Feminizm trzeciej fali zdecydowanie różni się w swoich postulatach od ubiegłowiecznych kobiecych bojów o emancypację. Niewątpliwie stale przyspieszający dryf w lewą stronę nie przysparza mu zwolenniczek, gdyż odchodzi od spraw typowo kobiecych ku lewicowym (a więc o ograniczonym poparciu) ideologiom. O ile zatem sprzeciwianie się nierównościom społecznym wydaje się słuszne i tylko skrajni szowiniści pokroju Korwina-Mikkego zgadzają się na zniewolenie żeńskiej części społeczeństwa, o tyle narzucanie subiektywnej wizji świata, cenzurowanie nauki i ograniczanie wolności wyznania i słowa wywołuje liczne kontrowersje.
Skrajne opinie na temat przemian kulturowych stymulowanych przez feministki trzeciej fali przeszkadzają w uważnej i obiektywnej analizie. Niemal wszystkie wypowiedzi związane z tematem bazują na radykalnych ideologiach. Radykałowie nie potrafią słuchać oponentów, potrafią tylko obalać ich tezy, niezależnie od ich wartości społecznej i poznawczej.
Jednym z przykładów gorąco dyskutowanych koncepcji feministycznych jest tzw. gender. Odnosząc się do niego, pokażę histeryczne zacietrzewienie lewicowych i prawicowych publicystów i postaram się wyciągnąć z tego pojęcia koncepcje wartościowe, oczyszczając je z ideologii. Moim celem jest więc wykazać, że jeśli pominąć naloty lewicowe, to niektóre modele związane z gender mogłyby zostać zaakceptowane przez prawicę, natomiast jeśli podejść do gender bez kłopotliwych uprzedzeń, to chrześcijańsko-prawicowa krytyka gender okaże się w znacznej mierze słuszna.
Jako przykład postawy antydialogowej chciałbym wskazać, po pierwsze, zamknięcie ośrodka badań nad gender studies przy KUL przez Episkopat, a po drugie, przekroczenie swoich naukowych kompetencji przez prof. Magdalenę Środę w dyskusji nad naukową rzetelnością gender studies ( www.kongreskobiet.pl/pl-PL/news/show/stanowisko_kongresu_kobiet_ws_gender ).
Pani Środa sugeruje, że Kościół Katolicki jest ciemnogrodem, katolicy zaś bezrefleksyjnie ucinają wszelką dyskusję, jak gdyby samo rozważanie lewicowych koncepcji stanowiło zgoła prostą drogę do zajęcia się ogniem piekielnym.
Wykażemy najpierw, że pani Środa nie ma prawa nazywać gender nauką, chyba że za naukę uznamy także doktrynę wyłożoną przez Katechizm Kościoła Katolickiego; co więcej, to właśnie pewne formy genderyzmu przypominają praktyki mitycznego Grodu Ciemności.
Gender studies to model starający się wyjaśniać zjawiska społeczne związane ze zjawiskami kulturowymi pojmowania płci. Nie można mówić o "wiedzy" opartej na gender studies, bo tego modelu nie da się sfalsyfikować ani zweryfikować empirycznie. W takim razie uprawnione jest mówienie o gender jako o ideologii, nawet jeśli ta teoria w pewnych przypadkach trafnie prognozuje zachowanie się badanego obiektu.
Można na wiele sposobów wykazać niesłuszność tezy pani Środy, żądającej uznawanie gender studies za naukę. Można wskazać elementy arbitralnie przyjęte, a czasem nawet sprzeczne z innymi dziedzinami wiedzy. "Nierówność" nie jest pojęciem naukowym, a jest jednym z sztandarowych pojęć, do których odwołują się genderyści.
Z drugiej strony jest to swego rodzaju alchemia, która ma szansę wydać na świat chemię. Koncepcja płci kulturowej, pojęcie podstawowe w gender studies, sama w sobie jest koncepcją rozsądną i wartą podjęcia rzetelnych, wolnych od ideologii badań.
Szczególnie oburzające wydaje się dążenie genderystów do ograniczenia autonomii psychologii, socjologii, a czasem nawet medycyny i biologii w imię pobudek "równościowych". Często spotykałem się u nich z twierdzeniem, że należy zabronić naukowcom badania rozkładu cech w społeczeństwie w podgrupach ze względu na płeć biologiczną. Twierdzą na przykład, że badania nad rozkładem inteligencji w społeczeństwie osobno w podgrupie mężczyzn i w podgrupie kobiet jest niedopuszczalne i niesłuszne, nie mówi bowiem nic o kobietach, o "płci czystej", a tylko o kobietach uwikłanych w swoją kulturę. W takim razie tego typu badania są niesprawiedliwe i trzeba ich prawnie zakazać.
Rozwój nauki polega na przyjmowaniu coraz doskonalszych modeli. Aby rozwiązać jakiś problem, należy zaczynać od modeli prostych, pominać pewne zmienne. W powyższym przypadku zawężamy nasz model do danej nam kultury, abstrahujemy od "płci czystej". Genderyści mają rację co do tego, że mówimy nie tyle o mężczyznach, co o mężczyznach naszej kultury, ale tak naprawdę przecież o to nam chodzi. Zakazywanie tego typu badań z racji niezgodności z obowiązującą doktryną przypomina działania Sanctum Officium wobec Galileusza. I, niestety, naukowcy coraz częściej zmuszani są wygłaszać swoje auto-da-fé. W USA nie tak dawno wprowadzono zdaje się zakaz przeprowadzania badań socjologicznych w podgrupach ze względu na rasę. Z kolei w UE wprowadzono zakaz ustalania różnych składek ubezpieczeniowych dla kobiet i mężczyzn, mimo że z badań jasno wynika, że kobiety są dla firm ubezpieczeniowych "lepszymi" klientami niż mężczyźni (nie dotyczy ubezpieczeń na życie ;) ).
Aby przybliżyć absurdalność tego prawa, postaram się przybliżyć, jak statystycy zazwyczaj pracują z danymi, badając zależności. W celu wykluczenia uprzedzeń, zebrane dane przekazuje się statystykom w postaci nieopisanej. Najczęściej jest to tablica wymiaru MxN, gdzie M to przypadki, a N to zmienne (nieopisane!). Jeśli na przykład dostaję dane, w których mam 1000 przypadków i dwie zmienne: IQ oraz płeć, to opisuje się je jako zmienna1 (zakres wartości - liczby naturalne) i zmienna2 (przyjmująca wartości 0 i 1). Nie wiem, czego dotyczą te dane, równie dobrze zmienne mogłyby dla mnie oznaczać "liczbę zakupionych kuponów w loterii" i "sukces lub porażkę" . W toku analizy odkrywam na przykład, że jeśli osobno będę badał przypadki ze zmienna2=0 i zmienna2=1, to średnia, wariancja i kurtoza w tych podgrupach jest różna, a o ile rozkład całej populacji był trudny do analizy, to rozkład w podgrupach jest zbliżony do normalnego. Analizę przesyłam z powrotem do badacza (lekarza, psychologa, kontrolera jakości), który podstawia pod zmienna1 IQ (liczbę kuponów, liczbę zgonów), a pod zmienna2 płeć (sukces, zastosowanie leku). Który z nas złamał prawo? Kto jest ciemnogrodem? Pani Środa przekroczyła swoje kompetencje, bo nie ma prawa nazywać nauką niefalsyfikowalnych ideologii opartych na wziętych znikąd dogmatach.
Teraz westchnijmy nad tchórzostwem i ciasnotą umysłową niektórych katolików i ich hierarchów, skreślających koncepcję, zanim jej wysłuchają.
Rola mężczyzn i kobiet jest różnie pojmowana w różnych kulturach i to jest fakt, i to jest "płeć społeczna" jako dodatkowa zmienna w testach psychologicznych. Np. w Japonii kobiety noszą walizki za mężczyznami, co w Europie wywołałoby oburzenie. Wobec tego zachodzi przypuszczenie, że testy psychologiczne, jakie przeprowadzamy grupując wyniki ze względu na płeć, mogą odnosić się nie do mężczyzn i kobiet w ogóle, ale do mężczyzn i kobiet w grupie obciętej do kultury, w jakiej było przeprowadzane badanie. Wprowadzenie "płci kulturowej" jest statystycznie uzasadnionym wprowadzeniem nowej zmiennej, która być może pomoże nam określić faktyczne cechy psychologiczne kobiet i mężczyzn, a nie tylko cechy obcięte do kultury. Oczywiście to, co robią "genderyści" nie ma z taką rzetelną analizą statystyczną niemal nic wspólnego, bo najczęściej operuje się pojęciami ideologicznymi, nienaukowymi, a wszelkie wnioskowania opierają się na dogmatach. W tym sensie gender studies to nic nie warta alchemia. Ale ta alchemia zawiera parę ciekawych koncepcji, których psychologia nie może zignorować, lecz oczyściwszy je z nalotów ideologicznych, może próbować dopracować swoje modele przy ich pomocy. Oczywiście, że "płeć czysta" (genderyści mówią właściwie o równoważności "płci czystej" męskiej i "płci czystej" żeńskiej w odniesieniu do płci społecznej, co jest nienaukowym dogmatem) jest swego rodzaju konstrukcją idealną, nie mającą odniesienia do rzeczywistości, tak jak punkt w matematyce. Naloty kulturowe zawsze będą obecne, możemy próbować je ekstrapolować, ale tylko czysto teoretycznie.
Podsumuję. Jako statystyk doceniam geniusz spostrzeżenia, że kultura stanowi dodatkową zmienną skorelowaną z płcią i uważam, że nie ma nic złego we wprowadzeniu tejże zmiennej do modeli. Z drugiej strony protestuję przeciw narzucaniu mi przez genderystów metafizycznych i ideologicznych założeń oraz nieracjonalnych ograniczeń. Protestuję przeciw nazywaniu ideologii nauką, bowiem coś takiego dewaluuje rzetelną wiedzę i upokarza naukowców.


Komentarze
Pokaż komentarze