniej więcej słowach "od jutra się zacznie, policja będzie wyłapywać, jak pan nie będziesz miał maseczki to koniec". Przez moment zastanawiałem się, co ten czlowirk miał na myśli  - mandat, areszt czy zsyłkę na Sybir.

3) Siłownia - fortunnie udało mi się podjąć pracę zdalną, więc nie muszę przez 8-10 godzin dusić się w jakże zbawiennych maseczkach. Niefortunnie, wraz z wprowadzeniem nowych obostrzeń, zamknięto moją  osiedlową siłownię, co z pewnością wpłynie dodatnio na masę i ilość tkanki tłuszczowej. Ostatni piątkowy trening przypominał stypę. Ani jednej kobiety na siłowni. Garść samców, którzy przyszli po raz ostatni "przypakować". Niby w obliczu realnych i wydumanych problemów siłownia powinna mieć marginalne znaczenie, a jednak było mi tego dnia żal jak cholera. Dodam, że przez 2 miesiące nie widziałem na mojej siłowni ani jednego seniora. Za to w sklepach i parkach ich liczba nie uległa w ostatnim czasie zmianie.

4) Fryzjer - wczoraj postanowiłem zrzucić nieco futra z głowy i wybrałem się do salonu fryzjerskiego. Trafiłem na przeuroczą koronasceptyczkę. Poziom jej irytacji aktualną sytuacją w kraju i na świecie wzbudzał pewne obawy o moje uszy, ale Pani fryzjerka ostrzygła mnie profesjonalnie (nawet nie musiałem zdejmować maseczki!). W trakcie miłej pogawędki wyraziła swoje zdanie na temat coronavirusa - "ten wirus atakuje, ale mózgi i nazywa się popierdolus pospolitus". Jeszcze nieraz ją odwiedzę.

5) Współlokatorki - mieszkam z dwoma młodymi studentkami-kelnerkami. Jedna z nich (studentka marketingu) zdaje się bardzo obawiać korony, druga (studentka biotechnologii) klnie na obecną sytuację, a zwłaszcza na godziny dla seniorów, które uniemożliwiają jej np wizytę u optyka przed zajęciami. Twierdzi również, że zdaniem jej wykładowców (wirusologów) maseczki tak naprawdę nie pomagają. Dezynfekcja stolików to również w wielu restauracjach ściema. Druga lokatorka (ta od marketingu) z braku klientów straciła pracę. Twierdzi, że ludzie zostają w domach bo nie mają pieniędzy i chorują.

6) Dostawca pizzy - wczoraj zaszalałem i zamówiłem na kolację pizzę. Dostarczył ją uprzejmy pan około sześćdziesiątki. Zagaił rozmowę o aktualnej sytuacji "Ale się porobiło. Wierzyć, nie wierzyć?". Jego wzrok wyrażał lęk, niepewność, zagubienie. Życzył mi smacznego i miłego wieczoru.

     Tak to w skrócie wygląda. Życie nadal toczy się w miarę normalnie. Wirus przestał być abstrakcją, gdyż coraz więcej osób z grona moich znajomych lub ich rodzin jest zakażonych albo faktycznie choruje. Jedni przechodzą lżej, inni ciężej. Pewnie niektórzy z nich pożegnają się z doczesnym światem. Ale sytuacja na pewno nie jest tak zła, jak kreślą to media i niektórzy eksperci. Obudziliśmy się w pewnej nowej rzeczywistości, co nie oznacza, że musimy zapomnieć o "starej" normalności - zresztą, normalność jest jedna. Albo nie ma jej w ogóle. Trzeba powoli zacząć akceptować pewne zjawiska inaczej nasze życie naprawdę zamieni się w powieść Kafki lub Orwella.

PS. Kilka dni temu zmarł jeden z moich ulubionych aktorów - Pan Dariusz Gnatowski. Genialny komik o wielkim sercu. Ta przykra wiadomość stała się niestety zwieńczeniem tego kiepskiego roku - to, co kiedyś bawiło, dziś wzbudza jedynie pewną nostalgię. Ale żeby nie kończyć tak zupełnie pesymistycznie, powiem Wam, że wciąż widać w wielu ludziach siłę i wiarę, że to w końcu minie. Kiedyś Szymborska napisała takie oto słowa: "Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem/Jesteś - a więc musisz minąć, miniesz  - a więc to jest piękne". I tego sobie i wszystkim życzę. 

Wykop Skomentuj15
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości