Dość zaskakująco skończyły się niegocjacje w sprawie ewentualnego wejścia K. Marcinkiewicza do rządu. Rozumiem, że chciał postawić warunki zaporowe, jednak propozycja, by zajął fotel wicepremiera d/s gospodarki była kuriozalna. Ze wszystkich możliwych powodów.
Wszyscy, z Zytą Gilowską i premierem na czele, doskonale pamiętają pośpiech, w jakim - lustrowana wtedy - minister finansów została zdymisjonowana. Nie jestem jej zwolennikiem, jednak tryb, w jakim Marcinkiewicz przeprowadził całą sprawę był skandaliczny. Druga sprawa, były premier w poprzedniej kadencji był bardzo dobrze notowanym (również przez przeciwników politycznych) szefem sejmowej komisji d/s skarbu państwa, jednak jaki poważny człowiek odbierze koordynację gospodarki profesorowi ekonomii, by oddać ją w ręce nauczyciela fizyki?
Podobno na pana Kazimierza czeka miejsce w którejś ze spółek skarbu państwa (mówi się o PKO BP). Co ciekawe, zadeklarował on, że - jednocześnie - nie zamierza zdysansować się od życia politycznego. Co to oznacza? Czy będziemy mieli do czynienia z menedżerem wydającym manifesty polityczne? Komentującym bieżące wydarzenia? Jedno wielkie nieporozumienie.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że sondaże popularności dość dziwnie wpłynęły na sposób myślenia tego, dość przytomnego dotąd, polityka. Zdaje się on nie pamiętać, że w polskich realiach świetnie znane są przypadki tzw. "polityków sondażowych", czyli ludzi bijących rekordy popularności, których kolejne starty w wyborach niezmiennie kończyły się spektakularnymi porażkami. Wystarczy tu wspomnieć Zbigniewa Religę, czy Jacka Kuronia.
Żądanie stanowiska Gilowskiej z pewnością spełniło rolę warunku zaporowego. Mam jednak wrażenie, że Kazimierz Marcinkiewicz zupełnie nie zdaje sobie sprawy z prawdopodobnego rachunku, jaki przy pierwszej możliwej okazji mogą wystawić mu wyborcy PiS. A na przejście do Platformy będzie już za późno.
Inne tematy w dziale Polityka