Pierwotnie zamierzałem zamodelować proces dobierania się w pary z punktu widzenia teorii gier, rozwijając dotychczasowe modele. Zdaję sobie jednak sprawę, że matematyka jest po prostu nudna i że na miejsce publikacji takiego artykułu winienem wybrać raczej jakiś periodyk naukowy. W gruncie rzeczy łatwiej postawić diagnozę socjologiczną niż babrać się wzorami.
Ad rem jednak. GUS informował jakiś czas temu o rekordowo małej liczbie zawartych w Polsce małżeństw i wciąż wzrastającej liczbie rozwodów. Ponad 10% mężczyzn już po pierwszym roku pożycia żałuje swej decyzji o zaślubinach. W następstwie niewyraźnieje nam smutno cafard społeczeństwa stoczonego egoistycznym indywidualizmem...
Wskażę trzy główne przyczyny takiego stanu. Pierwsza, nieunikniona, to globalizacja. Prosty i naiwny model matematyczny zalfabetyzowany w mises.pl/blog/2012/10/17/machaj-algorytm-najlepszego-wyboru-nie-tylko-w-malzenstwie/ wskazuje, że istnieje równowaga w grze doboru par, w której każda osoba posiada pewne preferencje, a jej oświadczyny zostają przyjęte lub odrzucone. Nie zamierzam polemizować z zarzutem o zbytnie upraszczanie rzeczywistości przez model - za istotę problemu wskazuję fakty nieledwie w podanym artykule zarysowane. Dla matematyków skończona liczba to liczba "mała". Cieszą się, jeśli wykażą, iż da się coś zrobić w skończonej liczbie kroków. Informatycy jednak, a zwłaszcza algorytmiści, nie zadowalają się jednak rozwiązywalnością danej kwestii, lecz pytają o koszty, o złożoność obliczeniową - o to, jaka ta "mała" liczba naprawdę jest duża.
Otóż w przedstawionym modelu i we wszystkich modelach pokrewnych, a więc także i tych najbliższych rzeczywistości, gra kończy się osiągnięciem równowagi (Nasha, czy nie Nasha, never mind) po tym większej liczbie przetasowań, im większa liczba graczy bierze w grze udział. W praktyce wygląda to tak, że im większy mamy wybór, tym trudniej się na coś zdecydować. Jednym z sekretów trwałości związków w dawnych latach może więc okazać się zaściankowość, czy ściślej rzecz ujmując - ograniczona liczba osób z osiągalnego otoczenia. Podróżowało się uciążliwie, listy dochodziły po długim czasie, brak wolnego czasu nie zachęcał do poznawania nowych ludzi. Konkurencja miała ograniczony zasięg. Ludzie nie dysponowali wielkim wachlarzem wyboru, gdy się zakochiwali.
Dziś - nie ukrywajmy - nieustannie dręczą nas kompleksy, że nie wyglądamy najpiękniej, nie zajmujemy pierwszych miejsc w zawodach sportowych, nie osiągamy najwyższych wyników w pracy, czy szkole. Choćbyśmy okazali się lokalnie najlepsi, to oto kwadrans drogi samochodem stąd znajdzie się ktoś lepszy. O ile drzewiej ów "lepszy" stanowił swego rodzaju abstrakcyjne pojęcie, ideał, którego nigdy nie spotkamy i który nie stanowi dla nas realnego zagrożenia, o tyle dziś natkniemy się nań z pewnością. I będziemy cierpieć, bo nasza wybranka z nieco większym prawdopodobieństwem wybierze jego zamiast nas. "Dla każdego matematyka istnieje otoczenie, w którym jest on geniuszem", dowcipnie rzucają czasem matematycy.
Nie tak trudno zrozumieć, że prawdopodobieństwo rozpadu małżeństwa będzie tym większe, im więcej bodźców skłania ku temu. Widzieć innych, szczęśliwszych, widzieć mężczyzn, czy kobiety z mniejszą ilością wad - to pokusa, a ludzie czasem ulegają pokusom. Mieć wybór to też zachęta do tego, aby zwlekać z wyborem, starać się przeznać na wylot dostępne możliwości. Naiwna to strategia "unum, sed leonem", ale statystycznie często podejmowana...
Drugą przyczyną, już zawinioną, jest ideologia. Ale nie jedna ideologia, nie jedna strona popełniła błąd, lecz dwie. Wykażę, że rodzinie szkodzi zarówno lewicowa ideologia gender, jak i katolicka kontrrewolucja.
Właściwie mówić o gender nie ma powodu. Sprawa jest zbyt prosta i zbyt szeroko dyskutowana. Genderyści wskazują na względność tradycyjnych ról społecznych, walczą o alternatywne formy współżycia społecznego, podważają uznane wartości, a czasem wręcz jawnie przyznają, że docelowo zamierzają wykreślić ze zbiorowej świadomości tę opresyjną formę relacji międzyludzkich, jaką jest małżeństwo. Sprawa jasna, nawet jeśli feministki próbują eufemizować i słodzić słowami, iż "chodzi im tylko o badania naukowe". Nie chodzi. Totentanz prawodawstwa i inżynierii społecznej wyraźnie świadczy o marksistowskim podejściu do "nauki": "dotychczas naukowcy rozmaicie tylko opisywali świat - idzie jednak o to, by go zmienić" w ogniu herstorycznej rewolucji bez miecza.
Dlaczego jednak stawiam kontrowersyjną tezę, która zniechęciła moich Czytelników do dalszego zapoznawania się z treścią mego eseju? Dlaczego limpieza de sangre obecnego stanowiska Kościoła wydaje mi się wątpliwa? Bo uważam, że katolicy dali się wciągnąć w pułapkę, w której rozprawianie o problemach poruszanych przez genderystów stanowi doktrynalny szybolet. Kontrrewolucja doprowadziła nas do zamknięcia się w stołpie ciasnego spojrzenia na męskość i kobiecość, które roszcząc sobie prawo do obiektywności, w rezultacie stanowi niebezpieczną idealizację. Zdecydowałem się na eisangelię - by ostrzec katolików przed alazoneią.
Mimo pojedynczych trzeźwiących głosów, najczęściej słyszę z prawej strony zamknięte w afirmacji wyidealizowanych wizerunków mężczyzny i kobiety nauczanie podobne do zawartego w "Dzikim Sercu", "Urzekającej", czy licznych artykułach na portalu Deon.pl ( np. www.deon.pl/inteligentne-zycie/ona-i-on/art,205,sa-jeszcze-na-swiecie-porzadni-faceci.html ).
Zbyt często stentorowym głosem katolicy gloryfikują siłę, dzielność i honor, implicite pogardzając tchórzliwymi słabeuszami. Ale mężni giną na wojnach - głupio giną. Ostatnia wojna szczególnie przetrzebiła elity. Mam prawo potępiać współczesne elity w ich stosunku do honoru i męskości, w ich mniemaniu o własnej arystokratyczności, gdyż mój Pradziadek, wrześniowy oficer i inteligent, prawdziwy mężczyzna, zdołał uciec z transportu do Katynia. Film "Katyń" potępia takich jak On, podobno honor wymagał tego, by wzgardzić rodziną i dać palnąć sobie w łeb, a zarazem pozbawić swoją ojczyznę jej pierwiastka twórczego. Zdekapitowane społeczeństwo wciąż się jeszcze nie scefalizowało, a jednak pogardza tę cudem ocalałą resztką rdzenia kręgowego i próbuje ustanawiać głosem swoich "elit" normy dotyczące bycia mężczyzną lub kobietą.
Nie idzie o to, by potępić siłę w męskości, ale aby jej bezwzględnie nie wymagać od każdego mężczyzny. W liceum na drążku podciągnąłem się mniej niż siedem razy. Ale moi koledzy nie zdołali podnieść się nawet raz - a przecież to wspaniali i wrażliwi intelektualiści. Kościół obecnie tworzy niebezpieczny stereotyp, pokazując nam fałszywe białe kamyki pergamońskiego zwycięzcy. Znajdujemy się daleko od ideału prawdziwego mężczyzny i prawdziwej kobiety. Cóż się dziwić, że nasze akolitki wzgardzą chłopcem, który nie chodzi po górach, bo trawi go reumatyzm, za to wybiorą aleksytymicznego osiłka? Za wszelką cenę próbujemy dorównać ideałom, ludziom z lepszej gliny ulepionych, stać się twardotrawi, par force przełamać nieśmiałość i delikatność, wmówić sobie, że pragniemy walki, podbojów, dominacji, a potem cierpimy w samotności i kompleksach. O janitorzy człowieka z kamienia, nie staniecie się Pigmalionami! W golema Duch nie tchnie życia. Możemy walczyć z naszą tożsamością, wmawiać sobie, że "w głębi jesteśmy mężczyznami takimi, o jakich mówi Kościół", ale zawsze potem okaże się, że jesteśmy cold turkeys. Nowe chrześcijańskie społeczeństwo? Rien du tout, ou la consequence! Za Różewiczem powtarzać będziemy wszyscy "Ich bin Niemand"... i wiecznie oskarżać feministki głosem porfirogenety "ek gynaikos ta cheiro!"
Kościół w swoim nauczaniu o rodzinie sprzeciwił się patrystycznym cnotom dowartościowywania słabych, przestraszonych, ubogich ciałem i umysłem, za to zaczął głosić sądy indykatywno-imperatywne zaczerpnięte zgoła chyba tylko z Nietzchego! Za cóż bowiem innego uznać można przemowy o zagrożeniu skarleniem społeczeństwa? Mężczyźni słabi fizycznie i niezbyt odważni coraz gorzej czują się w Kościele. A przecież nie wszyscy mają tyle testosteronu, co stawiani za wzór mężczyźni-samcy. Sprowadzanie sprawy do biologii problemu nie rozwiązuje: katolicyzm to nie naiwny darwinizm, nie uważa kalek za coś gorszego. A jednak proponuje katolickim kobietom wyidealizowanego krzepkiego, pewnego siebie mężczyznę. Zaiste, niewielu spełnia wymogi! Mężczyźni zaczynają stawiać pytania... i nagle dostrzegają, że ten Kościół bierze pod opiekę innych ludzi niż oni... że w gruncie rzeczy posiadają wszystkie cechy, które dyskwalifikują ich z możliwości godziwego związania się z katolicką kobietą, a że walczyli ze swymi "wadami zniewieściałości" latami, dostrzegli, iż res ad triarios venit.
Najbardziej kuriozalnym katolickiej folie en deux wobec nietzscheańskiej dionizyjskości wydaje mi się sojusz Kościoła z kibicami piłki nożnej. Środowisko to bowiem stanowi siedlisko kultu tężyzny, brutalności, walki, rywalizacji, korzystania z życia, alkoholu, anarchii, turpizmu oraz testosteronu. A przecież ostatecznie to cherlawego Aloszę uznamy za błogosławionego, a nie Dymitra, czy Iwana Karamazowów. Ha! No cóż, przez wszystkich lubiani, przez wszystkich pogardzani. Probitas laudatur et alget.
Twierdzę, że niewiele istnieje cnót typowo męskich lub typowo kobiecych. Wszyscy powinniśmy stać się odpowiedzialni, męscy, delikatni, wrażliwi, roztropni, pokorni, opiekuńczy, empatyczni. Kobiety i mężczyźni. Bezbronność to nie wina, to dola. Nieśmiałość nie czyni zniewieściałym. Podobnie brak osiągnięć sportowych, łagodność, czy wstręt do przemocy. Nie mówmy chłopcom i dziewczętom szczegółowo, jakie cechy za wszelką cenę mają w sobie rozwijać, aby się stać prawdziwymi mężczyznami i kobietami. Natura nie jest taka prosta i ciągle potrafi nas zaskoczyć bogactwem melizmatycznych form i charakterów. Mówmy im, aby poznali samych siebie, aby stali się dobrymi ludźmi. Mężczyźni! Niczym bezbronne dzieci zawołajmy "Kyrie, soson me". Quis scit, si velit nos et faciat nobis misericordiam?
Katolicyzm to bowiem nie tylko qalb al-asad, to także ras algethi, pokora i słabość stawiające tropajony na fałszywych grymuarach dumy i siły. Moc bowiem w słabości się doskonali... może nie zakrzykną o nas Koranicznym triumfem"ghulibati alrruumu" - "Rzymianie zostali pokonani", jeśli w porę wyrzekniemy się bajek o platońskich jamach i zejdziemy na ziemię, ten nędzny padół niedoskonałości i bezsiły...





Komentarze
Pokaż komentarze