Andrzej Gelberg Andrzej Gelberg
1011
BLOG

Prometeusz w piekle liberalizmu

Andrzej Gelberg Andrzej Gelberg Polityka Obserwuj notkę 18

 

 

„Solidarność – to jedni drugich brzemiona noście...”

 

Z homilii na Zaspie Jana Pawła II w czasie

III pielgrzymki do Polski - 12.06.1987 r.

 

Minęło już 32 lata od pamiętnego Sierpnia, a to przecież cała epoka. Polaków, którzy przeżyli i pamiętają te wydarzenia jest już blisko połowa mniej. Podobna, naturalna wszak redukcja, objęła również ludzi, którzy stworzyli 10-milionową Solidarność. A było to dla naszego narodu - w całej jego ponad tysiąc lat liczącej historii - wydarzenie epokowe. I to nie dlatego, że większość dorosłych Polaków zbuntowało się przeciwko  rządom komunistycznym, również nie dlatego, że ów bunt przybrał formę pokojowej rewolucji z przyjętą jak dogmat zasadą  non violence.

Ten masowy ruch społeczny - i tym zachwycił się wtedy świat - realizował w swoim działaniu, a nie tylko w deklaracjach mit prometejski. Tak naprawdę było i jeśli ktoś powie, że przesadzam, proszę, oto przykład. Wczesną wiosną 1981 r. kierowcy warszawskich autobusów ogłosili dwugodzinny strajk - z jednym tylko postulatem. Było nim żądanie podniesienia pensji...pielęgniarkom. Ci kierowcy zapewne nie czytali przysięgi Hipokratesa, ale instynkt podpowiadał im, że pielęgniarki nie mogą zostawić chorych samym sobie, więc ktoś powinien stanąć w ich obronie. Od takich postaw i szczególnej wrażliwości na los drugiego człowieka dzielą nas lata świetlne. Udało się nam wprawdzie odrzucić komunizm, przeżyliśmy cud odzyskania niepodległości, ale z mitu prometejskiego nie zostało ani śladu.

Gospodarka rynkowa napędzana jest dzisiaj - a w krajach byłego obozu sowieckiego, ze szczególną neoficką gorliwością - dominującym na świecie trendem neoliberalnym. Tak jest również w Polsce i nie ma miejsca na „jedni drugim brzemiona noście” – tu jest twarda, często bezpardonowa walka, ocierająca się bez mała o darwinizm społeczny. Silni sobie poradzą, a słabi – to już ich problem. Jak to stało się możliwe, że w kraju, który stworzył Solidarność, ten „nowy neoliberalny regulamin” został bez skutecznego oporu przyjęty, właściwie jak dopust Boży? Żeby tak się stało należało zniszczyć Solidarność. Zasługi w tym względzie ma gen. Wojciech Jaruzelski, ale on zrobił tylko pierwszy krok wprowadzając stan wojenny. Potem, już w wolnej Polsce, pałeczkę przejęli inni. Ileż to przez całe lata pomyj i jadu wylano na Sentymentalną Pannę S, ileż to szyderczych i dyskredytujących opinii o ludziach Solidarności  pojawiało się w mediach… Że „etosowcy”, „styropianowcy”, w gruncie rzeczy durnie i nieudacznicy, przesiąknięci mentalnością peerelowską. Ze smutkiem trzeba odnotować, że ta nieformalna „loża szyderców” odniosła niemały sukces: w przestrzeni społecznej coraz częściej zaczęło się pojawiać, aż się zadomowiło, nowe pojęcie   -  „solidaruch”. Które to pojęcie miało zastąpić „komucha”, w III RP już nieaktualnego.

Skoro w taki sposób udało się rozprawić z Solidarnością( na szczęście nie do końca – więc jeszcze jest nadzieja), to nie należy się dziwić, że płomyk mitu prometejskiego jest dzisiaj ledwie widoczny. Koniecznie trzeba w tym miejscu dodać, że globalizacja jako taka,  nie tworzy sprzyjających warunków dla tego płomyka, a Unia Europejska deklarująca - coraz rzadziej - przywiązanie do idei solidaryzmu, tak naprawdę ma tę ideę w nosie.

Prometeusz za to, że wykradł bogom ogień i ofiarował ludziom, skazany został na cierpienie. Jednak ogień ten u ludzi został, pozostał również mit. A ten jest nieśmiertelny.

 

 Tekst ukaże się w czasopiśmie "Prawda jest ciekawa".

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

        

        

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystko o mnie na stronie www.gelberg.org

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Polityka