13 obserwujących
64 notki
78k odsłon
  66   0

Liberał o solidaryzmie społecznym

Przy okazji sprawy lokalizacji Stadionu Narodowego doświadczyłem - jako zdeklarowany liberał ekonomicznym - dotkliwego uczucia buntu wobec idei, zgodnie z którą obiekty użyteczności publicznej rugowane mają być z centrum miasta w imię racji czysto ekonomicznych. A taki właśnie sposób myślenia zaproponowała nam HGW - stadion na peryferia, na atrakcyjnej działce w centrum wybudujmy apartamentowce i biura.

Dla mnie taki sposób myślenia jest sprzeczny z bliską mi ideą solidaryzmu społecznego, w taki sposób, jak ją rozumiem właśnie z pozycji ekonomicznego liberała.

Przypomniał mi się w tej sytuacji tekst pt. "Czy solidaryzm społeczny kłóci się z efektywnością ekonomiczną?", który napisałem po poprzednich wyborach. Tekst jest niemożliwie długi, ale też sprawa zasługuje na tak szerokie potraktowanie ;-)

*******

"Czy solidaryzm społeczny kłóci się z efektywnością ekonomiczną?" 

Centralną osią, wokół której stosunkowo niespodziewanie zorganizowany został dyskurs polityczny w ostatnich wyborach w Polsce stał się podział na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną”. Mimo nieporadnych starań polityków PO próbujących udowodnić, że między tymi dwiema Polskami nie ma sprzeczności, w głowach wyborców obu partii powstał dosyć jasny obraz każdej z nich. I tak dla dużej części wyborców PiS liberalizm to synonim egoizmu, braku wrażliwości, pogardy dla prostych ludzi, wyścigu szczurów i sprowadzenia wartości człowieka do wysokości jego zarobków. Takie słowa jak nowoczesność, konkurencja, wzrost, modernizacja brzmią jak ponury żart dla bezrobotnego z małego miasteczka.

Zwolennicy „Polski liberalnej”, z reguły młodzi, dobrze wykształceni i zaadoptowani mentalnie do świata reguł konkurencji rynkowej buntują się przeciwko takiemu naiwnemu i wstecznemu myśleniu, które na dłuższą metę musi się obrócić przeciwko tym, którzy tak myślą. Młodzi liberałowie po telewizyjnych kursach makroekonomii widzą w sposób jasny i oczywisty solidaryzm jako pewien skrót myślowy oznaczający sekwencję 1) podniesienie podatków i składek na ubezpieczenia społeczne lub wzrost wydatków państwa finansowany deficytem budżetowym, 2) wzrost świadczeń socjalnych, często patologiczny i źle kontrolowany, 3) wzrost kosztów pracy, 4) obniżenie konkurencyjności gospodarki, zmniejszenie inwestycji, zniechęcenie inwestorów zagranicznych, a przez to spadek tempa wzrostu gospodarczego i wzrost bezrobocia.

Bardziej wnikliwi krytycy zwrócą też uwagę na inne zagrożenia. Polska jest krajem o stosunkowo archaicznej strukturze zarówno produkcji jak i zatrudnienia w porównaniu z najwyżej rozwiniętymi krajami. Oprócz oficjalnego bezrobocia mamy problem znacznego bezrobocia ukrytego w rolnictwie i niektórych sektorach takich jak przemysł ciężki, kolej czy administracja publiczna. Pod pozorami solidaryzmu krytycy dostrzegą groźbę konserwacji tego archaicznego modelu gospodarczego. Modernizacja w takim rozumieniu może się dokonać jedynie pod wpływem potężnych, nieubłaganych sił rynkowych, wyrywających z korzeniami całe nierentowne sektory gospodarki. Polityczna ochrona tych sektorów przed rynkiem w imię solidaryzmu prowadzi do uwięzienia potężnej energii ludzkiej, która uwolniona żywiołowo poprzez twórczą destrukcję doprowadzi do wytworzenia się nowej struktury gospodarczej i społecznej odpowiadającej wymaganiom współczesnego świata. Pewne straty własne w tym procesie są nieuniknione, wszystko jednak w imię dobra naszych dzieci i wnuków.

Solidaryzm praktycznie nie jest u nas atakowany z pozycji etycznych, tak jak to ma miejsce w skrajnych nurtach neoliberalnych, w duchu których biedak sam winien jest swojemu upadkowi, poprzez który dokonuje się w społeczeństwie moralne odnowienie etosu pracy, przedsiębiorczości i indywidualnej odpowiedzialności za własny los. Tego typu argumentacja nie występuje w głównym nurcie polskiej polityki, być może dlatego, że nigdy nie rozwinął się u nas silny ruch surowego protestantyzmu, ustępując zdecydowanie wrażliwemu społecznie katolicyzmowi.

Solidaryzm jest więc przede wszystkim zagrożeniem dla modernizacji oraz wzrostu gospodarczego i atakowany jest z pozycji technokratycznych. Przymiotnik „solidarny” nabiera jeszcze bardziej groźnego brzmienia, jeśli zamieni się go na „socjalny”. W ten sposób staje się jeszcze łatwiejszy do ośmieszenia poprzez zestawienie z negatywnymi stereotypami i łatwo dostępnymi kalkami myślowymi. Sprzyja temu formuła przekazu medialnego, operującego skrótem myślowym, barwnym skojarzeniem, atrakcyjną puentą w miejsce pogłębionej, krytycznej analizy.

***

Czy więc „solidarny” musi oznaczać „biedny” i „zacofany”? Czy system ekonomiczny odwołujący się do wartości solidaryzmu społecznego może być efektywny ekonomicznie, elastyczny, nowoczesny i dynamiczny we współczesnym świecie targanym potężnymi siłami globalizacji? Zanim przejdziemy do odpowiedzi na te centralne pytania, warto się pokrótce zastanowić, czym w praktyce jest albo może być solidaryzm społeczny.

Solidaryzm można rozumieć przede wszystkim jako spłaszczenie dochodów i niwelowanie różnic majątkowych pomiędzy najbogatszymi i najuboższymi w duchu sprawiedliwości społecznej. System kapitalistyczny zawsze produkuje nierówności majątkowe i działa efektywnie tylko wtedy, gdy oferuje premię za przedsiębiorczość, inteligencję, odwagę, pracowitość, upór, a także szczęście. Jeśli premia ta jest likwidowana, system traci swój dynamizm, elastyczność i witalność i z tym stwierdzeniem dziś bardzo mało kto jest skłonny dyskutować, szczególnie po katastrofalnych doświadczeniach socjalizmu. Ale zwolennicy solidaryzmu twierdzą, że rynek ma tendencję do przejaskrawiania wielkości tej premii. Bill Gates zgromadził majątek wart 50 mld dolarów. Jeśli przyjmiemy, że majątek przeciętnego Polaka, łączna wartość jego mieszkania, samochodu i innych dóbr to 150 tys. zł, czyli około 50 tys. dolarów, to możemy sobie zadać pytanie, czy Bill Gates jest faktycznie milion razy bardziej przedsiębiorczy, inteligentny, odważny, pracowity i wytrwały niż przeciętny Polak? Milion razy?

Jest sprawą wyboru praktycznego i ideologicznego, czy uznamy szczególny charakter roli przedsiębiorcy w społeczeństwie i zaakceptujemy ten zakres premii jako zasadny. To przedsiębiorcy przekształcają naszą rzeczywistość, swoją wolą i wyobraźnią tworząc nowe produkty i usługi oraz nowe miejsca pracy, a więc dobra centralne dzisiejszego świata. Zresztą, w zglobalizowanym świecie mamy niewielki wybór, wielcy przedsiębiorcy to najbardziej wolni ludzie świata, jeśli nie spodobają im się nasze warunki, wyniosą się gdzie indziej i tam będą płacili swoje podatki, niejeden zresztą już tak robi. Tym niemniej wielu z nas może się wydawać, że z etycznego a nawet estetycznego punktu widzenia różnice te są zbyt duże. Porównanie widoków pałaców władzy i bogactwa z barakami nędzy i ubóstwa rodzi u nas poczucie zdziwienia i zakłopotania, czasem niesmaku. Także strachu przed wybuchem tak rewolucyjnej sytuacji. Bardzo odmienne mogą być ścieżki dojścia do refleksji, że zbyt wielkie różnice majątkowe należy likwidować w procesie politycznym, jeśli system nie wykazuje tendencji do samoistnej regulacji. Narzędziami takiej polityki są progresywne podatki dochodowe, branżowe umowy płacowe, mechanizm płacy minimalnej.

Solidaryzm to także brak zgody na to, aby osoby w trudnej sytuacji pozostawić samemu sobie. Bezrobotni, osoby o niskich kwalifikacjach odrzucone przez nowoczesną gospodarkę, pracownicy byłych PGR’ów, chorzy i niepełnosprawni, samotne matki, rodziny wielodzietne, przedstawiciele niektórych upośledzonych społecznie mniejszości. Ci wszyscy ludzie niekoniecznie znaleźli się w ciężkiej sytuacji z głupoty, lenistwa, braku zapobiegliwości i nie są jedynie „trudnym problemem, którego należy się jak najniższym kosztem pozbyć”. U podstaw solidaryzmu leży uznanie pewnych ograniczeń ludzkiej natury sprawiających, że niektórzy tracą zdolność wnoszenia do systemu ekonomicznego na tyle dużo wartości, aby zapewnić sobie samodzielny byt poprzez udział w grze rynkowej. Każdy z nas ma w sobie jakiś poziom akceptacji dla ludzkiej słabości, który jesteśmy skłonni uznać za zasługujący na pomoc. Jedni uznają, że ta granica obejmuje wyłącznie chorych i starych. Inni dołączą do niej bezradnych mieszkańców popegeerowskich wsi czy starzejących się górników. Dyskusja o tym, gdzie tę granicę ustalić też ma swój wymiar praktyczny i ideologiczny, a jej naturalnym miejscem jest proces polityczny.

Narzędziami polityki solidaryzmu w tym rozumieniu są przede wszystkim transfery socjalne. Za pomocą transferów socjalnych społeczeństwo dzieli się dochodem i wypracowanymi dobrami z tymi, którzy nie są w stanie sami zapewnić sobie poziomu życia zapewniającego w danym społeczeństwie minimum godnej egzystencji. Ale coraz częściej są to również narzędzia bardziej selektywne i precyzyjnie kierowane, jak pomoc środowiskowa czy programy aktywizacyjne

Solidaryzm może być też rozumiany jako proces poszerzania zakresu dóbr publicznych wspólnych dla wszystkich, niezależnie od poziomu dochodów indywidualnych. Większości z nas trudno jest się pogodzić z tym, że ubogi człowiek mógłby zostać pozostawiony bez opieki lekarskiej i po prostu umrzeć w sytuacji, kiedy medycyna oferuje skuteczną metodę leczenia choroby, która go dotknęła. Usługa medyczna ma swój wymierny koszt i jeśliby ją traktować jako zwykły towar, zawsze byliby tacy, których na nią stać i tacy, których nie stać. Wyrazem solidaryzmu społecznego jest uznanie, że na ten rodzaj usługi solidarnie wszyscy łożymy tak, aby był on dostępny dla każdego, niezależnie od naszej oceny przyczyn, dla których dana osoba znalazła się w trudnej sytuacji. Podobnie jest z dostępem do edukacji czy wymiaru sprawiedliwości, a także dobrami takimi jak bezpieczeństwo i przestrzeń publiczna, dobra kultury i dostęp do zabytków narodowych, czyste powietrze i woda, dostęp do lasów, jezior i plaż, opieka nad dziećmi i dostęp do informacji, drogi i transport publiczny.

Tymczasem presja na komercjalizację albo ukrytą prywatyzację wielu dóbr z tej listy jest tym silniejsza, im więcej kosztuje utrzymanie ich bezpłatności. Nowe techniki medyczne są coraz bardziej wyrafinowane i wymagają coraz bardziej skomplikowanego, drogiego sprzętu. W kolejnych pokoleniach coraz więcej młodzieży chce kontynuować naukę na poziomie średnim i wyższym, co podnosi globalne koszty systemu edukacyjnego. Wraz ze wzrostem produkcji przemysłowej ochrona środowiska kosztuje coraz więcej. Coraz mniej dzieci ma zapewnioną opiekę niepracujących matek lub dziadków, co zwiększa zapotrzebowanie na miejsca w przedszkolach. Koszt budowy sieci autostrad jest tak duży, że przejazd nimi wiąże się z opłatami, co może uboższych kierowców zmusić do wyboru gorszych, bocznych dróg o niższym poziomie bezpieczeństwa i dłuższym czasie przejazdu do celu podróży.

Doskonałym przykładem prywatyzacji dóbr powszechnych jest pojawienie się w Polsce tzw. osiedli zamkniętych. Bezpieczeństwo, cisza, spokój i porządek są dostępne dla tych, których stać na mieszkanie w takim osiedlu. Co ciekawe, największe z nich, prawdziwy pomnik antysolidaryzmu – Marina Mokotów - powstało właśnie w Warszawie pod rządami głoszącego hasła solidarności społecznej Lecha Kaczyńskiego, a zaraz po wyborach Ludwik Dorn zaczął mówić o możliwości poszerzenia dostępu do broni palnej dla obywateli. Jeśli cię stać, kup sobie bezpieczeństwo na osiedlu strzeżonym, a jeśli nie, kup sobie pistolet i broń się sam.

Oczywiście solidaryzm w żadnym razie nie może jednak oznaczać, że wszyscy mają dostęp do wszystkiego za darmo. XX wiek na zbyt wiele różnych sposobów dowiódł nam, że to marzenie XIX-wiecznych utopistów po prostu na tym świecie się nie sprawdza. Taka próba zawsze kończy się niewydolnością systemu, w którym zbyt mało jest dostatecznie naiwnych, żeby ciężko pracować, skoro można pracować lekko albo wcale. Dlatego musimy jasno określić też katalog dóbr, o które każdy zdrowy człowiek w wieku produkcyjnym musi się zatroszczyć we własnym zakresie. Musimy też poradzić sobie z fundamentalnym problemem, jakim jest nasza skłonność do marnotrawstwa tego, co publiczne, darmowe i ogólnodostępne.

Krytycy solidaryzmu społecznego wskazują na demoralizujące działanie systemu, w którym wszelkie ryzyko indywidualne jest eliminowane przez państwo, co prowadzi do destrukcji autonomicznego poczucia godności jednostki, płynącego z umiejętności samodzielnego zadbania o siebie i bliskich w obojętnym a nawet wrogim świecie. Rozwikłanie tego głęboko etycznego w swej naturze dylematu nie stanowi jednak przedmiotu niniejszej analizy, której celem jest wskazanie, że wbrew powierzchownie rozumianemu liberalizmowi rozsądnie zdefiniowany solidaryzm społeczny jest do pogodzenia z wysokim poziomem życia i wzrostu gospodarczego nawet w globalizującym się świecie. Skupimy się bowiem na ściśle ekonomicznym wymiarze solidaryzmu. A główny ekonomiczny problem z solidaryzmem jest taki, że w każdej formie jest on kosztowny.

***

Koszty te zawsze w taki czy inny sposób przekładają się na wzrost kosztów działalności gospodarczej w danym kraju, czy to poprzez wzrostu kosztów pracy, czy wyższe podatki dla firm. A to obniża konkurencyjność przedsiębiorstw i całej gospodarki. Część przedsiębiorstw, które nawet płacąc minimalne stawki swoim pracownikom jest w stanie uzyskać bardzo niską rentowność, musi upaść, bo gdzieś na świecie ktoś wyprodukuje ten sam produkt jeszcze taniej płacąc jeszcze niższe stawki.

Wybór solidarności jako istotnej wartości społecznej skazuje nas na wybór – albo wszyscy będziemy solidarnie tani i biedni, albo stworzymy taki model ekonomiczny, który pozwoli nam nie być tanimi na globalnym rynku pracy, a jednocześnie znajdziemy popyt na naszą pracę.

Przystępując do wyścigu gospodarczego w globalnym świecie każde państwo staje przed dylematem wyboru strategicznych atutów. W największym skrócie wybór zawiera się między strategią niskich kosztów a strategią jakości. Globalizacja rozbija coraz skuteczniej polityczne narzędzia ochrony gospodarki i zostawia nagą ekonomię – albo jest się tanim albo oferuje się dobra najwyższej jakości. Problem polega na tym, że Polska nie jest ani szczególnie tania (Chiny, Ukraina, Rosja, Indie są i długo będą tańsze) ani nie ma atutów jakościowych. To jest chyba najważniejszy czynnik utrzymujący nasz poziom wzrostu gospodarczego na tak niskim poziomie. Polska nie ma dobrej strategii, zamiast strategii mamy dryfowanie. Nasza polityka gospodarcza ogranicza się do bieżącej kontroli strony popytowej dla zapewnienia względnej równowagi makroekonomicznej.

Najlepszym pomysłem na zapewnienie ekonomicznej efektywności systemowi gospodarczemu oferującemu wysoki poziom solidaryzmu społecznego jest aktywne wspieranie innowacyjności gospodarki tak, aby mogła ona zająć korzystne pozycje w międzynarodowym podziale pracy i w ten sposób zarobić na dobrą publiczną służbę zdrowia, dobre szkoły dostępne dla wszystkich, stypendia dla dzieci z ubogich rodzin, akcje aktywizacji zawodowej bezrobotnych i to wszystko, co tworzy państwo nowocześnie rozumianego solidaryzmu. Tymczasem w rankingach innowacyjności Polska zajmuje bardzo odległe miejsca. Nakłady na naukę wręcz spadają w ostatnich latach. Nawet jeśli powstają gdzieś dobre technologie, to nie ma efektywnych kanałów ich finansowania i komercjalizacji – nie wytworzył ich ani rynek ani państwo. Jedyny pomysł na wspieranie nowoczesnych polskich przedsiębiorstw to dofinansowanie firm takich jak Prokom poprzez publiczne przetargi. To dobrze, że Polska jest jednym z niewielu krajów postkomunistycznych, w których powstał rodzimy silny sektor IT, ale metody z katalogu kapitalizmu politycznego nie mają charakteru systemowego i muszą budzić wątpliwości natury moralnej.

Jeśli ma być nas stać na solidaryzm, musimy zapracować na niego zajmując możliwie najlepszą pozycję w międzynarodowym podziale pracy. Solidarność społeczna musi posiadać dopełnienie w postaci efektywnego systemu ekonomicznego, który realizuje strategię przywództwa jakościowego. Dostępne są i warte studiowania różne modele tzw. kapitalizmu koordynowanego – model japoński, skandynawski, niemiecki. Wszystko one zakładają znaczną rolę państwa w sterowaniu procesami gospodarczymi. Dziś widzimy, że wiele rozwiązań np. modelu niemieckiego prowadzi do takich samych problemów, z jakimi mamy do czynienia w Polsce, ale już rozwiązania skandynawskie znajdują coraz szersze uznanie na świecie. Państwa te cieszą się niskim bezrobociem, wysokim poziomem życia i przyzwoitym wzrostem gospodarczym. Kluczem do ich sukcesu nie są niskie koszty pracy – należą one do najwyższych na świecie – ale nowoczesna i innowacyjna gospodarka zbudowana na fundamencie doskonałego systemu edukacyjnego.

Prawdziwym problemem polskiej gospodarki nie jest to, że wysokie są koszty pracy i obciążenia podatkowe, przez co nasi przedsiębiorcy nie mogą być konkurencyjni. Liczby mówią co innego – koszty pracy w Polsce należą do najniższych w Europie. Podobnie poziom fiskalizmu polskiej gospodarki plasuje się znacznie poniżej średniej wśród krajów wysoko rozwiniętych. A mimo to poziom bezrobocia w Polsce jest najwyższy w Unii Europejskiej. Do jakiego poziomu powinniśmy obniżyć koszty pracy, aby zwalczyć bezrobocie – do poziomu Chin? Tego typu rady łatwo jest formułować z pozycji dobrze zarabiającego eksperta.

Nietrafiony jest argument wysuwany przez niektórych ekonomistów, wskazujący, że koszty pracy muszą być w Polsce niskie, bo niższa niż w wysoko rozwiniętych krajach jest wydajność pracy. O ile czynniki kształtujące koszty pracy znajdują się w głównej mierze poza kontrolą przedsiębiorcy, o tyle wydajność pracy w jego zakładzie jest czynnikiem wysoce zależnym od jego kompetencji menedżerskich i uśredniona wydajność pracy w gospodarce nie jest niego żadnym ograniczeniem – jest tylko agregatem statystycznym użytecznym dla ekonomistów.

Prawdziwym problemem jest niska zdolność polskich przedsiębiorstw do tworzenia wartości dodanej. Przedsiębiorstwo sprzedające produkty niskiej jakości, bez marki, dostępne na rynku w dziesiątce lepszych wersji, musi konkurować wyłącznie ceną, co przy braku skali działalności sprawia, że nie może dobrze płacić swoim pracownikom i ratunku musi szukać w ucieczce w szarą strefę, gdzie część kosztów prowadzenia działalności gospodarczej nie jest ponoszona. Polska polityka gospodarcza powinna się skupić nie na obniżaniu kosztów pracy, a na podnoszeniu zdolności naszych przedsiębiorstw do tworzenia wartości dodanej.

Polityka taka wymaga jednak znacznie więcej kompetencji, przedsiębiorczości, wiedzy i czasu, niż polityka prostego obniżenia podatków i w konsekwencji wydatków, także socjalnych, wymagająca tylko determinacji i twardości. Ktoś oczywiście powie, że temu „tylko” należy się duży cudzysłów i wystawi temu rodzajowi determinacji i uporu pomnik godny Ronalda Reagana. A jednak nie zmienia to faktu, że intelektualnie i organizacyjnie jest to zadanie prostsze, wymagające więcej socjotechnicznego sprytu potrzebnego do sprzedania wyborcom niepopularnych konsekwencji obniżenia wydatków, niż faktycznej wiedzy o zarządzaniu gospodarką.

Niestety, także wskutek oczywistych negatywnych doświadczeń historycznych, ukształtował się wśród dużej części polskich elit skrajnie negatywny stosunek do jakiejkolwiek aktywności państwa w gospodarce. Także liczne afery ostatnich 17 lat i nadużycia kolejnych ekip rządzących, sprowadzające aktywność w gospodarce do walki o wpływy w państwowych przedsiębiorstwach, skłaniają wielu komentatorów do opinii „z dwojga złego niech oni się jak najdalej trzymają od gospodarki, przynajmniej będzie mniej korupcji”. Naszym nienajlepszym doświadczeniom własnym idą tu w sukurs wskazania gospodarcze spod znaku neoliberlizmu oraz fascynacja sukcesami gospodarczymi Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii, przedstawianymi jako wyłączny efekt prowadzenia polityki neoliberalnej w gospodarce.

Problemem sfery publicznej jest to, że z reguły gorzej radzi sobie z zarządzaniem niż sfera prywatna (choć są wyjątki – np. system medyczny w USA, gdzie największa na świecie część PKB idzie na ochronę zdrowia, a mimo to wielu obywateli jest jej pozbawionych na dostatecznie wysokim poziomie, czy budowa autostrad, które niekiedy budowane prywatnie kosztują więcej niż budowane publicznie). Ale te wszystkie usługi, które może dostarczać sfera publiczna, tak czy inaczej są ludziom potrzebne – szkoły, drogi, szpitale, sądy, policja, przedszkola, czyste rzeki, równe chodniki. Pozostaje pytanie, czy zgodzić się na to, że 10-20% obywateli nie będzie na nie w stanie zapracować, bo zawsze tacy się znajdą, czy nie pozwolić na to. Jeśli wierzymy w solidaryzm między ludźmi, to nie możemy się na to zgodzić. Wtedy pytanie jest całkiem inne – nie jak przenieść te sferę usług do sektora prywatnego, tylko jak sprawić, żeby sektor publiczny nie odstawał zbyt bardzo od sektora prywatnego jeśli chodzi o efektywność. Tym bardziej, że sektor prywatny ma swoje istotne, znane ograniczenia – krótkookresową perspektywę działania, selektywność, brak wrażliwości społecznej, nieuwzględnianie racjonalności lokalnej. Wielkim wyzwaniem dla zwolenników solidaryzmu społecznego jest znalezienie efektywnych metod zarządzania sferą publiczną, tak aby nie kojarzyła się ona z marnotrawstwem, gnuśnością, biurokratyzacją, formalizmem, bezdusznością, nieefektywnością i korupcją.

Problemem polskiej polityki socjalnej nie jest wcale to, że wydaje ona za dużo pieniędzy. Problemem jest jej zła organizacja, złe adresowanie, złe zarządzanie. Wszelkie analizy porównawcze polskiego systemu socjalnego, zestawiającego go z systemami realizowanymi w państwach bardziej rozwiniętych wskazują, że nasz system budowany jest zgodnie z myślą „wszystkim po równo na minimalnym poziomie” i nie pełni żadnej funkcji aktywizującej, a wręcz zniechęca do aktywności.

System ekonomiczny można rozumieć jako mechanizm przekształcający energię twórczą ludzi w dobra i usługi, nie tylko te wyceniane bezpośrednio przez rynek. Każde społeczeństwo musi sobie odpowiedzieć na kilka fundamentalnych pytań. Jak zapewnić maksymalne wykorzystanie tej energii? Jak najefektywniej przekształcać tę energię, aby zająć jak najlepsze miejsce w międzynarodowym podziale pracy? Które dobra i usługi chcemy uczynić ogólnodostępnymi, a które mają być kupowane na rynku? Czy uznać, że najlepszym systemem alokującym zasób, jakim jest energia obywateli jest rynek, czy też jakaś forma strategicznego planowania centralnego może poprawić efektywność systemu? Jak duże różnice w konsumpcji owoców tego procesu ekonomicznego pomiędzy jego uczestnikami jesteśmy skłonni uznać za uzasadnione i sprawiedliwe? I wreszcie być może najważniejsze - jak uchronić się przed marnotrawstwem energii takim jak w systemie socjalistycznym, który wbrew tylu dobrym intencjom okazał się kompletnie nieefektywny i zmarnował wysiłek całych pokoleń dobrych, uczciwych i twórczych ludzi w tylu krajach?

Odpowiedź na większość z tych pytań ma charakter zarówno ideologiczny jak i praktyczny. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak łatwo te dwie perspektywy pomylić i jak często jedna przesłania drugą. Ekonomiczni liberałowie zbyt łatwo zdają się zapominać, że ich perspektywa to też tylko jedna z kilku możliwych perspektyw ideologicznych i kręcą z politowaniem głowami nad każdym nie-liberałem, bo przecież „każdy inteligentny człowiek po prostu musi sobie zdawać sprawę, że nieliberalna gospodarka to głupota”. Z drugiej strony zwolennicy bardziej solidarnych społecznie rozwiązań każdego liberała gotowi uznać za bezdusznego technokratę o kamiennym sercu. Pierwsi na każdy problem mają prostą receptę „obniżyć podatki i koszty pracy” (nota bene wśród zwolenników obniżania kosztów pracy jest zaskakująco wielu wysoko płatnych profesjonalistów i warto zadać im pytanie, co sądzą o obniżeniu kosztów ich własnej pracy), drudzy mają tendencję do traktowania budżetu państwa jak jakiegoś tajemniczego kanału przerzutowego pieniędzy z innego świata, na który my nie musimy pracować. Przyciśnięciu do muru co najwyżej mówią coś o łapaniu aferzystów okradających społeczeństwo, odebraniu przywilejów urzędnikom (stopień szkodliwości społecznej tej grupy jest niemal porównywalny z aferzystami) i opodatkowaniu hipermarketów. Jarosław Kaczyński uwierzył, że kluczem do poprawy sytuacji materialnej Polaków jest odzyskanie 12 miliardów złotych wykradanych przez mafię paliwową, a Donald Tusk podobnej recepty upatruje w obcięciu rachunków za urzędnicze telefony komórkowe i paliwo do limuzyn.

Ale w toku tej dyskusji warto jednak trzymać się pewnych praktycznych reguł, które nie muszą podlegać dyskusji ideologicznej. Z całą pewnością zawsze warto najpierw zastanowić się, jak wykorzystać energię człowieka zanim uzna się, że jedynym rozwiązaniem jest podłączenie go do państwowej kroplówki. To reguła prosta, praktyczna i całkowicie aideologiczna. Łamana jest z reguły dla celów politycznych, ale prawdopodobnie równie często z powodu zwykłego lenistwa, niewiedzy i indolencji politycznych elit. Polska polityka socjalna prowadzi przede wszystkim do uwięzienia energii obywateli poprzez system rent, wczesnych emerytur, zasiłków, utrzymywanie ukrytego bezrobocia na wsi i w wielu innych obszarach gospodarki. To nie jest polityka społeczna ani solidaryzm, tylko sabotaż ekonomiczny. Nie ma w tym myśli, nie ma w tym ducha, nie ma w tym ideologii i na domiar złego nie jest to ani trochę praktyczne. Tak fatalna organizacja polskiego systemu polityki socjalnej wielu z nas skłania do uproszczonej refleksji, że polityka socjalna sama w sobie jest złym pomysłem, prostą drogą do demoralizacji i gnuśnienia społeczeństw, a w najlepszym razie jedynie do marnotrawienia pieniędzy.

***

Wszystkie powyższe rozważania powinny nas prowadzić do dwóch logicznych wniosków. Zakres akceptowanego przez każdego z nas solidaryzmu społecznego jest wyborem ideologicznym. Zależy od wrażliwości i doświadczeń każdego z nas, rozumienia roli społeczeństwa i państwa, wreszcie sposobu, w jaki rozumiemy naturę człowieka i naszego stopnia akceptacji ludzkiej słabości i ułomności. Jest jak najbardziej zrozumiałe i naturalne, że jeden z nas uzna pomoc dla młodego, zdrowego bezrobotnego za uzasadnioną, a drugi powie, że takiego człowieka należy zostawić samego sobie. Rozstrzyganiu takich dylematów służy dyskurs publiczny i proces polityczny. Solidaryzm społeczny ma wiele twarzy, a polityka społeczna może być prowadzona dobrze lub źle, ale twierdzenie, że sama w sobie jest zła to smutne uproszczenie.

Przede wszystkim trudno jednak obronić tezę, że odrzucenie solidaryzmu społecznego jest warunkiem koniecznym sukcesu ekonomicznego państwa. Argument ten fałszywie przedstawiany jest jako praktyczny, a w swojej istocie wypływa z głęboko nieuświadomionych założeń doktrynalnych, mających swoje źródło prawdopodobnie w zwykłej niewiedzy.

Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale