615 obserwujących
1599 notek
9371k odsłon
  12884   0

Drugi Katyń

Powracam do dyskutowanego przez nas (nie tylko na moim blogu) pytania: a jeśli nie było katastrofy w Siewiernym (http://freeyourmind.salon24.pl/270989,gdzie-i-kiedy-doszlo-do-tragedii)? Proszę przeczytać te relacje:

 
(I miejsce:)
Wszedłem tutaj, żeby popatrzeć, ale nawet nie wiedziałem gdzie, bo tu nawet chrzęstu ani huku, ani wybuchu nie było”, mówi jeden ze świadków przy garażach koło lotniska Siewiernyj. Drugi zaś: „Pomyślałem sobie: Pewnie coś tam palą i butelka wybuchła. Tam, gdzie śmieci. Zdarza się, że ktoś coś tam pali. Pomyślałem, że to nic takiego. Potem wyszedłem i okazało się, że samolot się rozbił.

 
(II miejsce:)
Początkowo biegałyśmy i szukałyśmy żywych ludzi. A nuż... A może jednak? A może kogoś tam przycisnęło, może jakieś szumy lub pukania usłyszymy. A nuż gdzieś ktoś tam... A jak potem spojrzałyśmy, jak już się ta mgła rozeszła, dopiero wtedy zobaczyłyśmy, jaki tam koszmar”, relacjonuje Irina Tałałajewa z pogotowia. A Oksana Kułakowa dodaje: „Stałyśmy tam pół godziny. Najpierw było pięć ciał, ale ledwie odwróciłyśmy się, było ich już prawie dziewięćdziesiąt. Wszystko odbywało się bardzo szybko.
(linki poniżej).

 
Oczywiście ten zestaw wyszedł reporterom Superwizjera przypadkowo, ponieważ w parę dni po tragedii z 1o Kwietnia (kiedy kręcono materiał) nikomu przez myśl nie przeszło, by pytać pracownice pogotowia: GDZIE odbywała się akcja ratownicza z ich udziałem i jak wyglądał wrak; czyli pytać o to, czy mogły być w innym rejonie Smoleńska, a nie na Siewiernym. Z ich wypowiedzi przecież można bez trudu wywnioskować (jeśli oczywiście założymy, że te pielęgniarki NIE kłamią), iż mówią o innym miejscu zdarzenia, a nie o Siewiernym. Na Siewiernym leżało tak niewiele szczątków samolotu, że nie było gdzie nasłuchiwać, czy ktoś stuka lub doprasza się pomocy. Na Siewiernym nie było też możliwości tak szybkiego policzenia ciał w okolicach wraku. Poza tym na Siewiernym żadnej akcji pogotowia na pobojowisku media nie pokazywały, a przecież nic nie stało na przeszkodzie, by – jak to zwykle bywa przy katastrofach o tak wielkiej skali (blisko sto ofiar) – kamery wyłapywały ratowników i lekarzy ze sprzętem reanimacyjnym, pochylonych nad ciałami.

 
Czekiści nie opanowali sytuacji w momencie, gdy polska załoga wymknęła się z pułapki. Potem wprawdzie (jak podawano w „Misji specjalnej” (http://www.youtube.com/watch?v=NuK4e-L6VXw&feature=fvsr)) łazili po domach i zakazywali mówienia o tym, co się działo na Siewiernym, ale było już za późno. Sytuacja wymknęła się bowiem spod czekistowskiej kontroli 10 Kwietnia już w godzinach przedpołudniowych. Ten brak kontroli spowodowany był tym, że konieczne było organizowanie dwóch akcji ratunkowych z jednoczesną medialną osłoną tylko jednego, zaaranżowanego „miejsca zdarzenia” (Siewiernyj) i zarazem „opanowywanie chaosu”, który ogarnął Smoleńsk właśnie 10 Kwietnia z powodu awaryjnego lądowania tupolewa. Awaryjnego lądowania, o którym wstępnie oficjalnie poinformowano (komunikat - gubernator Smoleńska; relacja poniżej), a o którym po zaaranżowaniu „katastrofy” w Siewiernym już nie wolno było mówić.

 
Czekistom pozostawało zatem naprędce „sklejenie” ex post dwóch narracji, czyli pokazanie części tego, co się działo na drugim miejscu zdarzenia... jako części działań na... Siewiernym (vide relacje pielęgniarek). Uporczywe pokazywanie w mediach rozdygotanego i koncentrującego się zaledwie na paru obiektach (statecznik, czarna skrzynka, resztki wraku, no i „strażacy” w „akcji dogaszania”), krótkiego materiału Wiśniewskiego, miało w umysłach odbiorców nie tylko zatrzeć ślad po wczesnych telewizyjnych doniesieniach o awarii i awaryjnym lądowaniu (Polsat News mówi już o godz. 9.04 „jest awaria samolotu prezydenckiego w Smoleńsku” (http://www.youtube.com/watch?v=E7cYFMrYOo0&feature=player_embedded), a TVN24 przed godz. 10 mówi o awaryjnym lądowaniu, a także o tym, że pilotom udało się poderwać samolot i przelecieć 1,5 km dalej (fragmenty te w komentarzach pod moim wczorajszym postem)), ale też stworzyć wrażenie, że jakikolwiek scenariusz związany z uratowaniem się kogoś z katastrofy (vide późniejsze relacje o telefonach osób ocalałych), to tylko wymysł ludzkiej fantazji. Nikt bowiem nie miał prawa przeżyć.

 
Nad „miejscem katastrofy” i nad starym, ponoć prawie nieużywanym, wojskowym lotniskiem (a więc nie posiadającym jakichś nowoczesnych sprzętów czy instalacji, które FR mogłaby chronić przed widokiem publicznym) – mimo że jest to od wielu wielu lat na całym świecie stała praktyka ekip telewizyjnych w nadzwyczajnych sytuacjach, NIE pojawił się ŻADEN helikopter, który pokazywałby skalę katastrofy. Widzieliśmy wszystko rozbieganymi oczyma Wiśniewskiego lub zza tłumów dziennikarzy kłębiących się przy mundurowych i przy bramie wjazdowej na Siewiernyj. Widzieliśmy wszystko z perspektywy żaby, która reaguje na ruch muchy w polu widzenia, a tak naprawdę nie widzi prawie nic.

 
Nie było tam helikoptera telewizyjnego przede wszystkim dlatego, że tam z lotu ptaka nie było nic do pokazania. W Siewiernym nie doszło do lotniczej katastrofy po prostu. Oblot ekipy telewizyjnej w pierwszych minutach po oficjalnie ogłoszonej katastrofie pokazałby tylko wysypane (najprawdopodobniej przez Iła) części z lotniczego złomowiska i parę (doskonale nam znanych) fragmentów jakiegoś innego tupolewa. Sprzed Siewiernego polski tupolew dzięki mistrzowskim umiejętnościom śp. mjr. A. Protasiuka uciekł i awaryjnie wylądował w innym miejscu. Czekiści, przygotowani nie tylko z aranżacją na Siewiernym, lecz i z narracją o „katastrofie spowodowanej w ciężkiej mgle przez lekkomyślną załogę podlegającą presji zwierzchników” NIE mogli już zatrzymać biegu wydarzeń ani ODWOŁAĆ OPERACJI. Nie mogli też sytuacji zostawić w taki sposób, że po awaryjnym lądowaniu tupolewa pozwolą pasażerom wyjść cało z samolotu – byłby bowiem skandal międzynarodowy z podejrzeniem zamachu na polską delegację z Prezydentem L. Kaczyńskim na czele. „Nikto nie wyżyw” w przygotowanej przed zamachem narracji czekistowskiej miało oznaczać, że nikt z polskiej delegacji nie ma prawa ocaleć 10 Kwietnia.

 
Kiedy oglądałem przed miesiącami materiał Superwizjera nie mogłem wyjść ze zdumienia, sądząc, że tylu ludzi napotkanych w Smoleńsku kłamie – sprzeczności bowiem w relacjach było tak wiele, jakby albo zmyślano, albo widziano zupełnie różne katastrofy (co wydawało mi się wtedy nierealne). Jak pamiętamy, w poście „Film „Świadkowie”” (http://freeyourmind.salon24.pl/234632,film-swiadkowie) zebrałem te relacje, przekonany, że oto mamy do czynienia z kolejną dezinformacyjną kampanią. Teraz zaś i po analizie materiałów z ubiegłorocznej, wrześniowej „Misji specjalnej” sądzę, że ludzie Putina nie byli w stanie zmusić tylu ludzi w Smoleńsku do składania fałszywych zeznań. To już nie czasy Stalina i totalnej wszechwładzy czekistów. Przeciwnie, putinowscy czekiści mogli wyłącznie skoncentrować się na mediach i osłonie samych miejsc akcji, a więc przede wszystkim na dezinformacji.

 
Ale i tu im kiepsko całe to maskowanie szło, bo (jak zwrócił uwagę A. Iłłarionow (http://www.youtube.com/watch?v=6Fjsb2VgKvc) pojawiały się rozmaite wersje wydarzeń i samego CZASU katastrofy, które świadczyły o tym, że czekiści do końca nie wiedzą: CO – tj. jaki scenariusz wydarzeń – przekazać mediom. Co zaś mogło być skomplikowanego w OSTATECZNYM USTALENIU DANYCH? Jeśliby faktycznie polski samolot uległ NATYCHMIASTOWEMU i CAŁKOWITEMU ZNISZCZENIU na Siewiernym (taki przecież stan jest pokazany na filmie Wiśniewskiego (z godz. 8.50) i na wcześniejszym o ileśtam minut filmiku Koli) koło godziny 8.40, to przecież pierwsza lepsza ekipa ratownicza, która dotarłaby na miejsce, po paru minutach ustaliłaby z grubsza, co i kiedy się stało, i od razu wezwała ekipę telewizyjną z helikopterem, by pokazać wypadek światu. Tymczasem oficjalna informacja jest taka, że do katastrofy doszło o 8.56 (RMF poda wtedy nawet, że samolot robił się „po dziewiątej” (http://www.youtube.com/watch?v=M5TDWvq4GrU&feature=related)) i żadnego helikoptera nad Siewiernym nie ma.

 
Przyjrzyjmy się naprawdę bardzo uważnie (nie pobieżnie) najwcześniejszym relacjom w polskich mediach, kiedy jeszcze sytuacja pod względem dezinformacyjnego przekazu nie jest ustabilizowana (nikt zresztą w najśmielszych snach w Polsce wtedy nie sądzi, że są DWA miejsca zdarzenia) i w tym samym czasie ścierają się w mediach DWIE wersje tego, co się stało:

 
http://www.youtube.com/watch?v=PkCZVtpmb6E&feature=related TVN24 przed godz. 10, od 1'39'' materiału: „Wiemy, że były bardzo złe warunki pogodowe, była bardzo gęsta mgła. Samolot nie wylądował, nie przyziemił, słychać było ryk silników, piloci podnieśli tę maszynę, polecieli jakieś półtora kilometra od tego lotniska i tam maszyna się rozbiła, zapaliła się. Wiemy już, że została ugaszona. Mówiliśmy o akcji ratunkowej. Mówiąc „akcja ratunkowa” zawsze jest ta iskierka nadziei, że wyciągnie się z tego samolotu kogoś żywego, ale już wiemy, to jest oficjalna informacja od pani gubernator obwodu smoleńskiego, nikt tej katastrofy nie przeżył...” (to godzina ok. 12.00 ruskiego lokalnego czasu) W „raporcie komisji Burdenki 2” jest mowa o tym, że „ustalenie braku żywych” nastąpiło o godz. 11.40. O której godzinie były na miejscu zdarzenia pielęgniarki cytowane na początku?

 
Relacja W. Batera: http://www.youtube.com/watch?v=_96X6s2eRvI, który miał otrzymać wiadomość już o 8.40 (polskiego czasu). Bater mówi o próbach dodzwonienia się do członków delegacji i o... blokowaniu telefonów (przez ruskich operatorów, jak się możemy domyśleć). Ale już w relacji dla Polsat News (niedługo po newsie o awarii) o godz. 9.13 http://www.youtube.com/watch?v=E7cYFMrYOo0&feature=player_embedded Bater przekazuje (przekazaną mu informację), że „z samolotu nie ma co zbierać”.

 
Telefoniczna relacja (wracającego z Katynia) J. Olechowskiego dla TVP Info nadana o 9:43: http://www.youtube.com/watch?v=qPmlRSx6Fxs&playnext=1&list=PL03CC22FE20A86E6D&index=49: (od 1'57'' materiału) „Ja mam na tę chwilę dwie informacje. Po pierwsze, wiemy o tym, że samolot (…) podchodząc do lądowania zahaczył o drzewa i się rozbił.[UWAGA - przyp. F.Y.M.] Według jednej wersji udało się tak pilotowi wylądować, że w zasadzie tam do żadnych strat wielkich nie doszło. Druga wersja, bardziej pesymistyczna jest taka, że ten samolot już po wylądowaniu, po uderzeniu w ziemię, przypominał kulę ognia, tak mieli tutaj przekazywać naoczni świadkowie tego zdarzenia... Która z tych wersji jest prawdziwa? Mam nadzieję, że w ciągu tych piętnastu, góra dwudziestu minut dotrzemy na miejsce i będziemy mogli te informacje zweryfikować, potwierdzić...”.

 
Możemy więc z dużą doża prawdopodobieństwa sądzić, że dziennikarze otrzymywali odmienne wersje z różnych źródeł związanych z władzami Smoleńska. Te wersje były związane z trwającymi DWIEMA akcjami, aczkolwiek czekiści starali się za wszelką cenę „ustabilizować chaos” medialny i wprowadzić do obiegu tylko JEDEN scenariusz wydarzeń, związany z lotniskiem Siewiernyj. Dlatego też SPROWADZALI, nakierowywali wszystkich dziennikarzy właśnie na Siewiernyj, a tam trzymali pod bramą, bo prawda, „nie lzia” wchodzić na teren katastrofy.

 
Zaprezentowany w programie B. Wildsteina wywiad z A. Iłłarionowem: http://www.youtube.com/watch?v=6Fjsb2VgKvc, w którym mowa jest o ruskiej dezinformacji. Czy deza z „czterema podejściami do lądowania” (jak pamiętamy była też relacja świadków, jakoby samolot długo krążył nad Smoleńskiem) nie związana była z tym, że tupolew czekistom sprzed Siewiernego uciekł?

 
Mord smoleński musiał być osłonięty kampanią propagandową, która pomijając wszystkie inne detale związane z maskirowką, zakładała jedno: że w ogóle doszło do katastrofy. Ten fakt miał być najważniejszy z wszystkich i absolutnie, absolutnie, powtarzam, niepodważalny – reszta była już kwestią intensywnej, masowej dezinformacji. Tymczasem, co twierdzę z pełnym przekonaniem po tych wszystkich analizach, które do tej pory przeprowadziłem, największym kłamstwem czekistów może być właśnie to, że była w Smoleńsku lotniczakatastrofa.To że nie było jej w Siewiernym, to jest informacja niemal w stu procentach pewna (potwierdzają to dowody świadczące o aranżacji miejsca na powypadkowe; zebrane przez wielu blogerów). Ale to, że nie było katastrofy w ogóle, to informacja raczej nowa. Coraz więcej wskazuje na to, sądzę, że jeśli już mówić o tym,co naprawdę było w Smoleńsku 10 Kwietnia 2010 r. – to było(po pierwsze)awaryjne lądowanie polskiego tupolewa w godzinach przedpołudniowych lokalnego czasu, w tymże Smoleńsku, w jakimś (nieznanym nam do tej pory) miejscu. I (po drugie) naprawdę doszło do zamachu na polską delegację, której nie pozwolono z tego samolotu się wydostać i wszcząć alarm w kraju.

 
Jeśli to wszystko, co piszę, jest prawdą, to płk. Putin będzie mieć niedługo o wiele większe problemy niż Rosja w 1612 r. A gabinet ciemniaków powinien zostać natychmiast odwołany, zaś jego członkowie postawieni przed Trybunałem Stanu.

 

 
* * *
I refleksja na koniec. Patrzę na pogodną twarz młodego polskiego oficera, kpt. Artura Ziętka, na pierwszej stronie dzisiejszego „NDz” i myślę sobie nie tylko o pierwszym Katyniu, kiedy to takich właśnie młodych, dzielnych polskich oficerów bestialsko mordowali czekiści, ale i o drugim Katyniu. Myślę o dzielnych polskich pilotach, którzy po mistrzowskim manewrze ucieczki z czekistowskiej pułapki na Siewiernym, własnym życiem przypłacili próbę ratowania pasażerów tupolewa. Polska tym bohaterom, tym heroicznym żołnierzom, wystawi kiedyś pomnik.

 

 

 
http://www.youtube.com/watch?v=H2ikxZnRPEY&feature=related Superwizjer – pielęgniarki (0'27'')
http://www.youtube.com/watch?v=5AJl4CXsBdA&feature=related Superwizjer – relacje ludzi przy garażach (3'14'')

 

 

 

Lubię to! Skomentuj212 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale