Pupilla Libertatis
Jestem sarmatolibertarianinem. Myślę, politykuję, rozważam, polemizuję, szukam, prowokuję, dyskutuję, dociekam, analizuję, filozofuję.
150 obserwujących
1856 notek
2372k odsłony
  830   0

Postanowienie o wydanie nośników

Poprzednia notka: Afera pendrajwowa była dla dorosłych. Teraz napiszę dla gimnazjalistów.
Wiele filmów sensacyjnych, które dotyczą jakiś kwestii szpiegowskich czy innych działań przestępczych ma często taki wątek, że ktoś dysponuje jakąś bardzo ważną informacją (typu spis szpiegów, ważny program do łamania zabezpieczeń itd…). No i ta informacja zawsze jest na jakimś nośniku – kiedyś to były płyty winylowe, taśmy, twarde dyski, a potem płyty CD, DVD, potem pendrajwy, karty pamięci, a teraz nawet telefony komórkowe. Zawsze jest tak, że jest jedna informacja i jeden nośnik. I jest to ze sobą nieoderwalnie związane. No i toczy się o to walka. O ten nośnik. Jedni go chowają i z nim uciekają, a inni go szukają i za nimi gonią. Jest strzelanina, gonitwy samochodowe, a czasem nośnik lata samolotami, ginie gdzieś w górach itd… itp… - ale przeważnie jest to jakiś jeden przedmiot, czasem kilka. Ale są to przedmioty fizyczne. I czasami udaje się ten przedmiot znaleźć i zniszczyć i wtedy informacja ostatecznie ginie.
Tak być musi, bo publiczność nie jest w stanie myśleć abstrakcyjnie tak by oderwać informację od nośnika. Informacja to musi zawsze być jakiś fizyczny przedmiot. Tak musi być na filmach, ale to jest oczywiście tylko narracja sensacyjna, to jest fantastyka, to jest ściema. Bo w rzeczywistości informacja jest od nośnika niezależna. Bo dziś prawie wszystkie informacje mają postać cyfrową. A więc kopiuje się je bezstratnie. Nie ma więc sensu pojęcie „oryginał” i „kopia”, bo wszystkie kopie cyfrowe są identyczne z tym co zostało pierwotnie nagrane. I już w samym momencie nagrania był to zapis cyfrowy. Informacje takie można skopiować i umieścić na wielu nośnikach. Ktoś kto wie, że ma ważną informację zrobi na pewno jej kopię na innym nośniku, a im informacja jest ważniejsza, tym bardziej warto zrobić kilka kopii. A więc kompletnie bez sensu jest gonić za nośnikiem by wraz z nim zniszczyć zawartą na nim informację. Informacja jest niezniszczalna! Bez sensu jest gonić za nośnikiem, by wydobyć z niego informację, bo jej może tam nie być, a będzie całkiem gdzie indziej.
Dokładnie tak samo jak w tych filmach sensacyjnych przedstawia się nam obecnie sprawę „taśm”, na których są zapisane podsłuchane rozmowy najwyższych urzędników państwa. Czasem niektórzy zauważają, że to nie mogą być żadne taśmy, ale są to jakieś inne nowoczesne nośniki pamięci. Na przykład pendrajw czy dysk laptopa. Ale cała narracja medialna jest taka, że te podsłuchane rozmowy są zapisane na jakichś nośnikach i tych nośników się szuka. Prokuratura wydała polecenie wydania oryginalnych nośników z podsłuchanymi rozmowami. Redaktor Latkowski mocno ściskał w rękach notebooka i pendrajw i nie pozwolił sobie tego odebrać. Bo tam są nagrane te opublikowane podsłuchy i być może dalsze podsłuchy i wiele innych informacji z innych śledztw dziennikarskich. Wszelkie te informacje, te podsłuchy, medialna narracja utożsamia z jakimś nośnikiem. Oficjalne władze państwa mówią o nośnikach. Tych nośników szukają.
Ale to jest ściema! To jest fikcja literacka. Odgrywany jest przed nami medialny spektakl, który jest filmem fantastycznym. W rzeczywistości nie ma żadnych nośników! Informacja sobie wędruje z nośnika na nośnik. Informacja jest w chmurze! A chmura to nie jest żaden konkretny komputer. To jest komputer wirtualny, który może być umieszczony na wielu fizycznych serwerach. A wirtualny dysk tego wirtualnego komputera może być taki, że każdy bajt tego dysku jest zapisany na innym fizycznym dysku, albo dla bezpieczeństwa nawet kilku dyskach w wielu miejscach świata.
Nie wiem ilu aktorów tego spektaklu zdaje sobie sprawę z tego, że są aktorami w filmie fantastycznym. Być może prokuratorzy są idiotami i większość dziennikarzy to głupki i naprawdę utożsamiają informację jaką jest nagrany podsłuch z jakimś fizycznym przedmiotem. Ale nie uwierzę, że tak samo o tym myśli redaktor Latkowski. On ten laptop i pendrajw ściskał dla reklamy, by była afera, heca medialna, co w rezultacie skutkuje zwiększeniem sprzedaży jego gazety, ale nie uwierzę, że mógł tam mieć jakieś ciekawe i ważne informacje. A już na pewno nie jest możliwe by to było jedyne miejsce gdzie są przechowywane te nagrania!
W rzeczywistości najprawdopodobniej było tak: ktoś podsłuchał ministra Sienkiewicza i profesora Belkę jakąś pluskwą wysyłającą dane drogą radiową w sposób zaszyfrowany, odebrał to jakiś odbiornik i zapisał na karcie pamięci lub dysku, albo sama pluskwa zapisywała na karcie pamięci, albo ktoś podsłuchał to mikrofonem kierunkowym podłączonym do komputera i zostało to zapisane na dysk. Albo jeszcze tysiącami innych sposobów, których efektem był strumień bitów, czyli cyfrowy zapis podsłuchu. Powstał sobie jakiś plik, albo kilka plików. Podsłuchujący zrobił sobie oczywiście od razu kilka kopii zapasowych, by nie stracić tak ważnego podsłuchu. Od razu musiało więc to znaleźć się na wielu różnorodnych nośnikach. A potem, po roku postanowił to sprzedać jakiejś redakcji.
Nagrał jedną ze swoich wielu dobrze zabezpieczonych kopii na nowo kupiony pendrajw i dał redakcji Wprost, tak? I tego pendrajwa teraz szuka prokuratura? I da się na podstawie tego pendrajwa wykryć sprawcę podsłuchu? Badając odciski palców na tym pendrajwie? Ale przecież mógł go przenieść jakiś niezależny kurier, który nawet nie wiedział co jest tam zapisane! A z zapisu cyfrowego nijak się przecież nie da odczytać tożsamości podsłuchującego, bo przecież on nie jest taki głupi, by w tym zapisie zostawiać jakieś dane na to pozwalające!
No i w ogóle bez sensu jest by taki materiał przekazywać redakcji na jakimś pendrajwie! Można to zrobić wielokroć sprawniej i bezpieczniej. Na przykład zakładając sobie konto w Googlu i umieszczając to na Google Drive, czyli w chmurze. I po pertraktacjach i odebraniu zapłaty dać po prostu redaktorowi Latkowskiemu uprawnienia do odczytania tego pliku z tego dysku w chmurze – nawet nie potrzeba do tego przekazywać jakiegokolwiek hasła czy konta. A redaktor mógł sobie ten plik skopiować z tej chmury, na wszelki wypadek zaszyfrować na przykład przy pomocy PGP i umieścić sobie ten plik na innej chmurze. I bez problemów mógł to zrobić tak, by żaden ślad na notebooku, którym to zrobił po tym nie pozostał. W ostateczności mógł to zrobić telefonem komórkowym, a potem go zniszczył. A potem dał swoim współpracownikom uprawnienia do odczytu tego pliku z tej jego chmury, czyli dysku wirtualnego, a dane na tym dysku fizycznie są na wielu dyskach, wielu serwerów, znajdujących się w Chinach, USA, Niemczech, RPA i Brazylii. I co prokuratura zajmie te wszystkie komputery?
Oczywiście to co zostało opublikowane, czyli te konkretne strumienie bitów z podsłuchem, mogły zostać kilka razy przetworzone – mógł to zrobić sam podsłuchujący, potem pośrednik, potem redaktor naczelny, jego współpracownicy itd…, tak by ukryć charakterystykę oryginalnego urządzenia, które służyło do nagrania. Wszyscy mieli na to ponad rok czasu. Kompletnie bez sensu jest robić to teraz i tłumaczyć, że potrzeba jeszcze jednego dnia, by sprawdzić czy czasem strumień bitów nie zawiera gdzieś nazwiska nagrywającego agenta.
Redakcja Wprost dostała po prostu pewne pliki. Mogła dostać to na tysiące sposobów. W tym wiele sposobów, które nie wymagały istnienia jakiegokolwiek nośnika. Mogła na przykład dostać to mailem. Po tym jak to dostali mieli dużo czasu, by zaplanować całą akcję opublikowania tego. Przygotować sobie całą infrastrukturę do trzymania tych informacji. Może w chmurze, może na jakichś dedykowanych serwerach amerykańskich albo chińskich. A może jakiś własnych umiejscowionych w Skierniewicach. Musieli się zabezpieczyć przed tym tak, żeby nie groził im żaden fizyczny najazd służb na redakcję. A już ewidentnie musieli się zabezpieczyć na wypadek tego, że te nośniki, czy laptopy, na których to zapisali zostaną spalone w pożarze lub zostaną ukradzione. Więc prawie na pewno tych plików redaktor Latkowski nie mógł mieć na swoim laptopie czy na pendrajwie. Bo to byłaby głupota do kwadratu.
Podsumowując. Moim zdaniem już sama fraza: „postanowienie o wydanie nośników”, czy „żądanie wydania rzeczy”to ściema, bo ta fraza nie ma sensu. Prokuratura powinna żądać wydania plików, czyli informacji, a nie nośników czy rzeczy. Informacja to nie rzecz! Ale bez sensu jest tego żądać, jeśli to jest dostępne publicznie. Co najwyżej mogą żądać wydania jeszcze nie opublikowanych plików. Wszystko co się wokół takiej frazy dzieje to ustawka, ściema, teatr medialny. Być może prokuratorzy, którzy takiej frazy używają to są idioci. W to mogę uwierzyć. Ale redaktor Latkowski na pewno świadomie gra w tym teatrze i wie, że jest aktorem i ściska laptop, w którym żadnych nagrań nie ma. Te nagrania może przecież odczytać z chmury na dowolnym laptopie, więc kurczowe trzymanie akurat jednego nie ma sensu.
Ale nawet jeśli redaktor Latkowski nie rozumie pojęcia „chmura”, „dysk wirtualny”, czy „serwer” i żaden jego współpracownik tego nie rozumie i nie rozumie tego firma informatyczna, która obsługuje redakcję „Wprost”, to przecież Latkowski może mieć pięć notebooków i sto pendrajwów! I jak agenci ABW wkroczyli do redakcji, to akurat schował te czyste i złapał w ręce ten z nagraniami, tak?
 
Grzegorz GPS Świderski

Afera pendrajwowa <- poprzednia notka
następna notka -> Czy podsłuchy szkodzą Polsce?

 

Lubię to! Skomentuj41 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale