Pytanie tytułowe jest retoryczne, bo firmy ratingowe jednoznacznie wskazują na przyczyny systematycznej obniżki wiarygodności Polski z powodu zawirowań związanych z Trybunałem Konstytucyjnym.
Powszechna znajomość owych przyczyn zwalnia mnie z powtarzania opinii polskich autorytatywnych znawców przedmiotu a głównie Komisji Weneckiej.
Dodatkowo mocno bulwersuje świat nonszalancka postawa członków polskiego rządu jak i Sejmu w kwestiach pamięci historycznej często przez władze zniekształcane w sposób dezawuujący twórców III RP i w ogóle jej historyczny dorobek i nagminne lekceważenie obowiązującego prawa.
W kwestii pamięci historycznej ostatni taki niesmak zaistniał na wystawie pt. "Polacy i Niemcy. Historia dialogu" otwartej 31 maja br. przez marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. Autorzy wystawy pominęli Wałęsę, ale umieścili tam Lecha Kaczyńskiego i Beatę Szydło, co tak podsumował z lekceważącą nonszalancją wiceminister kultury Jarosław Sellin: „Nie pamiętam żadnego istotnego zdarzenia z relacji polsko-niemieckich, w którym uczestniczyłby Lech Wałęsa”.
Tę zaprogramowaną niepamięć odświeżył p. ministrowi Paweł Wroński takimi faktami historycznymi:
*Na obchody 50. rocznicy powstania warszawskiego w 1994 r. Lech Wałęsa zaprosił nowego prezydenta Niemiec Romana Herzoga.
*Pod pomnikiem Powstania Warszawskiego prezydent Niemiec mówił: "Proszę o wybaczenie za to, co my, Niemcy, wam uczyniliśmy". Następnie mówił o zbrodniach jego narodu w Warszawie, za które się wstydzi. Wyraził ubolewanie w imieniu zjednoczonych Niemiec oraz przekonanie, że te Niemcy z niepodległą Polską będą żyły w przyjaźni.
* Lech Wałęsa po uroczystości podszedł do Herzoga i po polsku powiedział mu: "Jeszcze raz dziękuję". Tłumacza w pobliżu nie było, ale on zrozumiał.
*1 sierpnia 1994 r. okazał się jednym z najważniejszych dni na drodze polsko--niemieckiego pojednania. Po latach Roman Herzog napisał we wspomnieniach, że był to jeden z najważniejszych dni jego prezydentury. Dwa lata później, w 1996 r., pod wpływem wizyty w Warszawie ustanowił w Niemczech Dzień Pamięci Ofiar Nazizmu.
*Na szczęście o roli Lecha Wałęsy pamiętają Niemcy. W 2009 r. zaprosili go na uroczystości 20-lecia obalenia muru berlińskiego. To on pierwszy przewracał kostki domina upadającego komunizmu (potem Wałęsę przewrócił niemiecki kamerzysta).
*Przeciw wystawie "Polacy i Niemcy..." zaprotestowali już niemieccy politycy mający lepszą pamięć niźli ulegli władzy polscy historycy. Dziennik "Die Welt" stwierdził, że tego rodzaju wystawą "Polska ośmiesza Niemcy w Bundestagu".
(http://wyborcza.pl/1,75968,20229766,wymazac-walese.html#ixzz4BSYNfJOn)
Jak w tej sytuacji należy ocenić kwalifikacje polityczne i historyczne (jest historykiem) obecnego wiceministra? Nie da się inaczej jak tylko negatywnie.
W kwestii lekceważenia prawa warto przypomnieć obowiązującą od 1 lipca nową ustawę medialną, także krytycznie ocenioną przez konstytucjonalistów i Komisję Wenecką. Nawet konferencja Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (FIJ/IFJ) odbyta w Angers /Francja/ takie wydała w tej sprawie niemiłe Polsce oświadczenie:
„Kongres z niepokojem odniósł się do ustawy, która wejdzie w życie 1 lipca. Kongres ostrzega, że "z tą ustawą pojawia się obawa masowych zwolnień tych dziennikarzy, którzy nie podporządkują się linii politycznej partii sprawującej władzę" oraz że "polityka repolonizacji mediów publicznych dotknie także media prywatne".
Kongres FIJ "wyraża pełną solidarność z polskimi dziennikarzami, a zwłaszcza z tymi z mediów publicznych, ofiarami tej polityki, potępia poczynania rządu polskiego i poważne zagrożenia wolności wypowiedzi i prawa do pracy". Domaga się, by FIJ zwróciła się do Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, Rady Europy i UNESCO, "aby położyć kres polityce sprzecznej z europejską konwencją praw człowieka (artykuł 10)".
Czyli kolejna zagraniczna opinia krytyczna wobec rządowej akcji zmiany polskiego porządku prawnego w obszarze swobód demokratycznych na bardziej restrykcyjny.
Publiczne bulwersuje też lekceważące traktowanie obowiązującego w Polsce prawa przez ministrów obecnego polskiegorządu w wykonaniu ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza przy udziale metropolity poznańskiego abp Stanisława Gądeckiego w słynnej akcji nielegalnego ustawienia figury Chrystusa na poznańskich Jeżycach.
Poznań został także dotknięty kolejnym aroganckim „gestem” tegoż samego ministra, który wykorzystując zbliżające się obchody 28 czerwca w rocznicę „Poznańskiego Buntu - 1956” nazywanym „Poznański Czerwcem” warunkuje wystawienie asysty wojskowej dopisaniem listy ofiar katastrofy smoleńskiej do „apelu poległych” Poznaniaków.
Atmosfer z obchodów zapowiada się ponuro, jest ostry spór pomiędzy „ugodowcami” chcący machnąć ręką na „ultimatum” ministra i zdecydowanymi przeciwnikami tego pomysłu, tak między innymi tłumaczonego:
„Poznański Czerwiec 1956 r. i katastrofa smoleńska nie mają ze sobą nic wspólnego. To osobne historyczne byty, nie rozumiem ich łączenia. To polityka parahistoryczna - komentuje prof. Waldemar Łazuga, historyk z poznańskiego UAM. I dodaje: - To może spowodować gwizdy, albo część uczestników zniesmaczona opuści uroczystości”.
„Napięcie wzrośnie też wieczorem, gdy przed pomnikiem Czerwca 1956 r. będzie przemawiał prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak - ma to transmitować telewizja publiczna”.
„Piszę przemówienie, w którym zamierzam odnieść się do obecnej sytuacji w kraju pod rządami PiS - mówi nam Jaśkowiak. Próbkę dał podczas jednej z demonstracji KOD, gdy mówił: - Musimy kontynuować tradycję obrony demokracji. Ci bohaterowie Czerwca patrzą na nas dzisiaj”.
Incydent z ultimatum min. Macierewicza jest w Poznaniu kojarzony z ostatnią wypowiedzią Jarosława Kaczyńskiego podczas „miesięcznicy” 10 czerwca, kiedy stanowczo wskazał gdzie będzie stał pomnik jego brata ofiary katastrofy smoleńskiej śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i drugi pozostałych ofiar katastrofy:
„Jarosław Kaczyński wytypował miejsca przy Krakowskim Przedmieściu, w których chce postawić pomniki Lecha Kaczyńskiego i ofiar katastrofy smoleńskiej. Choć obie lokalizacje są na gruntach miasta i pod opieką stołecznego konserwatora, szef PiS nie pytał ratusza o zdanie”.
PiS Twierdzi, że to są sprawy wewnętrzne Polski io nikomu nic do tego. Jest to pogląd w całości błędny, bo nie uwzględnia postanowień traktatu lizbońskiego wiążącego Polskę do respektowania standardów demokratycznych UE, dobrowolnie przez Polskę przyjętych, potwierdzonych ratyfikacją podpisana przez prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego.
Mówiąc krótko, odstępstwa od Europejskich standardów demokratycznych, których w Polsce niepokojąco przybywa, jest głównym kryterium oceny wizerunku Polski za granica, szczególnie w UE jest całokształt poczynań nowej władzy od TK, prawodawstwa po butność w lekceważącym respektowaniu prawa jak choćby pomnik Chrystusa w Poznaniu.
To są te źródła coraz pogarszających się ratingów oceny Polski!
PS.
*Zawaliła się narracja rządu o wyrokach TK nie uznawanych po „ustawie naprawczej”, bo:
„Trybunał ogłosił we wtorek wyrok wydany na posiedzeniu niejawnym. Składowi przewodniczył sędzia Piotr Pszczółkowski”. „Wyszło więc na to, że przewodniczył nielegalnemu składowi, bo nowelizacja "naprawcza" nie przewiduje składu pięcioosobowego. O to pytali go na konferencji prasowej po wyroku dziennikarze. Stwierdził, że po prostu świadczy pracę, do której skierował go "suweren", czyli Sejm wybrany w demokratycznych wyborach”.
„Dziennikarze pytali go też, czy uznaje, że to, co ogłosił - w imieniu Trybunału jako przewodniczący składu - to był wyrok. Bo PiS nazywa wyroki Trybunału wydawane z pominięciem obalonej w marcu nowelizacji "naprawczej" "opiniami". Sędzia Pszczółkowski odparł: - To rozstrzygnięcie ma charakter wyroku”.
„Na pytanie, czy powinno zostać opublikowane, odparł: - To pytanie do innej władzy. Zgodnie z przepisem konstytucji orzeczenia TK podlegają publikacji”
(http://wyborcza.pl/1,75398,20241505,nowy-wyrok-trybunalu-dyscyplinarka-nie-do-wznowienia.html)
Czyli sędzia z PiS potwierdził racje prezesa Rzepińskiego i podzielił opinię Komisji Weneckiej. Co na to premier Szydło?
*Drugi akcent konfliktowy pomiędzy anty unijną postawą pani premier a sukcesami zawodowi jej męża. Tak to ujmuje Polityka;
„Rzadko piszemy w naszym tygodniku o rodzinach polityków. Ale czasami jest to celowe, bo mówi coś o naszej rzeczywistości, pokazuje jej paradoksy”.
„Tak jest właśnie w przypadku męża premier Beaty Szydło, Edwarda, który od lat pracuje, można powiedzieć, w biznesie edukacyjnym. Jest dyrektorem szkoły założonej między innymi z pieniędzy pochodzących z funduszy Unii Europejskiej i nadal korzystającej z tych zasobów. Kiedy pani premier zdarza się wypowiadać o Unii bardzo ostro, mówić o przeciwnikach politycznych, że „nie mają w sercu suwerenności”, biznes jej męża korzysta ze środków płynących właśnie z samego źródła rzekomego zagrożenia dla niezależności kraju”.
„Na czym polegają więc interesy Edwarda Szydły, czy są transparentne, jak prosperuje jego szkoła, kim jest – mówiąc nieco żartobliwie – „Pierwszy Mąż”? Na te pytania odpowiadają w najnowszej POLITYCE Bianka Mikołajewska i Jakub Stachowiak, niegdyś dziennikarze POLITYKI, teraz związani z nowo powstałym portalem OKO.press”.
Za granicą też czytają! (http://wyborcza.pl/1,75968,20241602,mamy-na-was-oko.html#ixzz4BdBC2xge)


Komentarze
Pokaż komentarze (42)