0 obserwujących
18 notek
42k odsłony
  749   0

Ucieczki do wolności

Pamiętacie film „300 mil do nieba”, o dwóch chłopcach, którzy przedostali się z Polski na zachód ukryci w podwoziu samochodu ciężarowego? Takich ucieczek było w tamtych czasach znacznie więcej, przy czym pomysłowością nieraz przewyższały one filmowy scenariusz. Nie wszystkie kończyły się szczęśliwie.
 
Z Kołobrzegu do wolności było tylko osiemdziesiąt kilometrów. Przy dobrej pogodzie widać było światła Bornholmu. W 1958 roku z kołobrzeskiego portu wypłynęła na łowiska uroczyście odprawiana młodzieżowa załoga kutra rybackiego. Z wielkim propagandowym zadęciem wyprawie patronował Związek Młodzieży Socjalistycznej. Młodzi rybacy jednak nie wrócili już do portu, wybierając kurs prosto do Szwecji.
 
Innym razem, latem 1960 roku morze było wyjątkowo spokojne. Bałtyk był jak lustro, bezwietrzna pogoda nie wzbudzała fal. W pobliskim Mrzeżynie z plaży do morza zjechał samochód-amfibia, kierując się na północ. Czteroosobowa rodzina przepłynęła nią połowę drogi w kierunku Bornholmu, kiedy wypatrzył ją kuter patrolowy Wojsk Ochrony Pogranicza. Te jednostki wbrew swej nazwie i przeznaczeniu nie chroniły polskiego wybrzeża, lecz otaczały od południa duńską wyspę, wiedząc, że tam właśnie kierować się będą uciekinierzy. Nie udała się też inna ucieczka, gdy patrolowiec wyłowił  na pełnym morzu  kajak, a w nim… młodego księdza.
 
Pracowałem wtedy w porcie, wysyłając w morze kutry spółdzielni rybackiej „Bałtyk”. Jedna z naszych załóg odkryła już na łowisku dwóch chłopców mówiących po czesku, zaopatrzonych w butelkę wody i tabliczkę czekolady. Przez  strefę turystyczną przedostali się do Polski i pociągiem dotarli nad morze. Licząc, że kuter zawinie do obcego portu, ukryli się w nocy na jego pokładzie. Musieli wrócić do portu w Kołobrzegu. To zdarzenie spowodowało  ogromne zaostrzenie odpraw granicznych załóg rybackich.
 
W 1962 roku niespodziewanie wrócił ze Szwecji jeden z członków młodzieżowej załogi kutra, która uciekła w 1958 roku. W Kołobrzegu zostawił bowiem żonę i dziecko. Pokajał się przed władzą, otrzymał chyba też jakiś wyrok w zawieszeniu i zakaz pływania. Odtąd pracował jako kelner w restauracji „Fregata”.
 
Kolejną sensację wzbudziło zejście na ląd na Bornholmie szypra Kunatha. Prosto z łowiska zawinął  do duńskiego portu, zabrał z sobą sieć rybacką wartą około dziesięciu tysięcy złotych, a kuter odesłał do Polski. Władze PRL wystąpiły do Danii o ekstradycję Kunatha, gdyż - jak uzasadniano - ukradł on sprzęt należący do pracodawcy, czyli przedsiębiorstwa „Barka”. Duńczycy wydali Kunatha polskim władzom, a te wytoczyły rybakowi pokazowy proces. Przed sądem bronił go młody adwokat kołobrzeski Czesław Bielicki. Już w pierwszym swym wystąpieniu obrońca Kunatha zażądał uwolnienia swego klienta, który jego zdaniem nie naruszył w niczym polskiego prawa. Punkt po punkcie Bielicki obalił oskarżenie:
- Kunath jako szyper jednostki połowowej przekroczył granicę kraju legalnie
- jako „pierwszy po Bogu” na morzu miał pełne prawo podjąć decyzję o  zawinięciu do obcego portu
- siatki nie ukradł, gdyż przed rejsem wysłał list do zakładowej kasy zapomogowo-pożyczkowej w „Barce” z dyspozycją, by wartość siatki pokryć z jego oszczędności w tej kasie.
Wywód młodego prawnika był tak logiczny, że sąd nie miał wyjścia, uwolnił Kunatha i na tym sprawę zakończył. Jednak „sprawiedliwości” musiało się stać zadość. Kunathowi, staremu Kaszubowi, rybakowi, któremu towarzyszyła ogromna sympatia ludzi, uniemożliwiono wypływanie w morze. Odtąd do emerytury pracował w porcie - na lądzie. A młody prawnik po latach został dziekanem Okręgowej Rady Adwokackiej i wdzięcznie zapisał się w historii palestry środkowego Wybrzeża.
 
Pewnego poranka w połowie lat sześćdziesiątych w mieście gruchnęła wieść o kolejnej dużej ucieczce, tym  razem prywatnym kutrem wydostało się na wolność dwanaście osób, a  wśród nich ten kelner z „Fregaty” wraz z żoną i dzieckiem. Wykorzystując remont kutra wykonano podwójną stalową ścianę w nadbudówce i w tej skrytce udało się uciekinierom przejść przez sito kontroli granicznej. Wieść o ucieczce dotarła do władz, gdy kuter zawinął już do Szwecji. Mimo to wysłano w morze w trybie alarmowym wszystkie kutry patrolowe WOP, by mieć alibi przed „górą”.
Lubię to! Skomentuj14 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura