613 obserwujących
1599 notek
9295k odsłon
12780 odsłon

Pozorny wybór

Wykop Skomentuj324
Kiedyś wspominałem o tym, że stylizowanie zbrodni popełnianych przez sowieckie specsłużby na „nieszczęśliwe wypadki” lub „prawdopodobne zbiegi okoliczności” należy do podstawowego repertuaru działań o charakterze dywersyjnym, działań wymierzonych we „wrogów Kremla”. Jest jeszcze jednak inny sposób kamuflowania zabójstwa (stosowany nie tylko przez czekistów) - pozorowanie samobójstwa. Aranżuje się miejsce zbrodni w taki sposób, że np. zastrzelonej z bliska osobie wkłada się do ręki pistolet lub też w zasięgu ręki ofiary pozostawia się broń z odciskami palców tejże osoby. Jeśli aranżacja jest skuteczna, policja może umorzyć śledztwo i nie szukać prawdziwego sprawcy śmierci.

 
Wydaje się, że Ruscy, konstruując (i łatając sypiącą się wciąż) narrację dotyczącą tragedii smoleńskiej, zastosowali obie z tych metod naraz. Z jednej strony to, co wydarzyło się 10 Kwietnia miało być „nieszczęśliwym” (mgła, słaba widoczność, niefortunne ukształtowanie terenu) albo wprost „głupim wypadkiem” (kozakowanie „debeściaków” ignorujących dobre rady „kontrolerów lotu”). Z drugiej zaś, zawarte w „raporcie komisji Burdenki 2”, „sowiecko-psychiatryczne analizy” i „rekonstrukcje osobowości” pierwszego pilota, jednoznaczny przekaz o nieodpowiedzialnym i nietrzeźwym generale Błasiku oraz opowieści o innych prezydenckich epizodach z „naciskami na załogi” - miały „dopełnić obrazu” katastrofy, czyli dowieść, że tak właściwie to śmierć przyszła „na własne życzenie” ofiar i dokonała się ich własnymi rękami.

 
Nawiasem mówiąc, ta wersja z „samobójstwem” wynikającym z niesamowitego pośpiechu śp. Prezydenta L. Kaczyńskiego, by nie było spóźnienia na uroczystości, (ochoczo eksplorowana przez polskojęzyczne mainstreamowe media) była o tyle nonsensowna, że Prezydent, gdzie jak gdzie i kiedy jak kiedy, ale do Katynia 10 Kwietnia nie musiał się wcale spieszyć. I tak by na niego (i na całą delegację z tyloma znakomitościami polskiego życia publicznego) w Lasku Katyńskim z uroczystościami zaczekano. W Katyniu byli bowiem ludzie, którzy Prezydenta szanowali i za niezwykły zaszczyt poczytywali sobie możliwość uczestniczenia w okrągłych rocznicowych obchodach. Ci, którzy pogardzali Kaczyńskim, pojawili się przecież w Lasku Katyńskim tłumnie wraz z gabinetem ciemniaków 7 kwietnia, czapkując carowi Putinowi i cmokając nad „pojednaniem warszawsko-moskiewskim”.

 
Ruscy, przygotowując zamach, doskonale wiedzieli, że nawet aranżując wszystko na wypadek/(nieumyślne) samobójstwo, pojawią się w mediach „wersje zamachowe”. Neutralizację tych ostatnich miała zapewnić odpowiednia, zmasowana kampania dezinformacyjna i propagandowa, wyśmiewająca albo same „teorie spiskowe”, albo ludzi, którzy je głoszą. Najważniejsze jednak dla czekistów było to, by wybór między „wersją wypadkową” a „zamachową” był jedyny, jaki pojawi się w przekazie medialnym. Oficjalnie katastrofa (rozumiana tu jako „lotniczy wypadek”) miała być spowodowana „wielorakimi przyczynami” (w ostatniej fazie „badań” doszły - dzięki stenogramom opublikowanym przez komisję Millera - w ramach „materiału uzupełniającego”: szaleństwa prostaków w „wieży kontroli lotów”), natomiast „nieoficjalnie”, tj. w wersjach głoszonych przez paranoików smoleńskich, miała być wynikiem zamachu z użyciem (najprawdopodobniej niekonwencjonalnych) środków wybuchowych.

 
Najważniejsze dla Kremla było jednak to, by fakt zajścia samej katastrofy na Siewiernym pozostał niekwestionowany. Dopiero bowiem przy podważeniu tego właśnie faktu i uznaniu wydarzeń z Siewiernego za maskirowkę, (osłaniająca zbrodnię smoleńską) kampania czekistów okazywała się kompletnie bezużyteczna. Jeśliby bowiem jacyś szaleńcy uznali, że katastrofa na Siewiernym to właśnie (przeprowadzona na niespotykaną dotąd w świecie skalę) maskirowka, to konsekwentnie wychodziłoby im, że wszystkie przeprowadzone w związku z tą katastrofą badania, ekspertyzy itd. to jedna wielka maskarada albo teatr absurdu w iście Beckettowskim stylu. Zestaw kompletnie bezsensownych czynności wykonanych po to, by uwiarygodnić miejsce zdarzenia, zdarzenia, do którego w tamtym właśnie miejscu NIE doszło. Podążając tą myślą – jeśli polscy specjaliści, którzy pojawili się 10 Kwietnia wieczorem na Siewiernym, choć prace zaczęli dopiero następnego ranka, nie sprawdzili (a można podejrzewać, że nie zrobili tego; por. barwne relacje E. Klicha), czy mają do czynienia z autentycznymi szczątkami polskiego tupolewa i uznali ruskie sceniczne rekwizyty za obiekty realne, to dali się wciągnąć w spektakl, o którego istnieniu być może nawet nie mieli pojęcia.

 
Twarde trzymanie się przez „stronę rosyjską” wersji z Siewiernym jako „miejscem katastrofy” miało wyeliminować jakikolwiek cień podejrzenia, co do skonstruowanej inscenizacji, ale też zapobiec powstawaniu zupełnie alternatywnej wersji wydarzeń, w myśl której np. 1) na wysokości 100 m polski tupolew, tak jak oznajmia pierwszy pilot, odchodzi (i zarazem wymyka się z pułapki) i ląduje gdzieś awaryjnie, a nie spada gwałtownie na „masyw leśny” oraz 2) czekistowska zbrodnia została dokonana gdzie indziej. Takiego bowiem (alternatywnego) przebiegu wypadków nie dałoby się medialnie „wyjaśnić” ciemnemu ludowi, obśmiać w „kabaretach”, zakryć świętym oburzeniem na lekkomyślną załogę i „naciskających na nią zwierzchników”, i przesłonić deklaracjami Brylskiej, Olbrychskiego, Wajdy, Życińskiego i wielu innych zdeklarowanych po tragedii smoleńskiej, przyjaciół Moskwy. Nie byłoby wtedy bowiem mowy o żadnym lotniczym wypadku, lecz o terrorystycznym ataku na samolot z prezydencką delegacją z Polski – ataku, o którym, jak stwierdził kiedyś min. A. Macierewicz (ogólną) informację miały polskie służby na dzień przed wylotem tejże delegacji (http://mypis.pl/aktualnosci/687-zespol-parlamentarny-do-spraw-zbadania-katastrofy-tu-154-ujawnia-nieznane-dotad-fakty). Tu w wykręcaniu kota ogonem i szukaniu jasnych stron tragicznej sytuacji nie pomógłby ani Wroński, ani Żakowski, ani żaden inny mędrzec z Ministerstwa Prawdy.

 
Należało więc bezwzględnie utrzymywać wersję z katastrofą, nawet kosztem jej niespójności i narastających podejrzeń związanych z 1) zeznaniami świadków, którzy nie widzieli ciał, 2) zdumiewającą, iście apokaliptyczną skalą zniszczeń (proszę zobaczyć, co zostało z samolotu w Lockerbie, którego szczątki spadły z nieporównanie większej wysokości (http://www.youtube.com/watch?v=limPg52ugnw&feature=related; przy okazji warto się zapoznać z tym, jak wygląda praca profesjonalistów badających katastrofy lotnicze), 3) brakiem twardych dowodów zajścia „wypadku”. Co do 3) to schemat rozmieszczenia szczątków („raport komisji Burdenki 2”; wersja polska, s. 96) jest taki, jakby samolot rozpadł się po drodze podczas twardego przyziemiania, natomiast skala zniszczeń jest taka, jakby go wysadził potężny ładunek wybuchowy. Sam ten, sugerujący inscenizację, schemat najpewniej został nałożony na zdjęcie satelitarne z 12 Kwietnia 2010 r. (przez ten czas bowiem Ruscy „sprzątali” na miejscu zdarzenia, wycinali drzewa „pod sprawny transport” itd.), a więc nie jest autentycznym zdjęciem wykonanym po katastrofie, które to zdjęcie w takim dokumencie po badaniach tak poważnego zdarzenia lotniczego, powinno było się bezwzględnie pojawić. Nie ma też, jak to już wiele razy podkreślałem, zdjęcia Siewiernego z helikoptera (z 10 Kwietnia oczywiście).
 
Wiśniewski, jak pamiętamy, tak opowiada o tym, co to się działo, gdy jeszcze był w hotelu: „Patrzę w mgle, idzie samolot bardzo nisko, lewym skrzydłem prawie że w dół, normalnie słychać taki huk, bo miałem otwarte okno (…) jakby coś było niszczone, tak tratowane, za chwilę było wiesz, huk, dwa (…) błyski ognia, mówię: wywalił się samolot...” (http://www.youtube.com/watch?v=yifz6Se52kE). Zastanawiam się jednak jak on to wszystko widział, skoro – jak pokazano nam na legendarnej prezentacji komisji Millera – potężna machina typu Ił-76, zbliżająca się do Siewiernego o 7.25, na stopklatce to zaledwie plama, nieco ciemniejsza od innych zamglonych plam ((http://www.youtube.com/watch?v=9iwEOMbNivs&feature=player_embedded#!) od 11'52'' materiału)?
 
 
Czy Wiśniewski naprawdę coś wtedy widział, skoro kamera z odległości 400 m zarejestrowała tyle co nic - czy raczej oczyma wyobraźni zobaczył (już po fakcie, po powrocie z pobojowiska, w trakcie wywiadu) to, co wtedy w hotelu zaledwie... słyszał? Może tę jego wizję ukształtowały opowieści ruskich funkcjonariuszy, którzy – jak widzieliśmy na różnych migawkach (np. gdy ci opowiadają Tuskowi (http://www.youtube.com/watch?v=rvkvfX5KpOg&feature=related), gdy relacjonują Putinowi (http://www.youtube.com/watch?v=KG2-ChZv91E&feature=related), gdy na pobojowisku sami sobie „wizualizują” itd.) - pokazywali, machając grabiami, co to się z polskim samolotem stało, czyli, że leciał, walnął w brzozę, a potem się obrócił „na plecy”.

 
W „raporcie komisji Burdenki 2” poświęcono sporo miejsca „podobnym zdarzeniom” (z „naciskami na załogi”), które miały tworzyć pewien fatalny ciąg zakończony smoleńską tragedią. „Epizod gruziński” z 2008 r., który wprawdzie polegał na tym, że ówczesna załoga NIE zgodziła się na lądowanie w jakimś miejscu, potraktowano zgodnie z ruską logiką jako „potwierdzenie” tego, że załoga może ulegać naciskom. Nie wyliczono w bumadze MAK-u ponadto różnych awarii rządowego tupolewa, jak choćby tej styczniowej (2010) na Haiti (http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/196715,Awaria-rzadowego-Tupolewa-ratownicy-utkneli-na-Haiti) ani dziwnych awarii przytrafiających się akurat wtedy, gdy leciał gdzieś polski Prezydent (http://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-prezydent-dotarl-do-japonii-kompletna-klapa-tupolewa,nId,163919) (http://wiadomosci.wp.pl/gid,10629361,title,Tu-154-uziemiony-w-Ulan-Bator,galeria.html?ticaid=1ba9b), które to awarie budziły niezwykłą radość przeróżnych cepów w naszym kraju. W ruskiej bumadze nie wspomina się też o ostrzale skierowanym na kolumnę z prezydenckim samochodem (http://www.polskatimes.pl/fakty/gruzja/62592,prezydent-lech-kaczynski-w-gruzji-strzelali-rosjanie,id,t.html?cookie=1). Ten ostrzał także wielu cepów w Polsce ubawił do łez.

 
Przyjęcie, że na Siewiernym był złom (dostarczony tam zapewne przez Iła, by inscenizować lotniczy wypadek), pozwala zrozumieć nie tylko „skalę zniszczeń” niewspółmierną do tego, co się nad Siewiernym miało z polskim samolotem zdarzyć – ale też 1) zachowania służb zaraz po ogłoszeniu, że „doszło do katastrofy z winy pilotów” oraz 2) całe to wielkie i pospieszne sprzątanie pobojowiska, z niszczeniem wraku włącznie. Wprawdzie o winie pilotów i o przebiegu zdarzeń Ruscy zawyrokowali zanim cokolwiek zostało na Siewiernym zbadane, a więc w przeciągu pierwszych kilkunastu minut, ale, jak wiemy, władzom w Polsce wcale to nie przeszkodziło w uznaniu tej wersji za wiarygodną i zweryfikowaną. Należy jednak mieć świadomość, że jeśli to, co pokazane było na Siewiernym, to nie są szczątki polskiego tupolewa, lecz właśnie jakiś imitujący te szczątki złom, to – tu uwaga – rekonstruowanie tego, co się wydarzyło na Siewiernym (rekonstruowanie nawet dokonywane przez niezależnych badaczy i ekspertów!) wiedzie zupełnie donikąd. Sądzę więc, że w obliczu tych wszystkich ruskich matactw, oszustw, dezinformacji, uników, braków dokumentów, bajzlu itd. (o upokorzeniach Polski i lżeniu ofiar przez ludzi Putina i Tuska nie wspomnę) – fundamentalną obecnie kwestią jest ustalenie autentyczności wraku i autentyczności miejsca zdarzenia. Jeśliby się okazało, że ani wrak nie jest autentyczny, ani miejsce – całe badanie przyczyn tragedii smoleńskiej należy rozpocząć zupełnie od nowa, a ruskie bumagi wywalić do śmieci.

 

 

 

 

Wykop Skomentuj324
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale