613 obserwujących
1599 notek
9313k odsłon
11307 odsłon

Wierzchowski raz jeszcze

Wykop Skomentuj397
M. Wierzchowski na początku swej relacji przed Zespołem smoleńskim, zaznaczywszy, że (0h0'44'' materiału) „do trzydziestego listopada (2010? to dość długo - przyp. F.Y.M.) byłem pracownikiem kancelarii Prezydenta”, opowiada całą historię w ciekawym, „telegraficznym skrócie” - pominę fragmenty dotyczące samej technicznej strony przygotowań do uroczystości:

 
(2'40'')
Przed samą wizytą (delegacji prezydenckiej – przyp. F.Y.M.) ja z p. Sasinem i z p. Adamem Kwiatkowskim udaliśmy się do Smoleńska, żeby jeszcze na spokojnie zobaczyć, jak będzie wyglądał, jak będzie wyglądało miejsce uroczystości (i właśnie co zobaczyli? Byli na miejscu uroczystości po przybyciu? - przyp. F.Y.M.), czy wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Pan minister ze względu na swoją rangę, gdyby coś było jeszcze nie tak, no to mógłby interweniować, czy to u gubernatora, czy u wicegubernatora, dzień wcześniej, nad jakąś zmianą, np. krzesełkami czy nagłośnieniem, gdyby czegokolwiek nie było”.

 
Musiało być jednak na miejscu wszystko dopięte na ostatni guzik, skoro ww. panowie nie tylko nie sprawdzali 9-go krzesełek i nagłośnienia, ale też „pan minister ze względu na swoją rangę” nie musiał u żadnego gubernatora w żadnej sprawie interweniować.

 
Byliśmy w Smoleńsku 9-go kwietnia, tam mieliśmy jeszcze ostatnie spotkania z ambasadorem Bahrem, ostatnie tam ustalenia, podzieliliśmy się, że p. min. będzie oczekiwał na p. Prezydenta i na całą delegację przy wejściu na Memoriał, ja udałem się na lotnisko (tu już chyba mowa o 10-tym Kwietnia – przyp. F.Y.M.), oczekując przylotu samolotu i pomóc w, no, w zajęciu miejsc. Delegacja była spora, nie wszystkie osoby znałem, znaczy znałem 90, około 80-ciu % osób, które były na pokładzie, więc mogłem gdzieś tam wspomóc pracowników ambasady w rozdzieleniu: kto do którego autokaru, kto do samochodu itd.

 
W momencie (…) katastrofy byłem na lotnisku... I udałem się na miejsce, na miejsce, na miejsce katastrofy tuż po tym, jak samolot się rozbił. Tam przebywałem około... tak naprawdę cały dzień, tak, od momentu, gdy tam przybyłem z przerwą na około godziny, półtorej, gdzie pojechałem do Smoleńska, tam chwilę przebywałem, około pół godziny do 40 minut i potem wróciłem, oczekując na przybycie p. premiera Jarosława Kaczyńskiego. Byliśmy tam do końca jego pobytu. (…) Ja zostałem poproszony przez p. min. Sasina, żebym, znaczy, w godzinach nocnych zapadła decyzja, że trumna z ciałem p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego wróci do Polski dnia następnego i zostaliśmy na lotnisku (ale chyba nie nocowali na tym lotnisku? - przyp. F.Y.M.), oczekując na przylot polskiego samolotu CAS-y razem z p. min. Łopińskim, z p. min. Bochenek i z p. posłem Kowalem, no i do Polski wyruszyliśmy około godziny, jak dobrze pamiętam, 15-tej czasu rosyjskiego w niedzielę (…) Pan Prezydent poleciał, wrócił CAS-ą, p. min. Sasin prosił mnie, żebym wrócił razem z jego kierowcą, bo udaliśmy się samochodem, no to jest długa podróż, 800 km, żeby ten pan nie wracał samemu, więc ja powiedziałem, że nie ma najmniejszego problemu, wróciliśmy samochodem do Warszawy (z noclegiem po drodze znowu w Mińsku? Czy też tym razem bez noclegu? - przyp. F.Y.M.).

 
Zakładając, że w tym wstępnym swoim przemówieniu, Wierzchowski opowiada to, co uznał za najważniejsze, to zastanawiają dwie rzeczy. 1) Pewna rozchwiana nieco chronologia opowieści (skoki czasowe, że się tak wyrażę) oraz 2) ta dbałość o szczegóły wydarzeń poprzedzających „wypadek” i następujących „po wypadku” w przeciwieństwie do dość ubogiej relacji z przebiegu samego „wypadku”. Zauważmy bowiem, że to co stanowi kulminacyjne wydarzenie całej historii, Wierzchowski ubiera w dwa zdania: „W momencie (…) katastrofy byłem na lotnisku... I udałem się na miejsce (...) katastrofy tuż po tym, jak samolot się rozbił”. Są one o tyle może (jak na wstęp do zeznań) zaskakujące, iż 1) zostają wplecione w opowieści o tym, co „przed” i „po”, 2) nie otwierają całej relacji, 3) sam Wierzchowski (jak będzie przecież powtarzał wielokrotnie potem) ani nie widział, ani nie słyszał żadnej katastrofy. Co więcej (a propos punktu 3)), tenże świadek będzie miał wielkie trudności z ustaleniem czasu „zdarzenia” i czasu, jaki upłynie od „zdarzenia” do przybycia na „miejsce zdarzenia”.

 
Zeznania, jeśliby miały (w ramach wprowadzenia) mówić o tym, co najważniejsze, powinny się zacząć od tego, że (przykładowo): „10-go rano, po wyjściu z hotelu „Smoleńsk” (o tej a o tej godzinie) wziąłem taksówkę z pobliskiego parkingu i pojechałem na lotnisko Siewiernyj, na którym byłem o tej a o tej godzinie i gdzie spotkałem takie a takie osoby. Samolot miał przybyć o tej a o tej, oczekiwałem tyle a tyle minut. Do katastrofy doszło, jak sądzę, o tej a o tej. Na miejsce katastrofy udałem się o tej a o tej, w taki a taki sposób. Zobaczyłem to a to, zawiadomiłem tego a tego.” Jak bowiemWierzchowski znalazł się na Siewiernym, skoro jednym autem jechali z Sasinem i Kwiatkowskim, a ci dwaj ostatni udali się do Katynia? Czy Sasin zostawił mu swój służbowy samochód z kierowcą, a udał się do Katynia czymś innym?

 
Jak wiemy (tu dzięki składam komentatorowi Swallow) w książce „Mgła” (s. 39) Sasin opowiada, że 10-go rano odbywa jeszcze wycieczkę krajoznawczą po Smoleńsku: „Stwierdziłem, że korzystniej będzie, jeśli od razu pojadę na cmentarz i tam dokonam jeszcze ostatniej lustracji wszystkiego, co zostało przygotowane i jeszcze raz z przedstawicielem protokołu dyplomatycznego krok po kroku omówimy przebieg uroczystości. Tak się też stało. Marcin Wierzchowski i Maciej Jakubik z Kancelarii Prezydenta pojechali na lotnisko, a ja z pozostałymi współpracownikami udałem się na cmentarz, aby czekać na przybycie pana prezydenta i delegacji.

 
Lądowanie było przewidziane tuż przed godziną dziewiątą czasu polskiego, czyli o jedenastej tamtego czasu. Wstałem sporo wcześniej, ponieważ chciałem skorzystać z okazji – nie byłem dotychczas w Smoleńsku, a jako historyk byłem zainteresowany miastem, które było niegdyś miastem pogranicznym Rzeczyspospolitej. Polacy wielokrotnie o Smoleńsk toczyli bitwy. Chciałem zobaczyć, jak on wygląda. I poświęciłem chyba ze trzy kwadranse na zwiedzenie centrum, soboru, murów obronnych. Stamtąd pojechałem na cmentarz. Musiała być jakaś godzina ósma lub kilka minut przed ósmą, kiedy dotarłem na miejsce. Kilkadziesiąt minut spędziłem, doglądając wszystkiego, sprawdzając ustawienie krzeseł, itp.” (http://freeyourmind.salon24.pl/316372,zeznania-dudy#comment_4543159). Można by z tego wnioskować, iż Zelig Sasin sobie przez „ze trzy kwadranse” spaceruje, no bo chyba nie zwiedzał na zasadzie objazdu niegdysiejszego „pogranicznego miasta Rzeczypospolitej”. 45 minut na spacer, 20 na dojazd ze Smoleńska, a o ósmej Sasin ma być już w Katyniu. Kiedy więc zjadł śniadanie, na którym (jak sam opowiada w sejmie) zapadła decyzja, że nie jedzie na Siewiernyj, tylko udaje się na cmentarz?

 
przy śniadaniu spotkaliśmy się ponownie (…) – ja ze współpracownikami (…) i zaczęliśmy jakby dalej dyskutować, jakie są zagrożenia, jakie ewentualnie jeszcze problemy mogą wyniknąć i w trakcie tej rozmowy zmieniłem ustalenia poprzedniego dnia(Wierzchowski, jak pisałem wyżej, twierdzi, że już 9-go zostało ustalone, że Sasina nie będzie na lotnisku w grupą oczekujących – przyp. F.Y.M.), mianowicie stwierdziłem, że (…) lotnisko jest takim miejscem, które nie niesie żadnych niebezpieczeństw, paradoksalnie nie niesie żadnych niebezpieczeństw, problemów z ląd..., czy z początkiem tej wizyty. Stwierdziłem: samolot po prostu wyląduje, wszyscy z tego samolotu wysiądą, będą podstawione samochody (…)” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/woko-zeznan-sasina-2.html)

 
Liczmy jakieś 20 minut na to śniadanie plus 10 minut na poranną toaletę i ubranie się. Wychodziłoby, że Sasin jest na nogach 10-go już od ca. 6.20 rano, co oczywiście nie musi budzić niczyich zastrzeżeń pod warunkiem, że samolot z delegacją miałby wylecieć z Wwy o 7-mej, a nie np. o... 5-tej. Czy przez ten czas jednak (tzn. między 6.20 rano a ósmą) nie przychodzi mu do głowy, by zadzwonić na Okęcie i spytać, czy tam „wszystko jest dopięte na ostatni guzik”? Nie może, spacerując sobie po Smoleńsku, np. zatelefonować do swojego przełożonego, W. Stasiaka? No więc jest podstawowe pytanie: Sasin nie dzwoni na Okęcie przed przylotem delegacji, czy też po prostu nie mówi w swych wielu relacjach, o tym, że się z Okęciem jednak kontaktował? A przecież było wiele powodów do takiego kontaktowania się. Dziennikarze przygotowani na wylot z delegacją o 5 rano, dowiadują się na Okęciu, że polecą innym samolotem. Jeden z jaków-40 się „psuje”. Przesiadają się dziennikarze do innego. Poza tym wylot delegacji wcale nie odbywa się o 5 rano (wedle tych samych dziennikarskich relacji) – co jest potem na Okęciu, wciąż nie wiemy. Tak czy tak jednak zachodzi cały splot zdarzeń, o których kto jak kto, ale ktoś odpowiadający za organizację uroczystości w Smoleńsku, powinien być poinformowany. No bo, skąd Sasin wie, że tupolew NIE wylatuje o 5 rano? Skąd wie, że może sobie pozwolić na wstanie o 6.20 i na „trzy kwadranse” zwiedzania Smoleńska? Skąd wie, że samolot wyleci o 7-mej? Poza tym, jeśli przybył do Katynia o ósmej, to na pewno miał możliwość porozmawiania z dziennikarzami, co przylecieli jakiem-40 – no bo chyba by się z nimi spotkał, by spytać, jak się leciało?

