Format A4
Więcej pytań to więcej odpowiedzi.
1 obserwujący
11 notek
8131 odsłon
  48   0

To nie kwestia chciejstwa...

Źródło: Pixabay
Źródło: Pixabay

...ale wspólnoty interesów. PiS i Lewicę może bowiem połączyć walka ze wspólnym wrogiem.

Kwestie obyczajowe bynajmniej nie muszą stanowić w porozumieniu tych dwóch formacji zapory nie do przebycia. Jarosławowi  Kaczyńskiemu od dawna daleko w tych sprawach do doktrynerstwa, choć w ewentualnych rozmowach z pewnością pojawią się wyraźne granice - pytanie, na jak dalekie koncesje w tym zakresie byłaby w stanie zgodzić się Lewica. Na pierwszy rzut oka w kwestiach gospodarczych nie powinno być większego problemu - PiS już dawno temu odeszło od polityki a la Zyta Gilowska. Sęk w tym, że np. partia Razem ma w swojej agendzie propozycje znacznie wykraczające poza łagodne dryfowanie w stronę keynesizmu w stylu Morawieckiego. Czy Adrian Zandberg będzie gotów do spotkania z PiS-em w pół drogi? Być może, bowiem niegdysiejszy silny pryncypializm jego partii wyraźnie zelżał w momencie konieczności zawiązania koalicji z SLD.

Co zatem stanowi obecnie główny problem? Rafał Woś zwraca uwagę w swojej najnowszej notce na swoistą "czystość polityczną" którą chcą zachować obydwie formacje, krygując się nieco w swoich zalotach. A także na fakt, że ktoś (konkretnie: liberalny hegemon) wmówił Lewicy, że tak właśnie musi być. Redaktor Grzegorz Wszołek w swojej polemice z pierwszym tekstem Wosia na ten temat akcentował przede wszystkim kwestie imponderabiliów i zagadnień fundamentalnych - bądź co bądź faktem jest, że PiS wyrósł i ugruntował swoją pozycję na polskiej scenie politycznej między innymi za sprawą frontalnej krytyki tzw. układu, który miał mieć twarz ówczesnych prominentów SLD, z Millerem i Czarzastym na czele. Dziś jednak, obydwu wymienionych dżentelmenów łączy raczej szorstka przyjaźń, a biorąc pod uwagę to, jak łatwo Włodzimierz Czarzasty zrezygnował w 2019 roku z umizgów do Grzegorza Schetyny na rzecz budowy koalicji "trzech tenorów" z Zandbergiem i Biedroniem, nie można wykluczyć że i tym razem byłby w stanie się przemóc, i wyciągnąć rękę do PiS. Nie bez znaczenia jest tu jednak sprawa ewentualnej reakcji na taką woltę postpezetpeerowskiego elektoratu, który wciąż stanowi istotną bazę wyborców Lewicy. Elektorat PiS-u (zwłaszcza twardy) również miałby w sytuacji rzeczonego aliansu niezwykle twardy orzech do zgryzienia.

Ja jednak widzę przeszkodę w nawiązaniu koalicji "pisolewu" w nieco innym miejscu, a mianowicie - w byciu zakładnikiem.

Lewica od wielu lat albo w ogóle w polskiej polityce nie istniała, albo zajmowała w niej miejsce wskazane jej przez szeroko rozumiany, samozwańczy obóz "liberalny" bądź "demokratyczny". Zwracał na to uwagę w swoich książkach między innymi wspomniany wyżej Woś, na prawicy poruszał tę kwestię m.in. Rafał Ziemkiewicz. Doprowadziło to do zupełnego zatarcia pojęć, przez co partie lewicowe "z nazwy" realizowały liberalny program gospodarczy, i odwrotnie - czego jesteśmy obecnie świadkami, obserwując rządy Zjednoczonej Prawicy. Jednak wszystkie spory polityczne odbywały się do 2015 roku niejako poza "hegemonem", tj. obozem "demokratycznym" właśnie, który, parafrazując słynne piłkarskie powiedzenie Gary'ego Linekera, "i tak na końcu wygrywał". I stał się niejako właścicielem monopolu na współczesną opowieść o Polsce. 

Lewica wchodząc w 2019 roku do Sejmu po czterech latach niebytu, zaczęła niemal od razu śpiewać w chórze dyrygowanym przez Koalicję Obywatelską. PiS było w tych pieśniach uosobieniem wcielonego zła, które należy za wszelką cenę zniszczyć. Nie wygrać z nim, nawet bardzo ostro rywalizując, ale właśnie zniszczyć. Przed spory czas trwania IX kadencji Sejmu schemat znany od wielu lat znów zaczął się sprawdzać - wy, Lewico, macie tam swoje "rozporkowe" poletko, ale od sprawowania władzy jesteśmy my, liberałowie co się zowią.

Tymczasem Lewica wspomagając niedawno PiS w głosowaniu nad KPO pokazała, że chce mieć realny wpływ na polską politykę. Dalsze trwanie w bloku antypisowskim nie dawało jej na to najmniejszych szans, z czego musiała zdać sobie sprawę. Największym problemem było tutaj zapewne wyjście ze strefy komfortu - przebywanie we wspomnianym obozie "demokratycznym" gwarantowało swego rodzaju nietykalność medialną, a także środowiskową. Wykonanie kroku w kierunku rządzących wymagało sporej odwagi, ale też wiązało się z dużym ryzykiem - choć chyba nie aż tak wielkim jak to, że zostanie się pożartym, albo zepchniętym na zupełny margines polityczny.

Lewica przetrwała pierwszą nawałnicę, i zerwała się z krótkiego łańcucha przyczepionego do złotej klatki, w jakiej przebywała od wielu lat. Pytanie, czy będzie ona w stanie utrzymać się w tej pozycji przez dłuższy czas. Co bowiem istotne, pozycja ta nie będzie mogła być utrzymywana w nieskończoność - trzeba będzie się zdecydować, po której stronie sporu chce się walczyć. No, chyba że Lewica ma ambicje zastąpienia Platformy w roli głównej siły opozycyjnej - na to jednak póki co nie ma większych perspektyw. Zwłaszcza, że pogłoski o śmierci obozu liberalnego wciąż póki co wydają się być mocno przesadzone. Zaś powrót Lewicy do tegoż obozu jest w tej chwili niemożliwy. A mariaż z PiS-em? Cóż, nie od dziś wiadomo, że nic nie jednoczy bardziej, niż posiadanie wspólnego wroga. Zwłaszcza w polityce.




Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale