Grzegorz Świderski Grzegorz Świderski
134
BLOG

Jednolita cena książki, czyli hodowla kobr na koszt czytelnika

Grzegorz Świderski Grzegorz Świderski Polityka Obserwuj notkę 12
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przygotowuje ustawę o ochronie rynku książki. Jej najważniejsze założenie jest takie: przez pierwsze 12 miesięcy od premiery każdy tytuł ma kosztować wszędzie tyle samo, czyli tyle, ile ustali wydawca. Ma to dotyczyć książek papierowych, e-booków i audiobooków.

  „Jednolita” nie oznacza, że cienka książeczka i gruby atlas będą miały tę samą cenę. Chodzi o to, że ta sama nowość ma kosztować tyle samo w Empiku, w sklepie internetowym i w księgarni na rogu. Krótko mówiąc, państwo chce zakazać obniżek.

  Ministerstwo uważa, że rabaty są wyłącznie chwytem marketingowym, a ceny okładkowe są jakoby tylko wykreowaną na potrzeby marketingu fikcję. Według tej logiki, gdy zabroni się promocji, wydawcy sami obniżą ceny, a małe księgarnie przetrwają. Pełnej treści projektu jeszcze nie ma, ale sama zasada jest znana. I jest głupia, absurdalna i bez sensu, jak wszystko to, co wymyślają ci lewicowi idioci z rządu Tuska.

Najpierw kobry

  W czasach kolonialnych Brytyjczycy w Delhi uznali, że w mieście jest za dużo kobr, więc wyznaczyli nagrodę za każdą zabitą. Mieszkańcy szybko się zorientowali, że węże najłatwiej po prostu hodować. Gdy władze to odkryły i przestały płacić, hodowcy wypuścili niepotrzebne już kobry. W efekcie było ich więcej niż na początku.

  Ekonomiści używają tej historii od dawna, by opisać częsty mechanizm: przepis tworzy zachęty, które prowadzą do skutku odwrotnego od zamierzonego. Ludzie nie wykonują woli ustawodawcy. Dostosowują się do nowych reguł gry tak, jak im się opłaca.

  Jednolita cena książki to podręcznikowy kandydat na taką hodowlę kobr. Pokażę dlaczego.

Jednakowa cena to nie jednakowe koszty

  Księgarnia stacjonarna płaci za lokal w dobrym miejscu, za ogrzewanie i za sprzedawców przez cały dzień. Sklep internetowy ma magazyn pod miastem, automaty i umowę z kurierem. Sprzedaż jednej książki kosztuje ich dużo taniej.

  Na wolnym rynku tańszy sprzedawca oddaje część oszczędności klientowi w niższej cenie. Na razie ustawa tego nie zabrania. Oszczędności nie znikną, tylko zostaną w kieszeni tańszego sprzedawcy. Teraz to nasze idiotyczne państwo zarządzi: kto ma niższe koszty, ma na każdej książce zarabiać więcej. To tak, jakby ratować dorożki ustawą, która każe taksówkom brać za kurs tyle samo co dorożkarz. Dorożkarzowi to nie pomoże, a taksówkarz będzie zarabiał więcej.

  Internet nie wygrywa zresztą tylko ceną, ale też wygodą. Można kupić o północy w kapciach, w ofercie jest każdy tytuł, a paczka czeka w paczkomacie pod domem. Kiedy zniknie różnica w cenie, klient, który woli internet, nadal będzie tam kupował. Zapłaci tylko więcej.

Zakazanego rabatu i tak się nie zatrzyma!

  Sprzedawca, który ma zapas marży, nie musi obniżać ceny książki. Może zaoferować:

  • darmową wysyłkę albo dostawę ekspresową w cenie zwykłej,
  • kubek, koszulkę, torbę lub zakładkę,
  • drugą, starszą książkę gratis, która nie jest już objęta ustawą,
  • punkty w programie lojalnościowym do wydania na cokolwiek,
  • kod rabatowy na kolejne zakupy,
  • abonament, w którym nowości są za darmo, a płaci się za członkostwo,
  • zestaw „książka i świeczka za 59 zł”, w którym nie wiadomo, ile kosztuje sama książka,
  • zwrot części pieniędzy przez bank albo operatora płatności,
  • e-book gratis do wydania papierowego lub odwrotnie.

  Rabat to tylko jeden ze sposobów, by dać klientowi więcej za te same pieniądze. Zamrozicie cenę, a wzrośnie wartość dodatków. Dla klienta to i tak gorzej, bo dostaje kubek, którego nie chciał, zamiast pieniędzy, które by się przydały.

Gdzie wyhodują się kobry?

  Ta regulacja nie tylko nie zadziała. Ona przyniesie skutki odwrotne do zamierzonych.

  1. Pierwsza kobra: silniejsi giganci internetowi. Ustawa ma chronić małe księgarnie przed dużymi sklepami online. Jednocześnie zabezpiecza tym sklepom wyższą marżę na każdym egzemplarzu, bo ich niższych kosztów nie trzeba już oddawać klientowi. Dodatkowe pieniądze pójdą na reklamę, logistykę, aplikację i szybszą dostawę, czyli na wygodę, w której mała księgarnia i tak nie ma szans. Ustawa przeciw dominacji dużych sprzedawców finansuje więc ich dominację.
  2. Druga kobra: mała księgarnia traci własną broń. Zakaz rabatów dotyczy wszystkich, także księgarza z osiedla. Nie da już stałej klientce 10% zniżki, nie zrobi obniżki dla szkoły z sąsiedztwa i nie sprzeda taniej książki po spotkaniu autorskim. Niemiecki przykład (o czym dalej) pokazuje, że to nie wymysł. Za niedozwolone uważa się tam nawet rozliczenie biletu na wydarzenie w cenie kupowanej później książki. Przepis, który ma pomóc małym, odbiera im też ich drobne sposoby na przywiązanie klientów.
  3. Trzecia kobra: czytelnicy przestaną kupować nowości. Jeśli nowość przez rok kosztuje pełną cenę, a potem może stanieć, racjonalny klient po prostu poczeka. Albo kupi używany egzemplarz, pożyczy z biblioteki, przeczyta po angielsku albo poszuka pirackiego pliku. Wydawcy już ostrzegają, że nowości później trafią do abonamentów z e-bookami i audiobookami. Tymczasem dla tradycyjnej księgarni nowości to podstawowe źródło utargu. Zamiast chronić jej sprzedaż, ustawa ją zmniejszy.
  4. Czwarta kobra: mniej czytania. Droższa książka to mniej kupionych książek. Mniej kupionych książek to mniejszy rynek, a na mniejszym rynku pierwszy upada najsłabszy, czyli mała księgarnia. Ustawa o ochronie rynku książki chroni go tak, jak kaganiec chroni psa przed jedzeniem.
  5. Piąta kobra: wydawcy będą ryzykować mniej. Gdy nie można szybko sprzedać słabszego tytułu dzięki promocji, nieudany debiut staje się droższą wpadką. Wydawca rozsądnie wybierze więc pewniaki: kolejny kryminał znanego autora zamiast debiutu czy niszowego eseju. Ustawa uzasadniana dbaniem o kulturę zmniejszy jej różnorodność.

Francja i Niemcy, czyli spirala regulacji!

  Każda z tych kobr wymaga kolejnego przepisu. Tak wygląda to tam, gdzie sztywne ceny książek wprowadzono dawno temu.

  Francja ma ustawową cenę książki od 1981. Gdy sprzedawcy internetowi zaczęli konkurować darmową wysyłką, ustawodawca ograniczył ją w 2014. Amazon odpowiedział pobieraniem za dostawę jednego eurocenta. Następnie ustawa Darcos zakazała darmowej dostawy książek, chyba że klient odbiera je w księgarni. Cenę minimalną ustaliło rozporządzenie: 3 euro przy zamówieniach nowych książek poniżej 35 euro i co najmniej jeden eurocent przy droższych. Amazon zaskarżył przepisy, sprawa trafiła do TSUE, a w maju 2026 francuska Rada Stanu uznała je za zgodne z prawem unijnym.

  Zobaczcie, jak to się rozwija. Najpierw ustalono cenę książki. Potem zabroniono darmowej dostawy. Na końcu państwo ustaliło minimalny cennik kuriera. Według dokumentów sprawy wysokość tej opłaty dobrano na podstawie cen usług pocztowych, a w postępowaniu analizowano nawet własny cennik Amazona. Sprawa o cenę wysyłki książki przeszła przez trzy szczeble: urząd, Trybunał Sprawiedliwości UE i najwyższy sąd administracyjny Francji. Klient płaci 3 euro za dostawę, której sprzedawca chciał mu nie liczyć.

  W Niemczech do książki można dołączyć tylko upominek o niewielkiej wartości. Orzecznictwo wyznacza granicę na około 2% ceny książki. Do książki za 25 euro wolno więc dodać prezent za 50 eurocentów. Liczy się przy tym nie cena zakupu gadżetu, lecz to, ile jest wart w oczach klienta. Sąd musi zatem ustalać, za ile klient wycenia kubek.

  Prawnicy opisują sprawy, w których wezwanie do zaprzestania naruszeń dotyczyło różnicy 30 eurocentów. Wskazują też, że w handlu książkami nie wolno organizować akcji cenowych, dawać bonów ani wartościowych gratisów. Działa nawet specjalny powiernik pilnujący przestrzegania cen. W jego rocznym sprawozdaniu konkurs z cennymi nagrodami połączony z zakupem książki uznano za niedozwolony. Kłopotliwe okazało się również łączenie zakupu z przekazaniem darowizny na cel dobroczynny.

  Na tym polega ta spirala. Każdy przepis ma lukę, każda luka rodzi kolejny przepis, a każdy kolejny przepis dotyka spraw coraz dalszych od samej książki: dostawy, gadżetów, konkursów, a w końcu dobroczynności. Ta spirala nie ma końca, bo sprzedawcy zawsze wymyślą nowy sposób, by zrobić klientowi przyjemność. Na koniec trzeba będzie powołać urząd do wyceny kubków.

  Tak się rozwija komunizm na zachodzie!

Kto na tym zyska? Nikt!

  Zła regulacja zazwyczaj ma kogoś, kto na niej zarabia. Ma lobbystów, beneficjentów, a najczęściej po prostu łapówkę. Tutaj tego nie widać. Czytelnik zapłaci więcej. Małej księgarni ustawa nie uratuje, a nawet odbierze jej narzędzia. Duzi sprzedawcy internetowi zarobią trochę więcej na egzemplarzu, ale stracą najprostszy sposób walki o klientów. A wydawcy już prowadzą kampanię „Nie podnoście Polakom cen książek”. Nikomu się to nie opłaca, więc nikt też nie zapłaci politykom łapówki, by te idiotyzmy wprowadzili. To głupota w czystej postaci!

  Autorzy tego pomysłu są po prostu krańcowymi debilami. Nawet nie cynikami, bo cynik przynajmniej coś by z tego miał, nawet jeśli nie łapówkę, to jakiś prestiż, czy wzrost elektoratu. Ta ustawa nie daje nawet tego. Wszyscy tracą, nikt nie zyskuje, a jej autorzy wyhodują kobry i zniszczą kulturę.

  Lewica, którą jest też KO, to nie tylko bardzo niebezpieczne dranie i agenci, ale też skrajnie niekompetentni idioci.

Grzegorz GPS Świderski

__________________

Jak faszyści Tuska uchwalą ustawę z druku 3003 to będę siedzieć! <- poprzednia notka

na­stęp­na not­ka ->

__________________

Tagi: GPS65

Paleolibertarianin, Futurysta AI, Bloger, Koder Wibracyjny, Audytor KSeF, Rozkminiacz Krypto, Transhumanista, Filozof, Cywilizacjolog.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Polityka