 
Wróćmy jednak do Wierzchowskiego. A. Macierewicz (09'22'') mówi mu o treści maila M. Jakubika do D. Jankowskiego (z 11 marca 2010), w którym pojawia się kwestia problemów z lotniskiem: „Darku, możesz sprawdzić, co jest z lotniskiem w Smoleńsku, bo słyszałem plotkę (od kogo? - przyp. F.Y.M.), że Rosjanie twierdzą, że ono niezbyt działa. Maciek”. Wierzchowski oczywiście nic o tym nie wie, poza tym twierdzi, że sprawdzanie lotniska nie leży w gestii pracowników kancelarii, ale przy okazji mówi tak (10'24'''):

 
„...gdybyśmy lecieli do Francji, do Chorwacji, czy do każdego innego kraju, no to byśmy, podejrzewam, nie polecieli, eee, nie pojechali z min. Sasinem 9-go kwietnia ze względu na to, że wiedzielibyśmy, że gospodarze nie pozwolą sobie na jakieś, na jakieś niedociągnięcia, a tutaj mimo wszystko baliśmy się, że... wiedząc, że... jest taka szermierka w mediach pomiędzy kancelarią Prezydenta, znaczy, no, mimo wszystko byliśmy tam lekko atakowani za te uroczystości, że... słyszeliśmy od wielu polityków, że obecność p. Prezydenta tam jest nie wskazana, skoro p. premier będzie siódmego itd. (chyba Wierzchowski oddala się od tematu – przyp. F.Y.M., ale po chwili wraca) jeśli chodzi o to lotnisko, to tak naprawdę... znaczy ja tam...

 
(…) Dwa lata wcześniej ja przyleciałem, bo wtedy były dwa tupolewy, które przyleciały na te uroczystości. W jednym była delegacja oficjalna, a w drugim były Rodziny Katyńskie i wtedy tak naprawdę nasz, przynajmniej mój udział w obecności na tym lotnisku wyglądał nast..., ten samolot wylądował, bo one się minęły w powietrzu. Najpierw wylądował samolot z Rodzinami, wysiedliśmy, one wsiadły do autokarów, oczekiwały. Potem przyleciał, wylądował drugi samolot z p. Prezydentem. Wsiedliśmy do autokarów i po prostu pojechaliśmy na uroczystości (o czym Wierzchowski tu mówi? - przyp. F.Y.M. - skoro pytanie dotyczyło problemów z lotniskiem Siewiernyj niedługo przed 10-04-2010). (…) To było to samo lotnisko. Wysiedliśmy z samolotów, wsiedliśmy do autokarów i różnica to była dziesięciu minut, tak, powiedzmy piętnastu, no. Ląduje samolot, drugi już robi sobie gdzieś podejście do lądowania, ląduje, podjeżdżają... On kołuje na miejsce postojowe, podjeżdżają schody, delegacja wysiada, p. Prezydent jest witany (…) czy to przez gubernatora, czy to (…) przez osobę, która reprezentuje władze tu w Smoleńsku, czy rosyjskie. Wsiadamy w kolumnę i po prostu udajemy się na uroczystości na cmentarz. Tam (…) najpierw jesteśmy na części rosyjskiej, potem przechodzimy na cmentarz pomordowanych oficerów (...)

 
(no i znowu powrót do tematu – przyp. F.Y.M.)
Jeśli chodzi o to, że był jakiśkolwiek problem (z lotniskiem – przyp. F.Y.M.), to tak jak mówię, rzecz, jeśli chodzi o kancelarię to zawsze było tak, jak ja pracowałem, że kwestią bezpieczeństwa zajmowało się Biuro Ochrony Rządu. Jeżeli ono mówiło, że, słuchajcie, my potrzebujemy np., leci sześciu oficerów, sześciu oficerów ma być na pokładzie i dla nich mają być tam gdzieś miejsca itd., to my oczywiście mówiliśmy „OK”, tak. Jeżeli 36 Pułk mówił, że są jakieś zastrzeżenia, to wtedy my mówiliśmy „OK”, np. zawsze się zwracaliśmy z prośbą o to, żeby wyliczyli nam czasy przelotu, żeby nie było tak, że my jako kancelaria wymyślamy sobie, że lot do Smoleńska trwa półtorej godziny, a faktycznie on trwa godzinę czterdzieści pięć (? - przyp. F.Y.M. - chyba jakiem-40, a nie tupolewem),brakuje nam piętnastu minut, potem są opóźnienia.

 
Więc kwestie, kwestie lotniska zawsze pozostawione były kwestii odpowiednim służbom, to... patrz tutaj... siłom powietrznym. Powiem szczerze, nie wiem, jak wygląda procedura, procedura wojskowa, jeśli chodzi o decyzje, czy samolot na danym lotnisku może lądować, czy nie może (ale chyba nie tego dotyczyło pytanie – przyp. F.Y.M.).Oni decydowali, że... że OK, możemy wylądować, możemy, w porządku. Bo my jako kancelaria tak naprawdę też nie wiemy, czy systemy (…) są odpowiednie , czy lotnisko jest wystarczająco duże, żeby takiej wielkości samolot wylądował. No różnie to bywa, każde lotnisko jest inne i może nie piloci, ale służby w 36-tym i w dowództwie sił powietrznych powinny najlepiej wiedzieć, czy samolot po prostu może wylądować, czy nie, no. My jesteśmy urzędnikami i nie zajmujemy się takimi kwestiami, tak. (…) Ja powiem szczerze z lotnictwa to wiem, że samoloty latają (…)

 
Biuro Spraw Zagranicznych, w którym pracuje p. Maciej Jakubik współpracuje bardziej bezpośrednio z ambasadą (…), z MSZ – śp. p. min. Handzlik – pisma wychodzące szły na jego podpis i na jego decyzje, on po prostu swoim podpisem na pewne rzeczy się zgadzał jako że z rangi ministra mógł takie rzeczy robić, tak. My przygotowywaliśmy rzeczy, które były nam zlecane i służyliśmy radą z doświadczenia i różnymi takimi rzeczami.

 
Wierzchowski nie pamięta „żeby coś takiego do niego dotarło” (a propos treści maila), choć jak znowu przypomniał Wierzchowskiemu Macierewicz, aż trzy rekonesansowe wizyty robocze w Smoleńsku – przed planowanymi uroczystościami zostały odwołane, zatem mogły być powody do niepokoju, czy wszystko jest „dopięte na ostatni guzik” i to nie w kwestii krzesełek i nagłośnienia. Wierzchowski pytany o to (19'47''), czy kancelaria Prezydenta bezpośrednio rozmawiała z Ruskami w kwestiach organizacyjnych, odpowiada, że nie wie, „trzeba by spytać Biuro Spraw Zagranicznych, ja już w takie szczegóły, nie, nie, przy organizacji tych wizyt, nie wnikałem. Wiem, że z doświadczenia, kiedy pracowałem w Zespole Obsługi Organizacyjnej, że w momencie, gdy były jakieś kwestie do załatwienia z naszymi odpowiednikami za granicą, to po prostu robiliśmy to albo przez protokół dyplomatyczny albo np. bezpośrednio zlecaliśmy ambasadzie jakieś tam rzeczy i ambasador czy charge d'affaires, czy któryś z urzędników po prostu udawał się do ichniego MSZ i jako partner rozmawiał.” I na pytanie, kto był organizatorem bezpośrednim, odpowiada: „wizyty z 7-go kwietnia współorganizatorem była kancelaria premiera, tak, wizyty 10-go (…)... te uroczystości i tak miały się w tym dniu odbywać, p. min. przewoźnik wydaje mi się, że z pół roku wcześniej organizował pociąg (…) wszystkie służby, garnizon stołeczny (...) I w uroczystościach 10-go (…) współorganizatorem, tak to nazwijmy, była kancelaria Prezydenta (...)”. No to w takim razie po cholerę mieli jechać czy lecieć do Smoleńska 9-go kwietnia „dopinać wszystko na ostatni guzik”, skoro wszystko dopinał protokół dyplomatyczny lub ambasada?

 
Dobra, Siewiernyj sobie odpuścili, jeśli chodzi o sprawdzanie, bo byli od tego inni ludzie – ale co z Okęciem? Jego też 10-go w żaden sposób nie sprawdzali? Przecież wystarczyło tylko zadzwonić do osób wyruszających w delegację i spytać, czy wszystko w porządku, czy nic się nie opóźnia i czy nie zaszły jakieś zmiany.

 

Wykop Skomentuj397
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale