Halo Halo
744
BLOG

O ubezwłasnowolnieniu samców przez naturę

Halo Halo Społeczeństwo Obserwuj notkę 57

 

 

W Nowym Roku postanowiłam, że jak co roku nadal będę jechać na samców. Bo takie czuję powołanie od Boga i Natury. Zatem zaczynam już od dziś. Na początku od wspomnień jak to wszystko się zaczęło.

Normalnymi mężczyznami i o tym jak społeczeństwo robi z nich samców, zajmę się w jednej z następnych notek. Dziś studium psychiki rasowego, genetycznego samca.

 

Zatem wyjdźmy od definicji. Samca można definiować na różne sposoby. Na potrzeby tej notki:

Samiec – istota człekopodobna prawiąca epopeje o zasadach, moralności, zachwalająca biblijny Dekalog, gotowy ukamieniować kobietę, gdyby ta złamała któreś przykazanie, udający że nie widzi, gdy przykazania łamie inny samiec, a wszystko to dla przykrycia swej ułomnej natury, która niczym nie różni się od jaskiniowca, a w całokształcie zwierzętom do pięt nie dorasta (uzasadnienie na końcu).

 

Rozpatrzmy sprawę od strony biologicznej:

W przyrodzie jest tak, że natura ubezwłasnowolniła popędem płciowym samców zwierząt tylko w okresie godowym, gdy samice mają ruję. Samice zwierząt mają ruję na ogół w tym samym czasie związanym z porą roku.

Inaczej jest u samic ludzkich. Te mają dni płodne każda kiedy indziej, a zależność jest związana z tyloma czynnikami, że nawet Salomon straciłby wenę, bo nawet z fazami księżyca. Zatem w całej zbiorowości ludzkiej, wśród samic panuje na zasadzie uzupełniającej się naprzemienności, jedna wielka, nieustająca ruja. Samce zaś ubezwłasnowolnione są przez naturę popędem płciowym non stop - od rozkwitu, aż do śmierci. Biedne, zdezorientowane strzelają na chybił trafił na zasadzie, że im więcej samic zaliczy, tym większe prawdopodobieństwo przekazania którejś swoich genów w celu przedłużenia gatunku.

 

Obserwacje badawcze, z których wysnułam powyższe wnioski prowadziłam w oparciu o liczne pobyty w sanatoriach, na turnusach rehabilitacyjnych i kwaterach prywatnych w miejscowościach uzdrowiskowych. Jak Państwo wiecie, Bóg zesłał na mnie chorobę neuromięśniową gdy byłam nastolatką. Zatem chcąc jak najdłużej utrzymać sprawność fizyczną, od 18 r ż korzystałam z przysługujących mi form leczenia uzdrowiskowego, które za czasów mojej młodości były za symboliczną złotówkę. Czasem miałam pokój jednoosobowy.

 

Każdy turnus rozpoczynał się od rozbudzania seksualności pomiędzy katolikami obu płci. Piszę śmiało ‘katolikami’, bo co niedziela bohaterowie niniejszej notki, jak winogrona oblepiali uzdrowiskowe kościółki i sanatoryjne kaplice podczas nabożeństw. Po czym wychodzili z nich i przechodzili do dzieła, jakby oczywistą sprawą i celem w uzdrowiskach była rehabilitacja seksualna.

Zatem pierwszy etap tej rehabilitacji, to rozbudzanie seksualności, przy którym Gender to cnotliwa panienka. Wzdychania, umizgi, minki, uśmieszki podczas mijania się w sanatoryjnych korytarzach między zabiegami, przewracania oczętami, całowania po rączkach, podłechtywanie ego:

- Ach, jaką pani ma figurę! Jak sarenka! – podjazd do tłustego kaszalota.

- Och, jaki pan miły i uprzejmy! Prawdziwy gentelman!

- Ależ dla pani wszystko, droga pani.

- Ach jej – i buch wywalone oczy do góry białkami i trzepotanie rzęsami.

 

Drugi etap to wieczorki zapoznawcze i kawiarniane potańcówki. Restauracje i kawiarnie zarówno w sanatoriach jak i w parkach zdrojowych pękały w szwach. Tańce, hulańce, obłapywania się, ocierania, podrygi, pląsy, kręcenie kuperkami, śmichy, chichy, rumieńce, kurwiki w oczach… etc. Nigdy nie weszłam do środka tych przybytków wstępu do uciech. Jednak spacerując wieczorami po parku lub sanatoryjnych korytarzach przyglądałam się przez wielkie, oszklone ściany, bo nie było nic innego do roboty.

Trzeci etap to spacery pań i panów w ciągu dnia w grupkach towarzyskich a następnie w parach. Z tym, że pary te codziennie wymieniały się między sobą. I na tym etapie zaczęłam cierpieć z powodu braku samotności. Podczas spacerowania, czy odpoczynku na ławeczce przyłączał się do mnie jakiś pan i rozpoczynał pogawędkę. Przedstawiał ogólnie swoje dane osobowe i krótką charakterystykę życiorysu. Trochę o pracy, trochę o żonie i dzieciach…

 

W tym miejscu przechodzimy do etapu czwartego, który nie ominął prawie nikogo z kuracjuszy.

- Może spotkamy się wieczorem w twoim pokoju? – pytał uprzejmie pan i szybko uzasadniał propozycję – Widzisz… tu wszędzie straszny tłok, krążą, podsłuchują, potem plotkują, nie można w spokoju porozmawiać.

- Czemu nie? – godziłam się.

I na tym etapie proponuję zrezygnować z czytania każdemu, kto ma słabe nerwy i brak odporności psychicznej. A zaręczam, Bóg mi świadkiem, że wszystko co piszę jest najszczerszą prawdą. Będą to krótkie opisy poszczególnych przypadków. Sama kwintesencja.

 

Przypadek I

- Jaką ty jesteś cudowną dziewczyną! Taką chciałoby się obsypać wszystkimi skarbami świata. Kupiłbym ci futro.

- Dziękuję. Mam w domu dwa (sztuczne). Trzecie nie zmieści się do szafy.

- To może sweterek, sukienkę?

- Proszę nie myśleć, że jestem sierotą z sierocińca i nie mam się w co ubrać.

- Przepraszam. Zapewne jako prawdziwa kobieta chciałabyś coś z biżuterii?

- Skąd taki wniosek? Nie lubię biżuterii. Uwiera i przeszkadza na ciele.

- Ach… zatem dam ci najlepszy prezent. Dla zdrowia. Opłacę ci następny turnus, po tym, który się skończy, żebyś mogła dłużej tu nabierać kondycji.

- Nie potrzeba. Po tym turnusie muszę wracać do domu, bo obowiązki wzywają.

Pomiędzy każdą propozycją odbywało się głaskanie mnie po rękach, potem po plecach, udach…

- Może skończysz to głaskanie? Nie jestem bezdomną, głodną kotką – w końcu zwróciłam samcowi uwagę.

Głęboki wdech, ciężkie sapnięcie na wydechu, załamanie rąk w błagalnym geście:

- Powiedz, dlaczego ty mnie tak zamęczasz?

- Nikt nie trzyma cię tu na siłę i nikt nie każe ci się męczyć.

Wstałam z krzesła. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je na oścież:

- Skoro wszystko sobie już wyjaśniliśmy… Dobranoc.

Zwiędły koteczek jak róża po przeciągu wyszedł z wielką pretensją w oczach. Przez następne dni na spacerach po parku, ostentacyjnie ignorował mnie z nosem zadartym do góry i miną jakby chciał mnie udusić.

 

Przypadek II

Jak zwykle krótka gadka o pracy, żonie, dzieciach… i coś w tym stylu, po czym samiec przechodził do międolenia moich dłoni, twarzy, bioder…

- Może nie róbmy czegoś, czego później będziemy żałować? – zaproponowałam.

- A może jednak nie będziemy żałować?

- A gumkę masz?

- Yyyy… nieeeee… zaraz polecę do nocnego…

- Ok – podeszłam do drzwi i otworzyłam je na oścież – to leć. I już nie wracaj, bo idę spać. Dobranoc.

Następnego dnia samczyk zaopatrzony w gumki podleciał w podskokach:

- To jak? Dziś się spotykamy?

- Dziś nie, bo mam dobry film w TV. Jutro jadę na wycieczkę, więc wrócę późnym wieczorem bardzo zmęczona. A pojutrze raczej nie będę już ciebie pamiętać.

 

Przypadek III

Jak zwykle krótka gadka o pracy, rodzinie… Trochę o literaturze i sztuce... Pan wierci się i wierci na krześle, oczami przewraca, prawi mi komplementy… W pewnym momencie rozpina rozporek:

- Zobacz jakiego mam! – pyszni się – Chcesz spróbować?

- Wstałam. Otworzyłam drzwi od pokoju na oścież i rzekłam:

- Niedawno byłam w ZOO. Widziałam ładniejsze zwierzątka. Dobranoc.

 

Przypadek IV

Młody chłopak po wypadku samochodowym. Sprawny. Pupilek swojej szefowej w pracy, która opłaciła mu apartament – mały salonik z sypialnią. Zaprosił mnie do siebie na film. Pogadaliśmy, pożartowaliśmy… Oglądamy film.

- Może położymy się do łóżka? – zapytał – co będziemy tak drętwieć w fotelach?

- OK – uwaliłam się w spodniach i swetrze po jednej stronie dwuosobowego wyra.

Oglądamy dalej. Zaczyna się mindolenie mojej ręki, potem głaskanie brzucha, wsadza mi rękę pod sweter.

- Słuchaj, przeszkadzasz mi oglądać. Rozpraszasz mnie a teraz najważniejsza scena.

Przestał. Na chwilę. Znów zaczyna.

- Jak myślisz, co robi teraz twoja szefowa? – zapytałam.

- Pewnie tęskni za mną – odparł z szyderczym uśmieszkiem.

- No to zadzwoń do niej a ja już pójdę, żeby wam nie przeszkadzać.

 

Przypadek V

Ordynator oddziału. Dr balneologii w sanatorium.

Bardzo zainteresowany moją chorobą i tym jak mi pomóc. Rozmowy o medycynie, porównania do przypadków w jego praktyce lekarskiej… Umówiliśmy się wieczorem na dłuższą rozmowę, żeby pacjenci nam nie przeszkadzali. W pewnym momencie…

- Ach… taką dziewczyną to mógłbym się całe życie opiekować – i zaczyna się głaskanie po udach z lubieżnym uśmiechem.

- I będziesz mnie woził na wózku inwalidzkim jak już mnie choroba powali?

- Wszędzie!

- I wynosił spode mnie odchody?

- Jak trzeba będzie to oczywiście!

- Jestem nosicielką choroby zakaźnej przenoszonej drogą płciową i przez płyny ustrojowe – zablefowałam – Nie będzie ci to przeszkadzać?

Chwila dezorientacji, próba skoordynowania błędnych, rozlazłych oczu…

- Chcę się zarazić! – i dawaj mnie dalej obłapywać.

- No ale nie pomyślałeś o mnie. Ja nie mogłabym patrzeć, bo sumienie by mnie zabiło, jak ci gniją narządy kopulacyjne i po kawałku odpadają. Dobranoc – wstałam z krzesła i wyszłam.

 

Czy mam dalej opowiadać? Jak to inne biedaki skomlały chociaż o pocałunek z języczkiem? Jak to dostałam propozycję pracy w ministerstwie, cholera nawet nie pamiętam jakim…? A nawet jeden biznesmen chciał mi mieszkanie kupić u siebie w mieście, żeby mieć do mnie bliżej?

Po pewnym czasie zaczęłam się przyglądać kuracjuszom, czy nie patrzą na mnie z potępieniem za te wieczorne spotkania co noc z kim innym. Gdyby dotarły do mnie jakieś słuchy, lub potępiające spojrzenia z sugestią, że jestem puszczalska – wywiesiłabym na drzwiach mojego pokoju zaświadczenie lekarskie z treścią VIRGO (dziewica), które do 29 r ż mogłam dostać od każdego lekarza na każde żądanie ze wszystkimi urzędowymi pieczątkami. Po 29 r. ż już niestety nie, ale po 28 r ż zrezygnowałam z jeżdżenia do sanatoriów.

 

Nikt z kuracjuszy oczywiście nie patrzył na mnie z potępieniem. Byli tak zajęci sobą i nocnymi migracjami z pokoju do pokoju, że tylko głowy im odskakiwały jak pijanym zającom w krzakach. A ja z każdym pobytem na leczeniu uzdrowiskowym nabierałam wstrętu do męskiego podgatunku ludzkiego. Zawsze myśli szły mi w stronę ich żon. I wyobrażałam sobie, że siedzę w domu na ich miejscu… a przed oczami miałam właśnie widok takiego męża. Dwupoziomowa praca umysłu -  wyobrażenie z jednoczesnym postrzeganiem rzeczywistości… Bleeee!

Właśnie w tamtych czasach podjęłam mocne postanowienie, że nigdy w życiu nie wyjdę za mąż! Przecież ludzkie samce są gorsze od zwierząt! Bo zwierze jak się zwiąże z samicą to najpierw zbuduje gniazdo, potem zapłodni jedną, większość par wspólnie wychowuje potomstwo i do czasu usamodzielnienia się małych – samiec nie ogląda się za inną. A te ludzkie samce, to chlapią spermą gdzie popadnie i w ogóle nie myślą, że gdzieś tam czeka żona i potomstwo, że następnej kobiecie mógłby zrobić dziecko i co wtedy??? Nie no… ja byłam przerażona, gdy zobaczyłam jak ten świat wygląda! Mnie - jako dziecko - rodzice uczyli tylko pracy i pracy i pracy i nie powiedzieli, że świat jest tak skonstruowany. W związku z czym dostałam szoku i do dnia dzisiejszego wyleźć z niego nie mogę. I nie zamierzam.

 

 

Halo
O mnie Halo

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (57)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo