0 obserwujących
89 notek
81k odsłon
  660   0

Parytet, czyli demokracja absurdu

Z dużym rozbawieniem przeczytałem w dzisiejszej prasie wyniki sondażu, z którego wynika, że ponad połowa mężczyzn jest za wprowadzeniem w parlamencie „parytetów płciowych”, zaś wśród kobiet, co zrozumiałe, odsetek poparcia wynosi aż 70%. Zanim to skomentuję wypada wyjaśnić czym jest parytet, bo przecież nie każdy musi znać sens wszystkich idiotyzmów, jakie wykluwają się w mózgach (?) naszych elit.
Parytet to nic innego, jak sztucznie narzucony wymóg, by w parlamencie zasiadało 50% kobiet. Nieistotny przy tym jest, czy będą miały kwalifikacje, czy też nie; czy zdobędą poparcie, czy też nie – ma być fifty-fifty i już. Mieliśmy już „demokrację socjalistyczną”, możemy mieć „arytmetyczną” – jedna i druga z demokracją mają tyle wspólnego, co przeciętny polityk z uczciwością. Sondaże można robić różne. Można zadać respondentom pytanie, „kto wygra w II turze wyborów prezydenckich – Bolek czy Lolek?” O ile ankieta nie będzie zawierała trzeciej, najbardziej sensownej odpowiedzi „odwal się pajacu”, to możemy przyjąć, że otrzymamy bardzo konkretny wynik, który jednak nie przekłada się na fakt polityczny, jakim byłoby zwiększenie szans na wygraną, Bolka czy Lolka.Niestety, w przypadku sondażu przytoczonego na wstępie, takie sprowadzenie sprawy do absurdu niezupełnie jest trafne. Celem takich badań niezmiennie jest sprowokowanie dyskusji, wykreowanie tematu i narzucenie odbiorcy przekonania, iż jest on ważny i doniosły.

Żeby sprawdzić swą tezę, z bólem serca włączyłem Radio Tok FM. Moje opory zrozumie każdy, kto choć raz miał nieprzyjemność słuchać tej rozgłośni, stawiającej sobie za cel modelowanie opinii słuchaczy w duchu „political correctness”. Włączyłem zatem i …BINGO! Oto są, wielka trójca tuzów dziennikarstwa – Lis, Wołek i Władyka, są i oczywiście toczą debatę na temat parytetów. Debata to może zbyt mocno powiedziane w sytuacji, gdy wszyscy trzej, zasadniczo mają jednakową opinię (zasadniczo, bo red. Wołek silił się na sceptycyzm), powiedzmy raczej – nauczają.

Od razu ważkiej lekcji udzielił mi i innym zabłąkanym tu słuchaczom, Tomasz Lis. Znakomitość „politycznych pogadanek w TV” uznała wprawdzie parytety, za mało demokratyczne, ale konieczne. Jest to według Lisa niezbędna forma architektury zjawisk społecznych. Przepraszam pana redaktora, jeśli nie dość wiernie oddałem jego określenie, ale była to tak zabawna figura retoryczna, że wprowadziła mnie w chwilowe osłupienie, przy którym nie ręczę za absolutną wierność cytatu. Sens w każdym razie został zachowany i stanowi przepiękny przykład „nowomowy”.

Tylko po co panie Lis taki minimalizm? Może od razu, w ramach „społecznej architektury” narzućmy jedynie słuszne poglądy, które muszą reprezentować posłowie. Określmy parytety dla lewicy, centrolewicy i centroliberałów i gdy wszyscy już będą społecznie ukształtowani, wrócimy sobie do demokracji. Niech się ona toczy dalej, aż do następnego razu, gdy jakiś nawiedzony pseudoautorytet uzna, iż w ramach konieczności dziejowej trzeba znów wymodelować zjawiska społeczne. Nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi bronić demokracji, przed takimi zagrożeniami jak Lis i Władyka. Szczerze powiedziawszy, nie uważam tego systemu za jakiś absolut wart poświęceń, ale skoro już ją mamy i skoro jest ona nie narzuconym z zewnątrz systemem, ale świadomym wyborem Polaków, to szanujmy ją i traktujmy poważnie.

Zastanawiam się, jak panowie publicyści rozwiązaliby problem niemożności spełnienia przez partię, dajmy na to X, wymogów parytetowych, z przyczyn obiektywnych. Wyobraźmy sobie, że X startując do parlamentu, musi na swych listach wyborczych umieścić 50% kobiet. Wyobraźmy sobie dalej, że z jakichś powodów, programowych lub innych, kobiety czują tak wielką awersję do tego ugrupowania, że nie ma ani jednej w jego szeregach, a co za tym idzie na listach. Co ma zrobić partia X? Urządzić łapankę, płacić za start wynajętym kandydatkom, a może PKW wyda nakaz startowania żonom, córkom lub kochankom, członków partii X. Bo przecież połowa kandydatów, kobietami być musi, w przeciwnym razie partia zostanie wykluczona wyścigu, choćby miała poparcie 40% społeczeństwa. Że jest to absurd? Oczywiście że jest. Świadomy i zamierzony przeze mnie absurd, tyle tylko, że w sposób logiczny wypływa on z innego absurdu, do którego już całkiem poważnie przekonują nas ludzie, których misją winno być zwalczanie absurdów.

Pytanie tylko, czy gdyby usunęli absurd z naszego życia społeczno-politycznego, czy nie stałoby się ono miejscem, w którym egzystencja dziennikarzy pokroju Tomasza Lisa byłaby bardzo utrudniona? Obawiam się że tak, dlatego póki co nie włączajcie radia Tok FM, absurd jeszcze trochę potrwa.

Piotr Górka

autor prowadzi stronę: KonserVat

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale