39 obserwujących
131 notek
242k odsłony
  612   0

Wszyscy to przegapiliśmy w rejestratorach!

z netu
z netu

Temat „Smoleńsk” trwa już od siedmiu lat. W międzyczasie obrósł mitami, niedomówieniami i zwykłymi kłamstwami. To jest oczywiście na rękę wielu ludziom. Nikt tak naprawdę nie zamierza niczego wyjaśnić. Chodzi o to, by po prostu wyjaśniać. Im dłużej, tym droż… lepiej.


Niemniej, choć Smoleńsk to hydra, mimo wszystko należy odcinać kolejne łby. Kolejne kłamstwa. Ci, którzy za tym stoją, nie są tak kreatywni, by wciąż wymyślać nowe. Więc w końcu sami sobie obetną ostatni łeb. Wymyślą coś, co ich zdemaskuje.


Z tego też względu warto pomówić o tych pomniejszych głupotkach i pomniejszych kłamczuszkach. Jak choćby Artur Wosztyl. Znacie go, prawda? To pilot Jaka-40, który twierdzi, że Tupolew otrzymał zgodę na zejście do 50 metrów. A właśnie zejście do 50 metrów było konieczne, by dokonać zamachu w sposób nie budzący podejrzeń. Czy więc naprawdę wieża w Smoleńsku wydała komendę zejścia do 50 metrów?


Nie.


Po pierwsze, wysokość decyzji nie jest widzimisię kontrolera czy choćby dziwnego ruskiego systemu. Każde lotnisko o podejściu nieprecyzyjnym według dwóch latarni bezkierunkowych ma wysokość decyzji ustawioną na stu metrach. To międzynarodowy, stosowany na całym świecie przepis. Niżej można zejść tylko na lotniskach o podejściu wg VOR/DME i ILS. Koniec, kropka. To nie negocjacje z mamą, by pozwoliła się dłużej pobawić.


Po drugie, na żadnej z czterech taśm nie ma nagranej informacji o 50 metrach. Nawet na taśmie z Jaka, która ani przez moment nie była w ruskich łapach.


Po trzecie, zeznania Wosztyla i nieżyjącego już technika pokładowego Remigiusza Musia przeczą sobie wzajemnie.  Wosztyl twierdzi: „Słuchałem korespondencji Tupolewa i wieży kontrolnej w Smoleńsku. (...)Padła informacja, iż mają być gotowi do odejścia na lotnisko zapasowe z wysokości 50 metrów. Cały czas to podtrzymuję“.


Problem w tym, że 6 lipca 2010 Muś udzielił wywiadu TVNowi, a jego fragment brzmiał następująco:


TVN: Według stenogramów z czarnych skrzynek, kontroler wydaje po raz pierwszy komendę „101 horyzont” dokładnie w tej samej sekundzie, w której nawigator podaje wysokość 50 metrów.

RM:I ja właśnie słyszałem jak mówił wcześniej, że najniżej mogą zejść na 50 metrów i być gotowi odlecieć, jeśli nie zobaczą pasa. Nie na 100. Teraz: czy nasze słowa są bardziej wiarygodne, czy stenogram?

Dwóch różnych komend kontrolera, który by raz mówił „bądźcie gotowi do odejścia przy 100 metrach”, a w innym momencie „bądźcie gotowi przy 50 metrach” Pan nie słyszał?

Nie, nie słyszałem. Była jedna komenda.

I jedyną osobą, poza kontrolerem i dowódcą TU-154, który ją słyszał był właśnie Pan?

Tak. Artur i Robert mogli tylko potwierdzić moją wersję.


(cały wywiad tutaj.)


Co świadczy o tym, że przynajmniej jeden z nich kłamał. Albo Muś, mówiąc, że tylko on słyszał komendę, albo Wosztyl twierdzący, że słyszał ją osobiście. Albo obaj. Ponadto, w tym wywiadzie Musia jest jeszcze kilka ciekawostek. Mówi on na przykład o tym, że im też wydano zgodę na zejście do 50 metrów (brak na nagranach), ale oni „nie skorzystali”, bo przepisy są w tej sytuacji jasne i zejść wolno tylko do 100. Na pytanie, dlaczego wobec tego załoga Tu-154 przepisy zignorowała, odpowiedział, że nie wie.


No i jest jeszcze "po czwarte". Coś, co od lat mamy na widoku. Coś, co jest tak proste i tak oczywiste, że aż dziwne, że nikt jeszcze Wosztylowi nie dał odporu. Pamiętajmy. Wosztyl i Muś nie tylko oskarżali kontrolera, ale również Arkadiusza Protasiuka. Zejście poniżej przepisowego minimum to poważne wykroczenie.


Ostatecznym dowodem na to, że historia z rzekomym pozwoleniem na zejście do 50 metrów jest zmyślona, są zapisy CVR. Nawigator odczytuje na głos wysokość. Zestawiając to z czasem poszczególnych kwestii, możemy ustalić prędkość zniżania samolotu.


Zniżanie od 400 do 300 metrów zajęło 22 sekundy, co oznacza prędkość opadania około 4,5 metra na sekundę. To standardowa, niezbyt duża prędkość lądowania. Następnie samolot znacznie przyspieszył. Zejście z 300 do 100 metrów zajęło mu również 22 sekundy, co oznacza, że samolot obniżał się z prędkością niemal 10 metrów na sekundę. To bardzo duża ale nie za duża wartość. I wtedy dzieje się coś dziwnego. Z wysokości 100 metrów do 90 metrów samolot opuszcza się aż przez 7 sekund. Czyli prędkość opadania zmalała do 1,4 metra na sekundę. Następnie, od poziomu 90 metrów aż do katastrofy samolot obniża się dokładnie 10 sekund. A więc ponownie z prędkością niemal 10 metrów na sekundę.


image


Na podstawie tych wyliczeń możemy z cała pewnością stwierdzić, że na wysokości 100 metrów, zgodnie z przepisami kapitan Protasiuk wyrównał lot na około 6 sekund. A następnie popełnił ostatni błąd w życiu. Zdecydował się lądować bez widoczności ziemi. Fakt, że z dużej prędkości pionowej udało mu się na 100 metrach wyhamować oznacza, że samolot był w pełni sprawny. Ale na 50 metrach - wbrew twierdzeniom ludzi Macierewicza, Protasiuk nie zamierzał się zatrzymywać. Przeleciał przez ten pułap nawet nie zwalniając. Nie był dla niego ważny, ponieważ nie słyszał żadnej komendy dotyczącej wysokości 50 metrów. Skoro zgodnie z przepisami wyrównał na 100 metrach, to wyrównałby i na zadanych przez kontrolera 50. A przynajmniej próbowałby to zrobić. Ale samolot ani nie zwolnił, ani nie przyspieszył. W sposób kontrolowany mknął na spotkanie z ziemią.


Dlaczego Wosztyl kłamie? To wszyscy wiemy. Cała Polska słyszała, jak wyluzowany namawiał Protasiuka do podjęcia próby, mimo iż absolutnie nie było do tego warunków. Protasiuk mu zaufał. Dlatego Wosztyl do końca życia będzie szukał kogoś, kogo będzie mógł obwinić własnymi grzechami. Bo jeśli ktokolwiek zdradził o świcie załogę Tu-154 pod Smoleńskiem, to właśnie on.


Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka