Strategia jest bardzo prosta, żeby nie powiedzieć prymitywna: DOKTOR Nawrocki to „człowiek z ludu”, syn robotnika (dokładnie to tokarza, jak uściślił prof. Nowak), który do wszystkiego doszedł swoją ciężką pracą. A z drugiej strony mamy „wiceprezesa” (bo trzeba podkreślić, że partyjny!) Trzaskowskiego, który jest „wykwintnisiem” i „paniczykiem”. Co prawda też doktor, ale „znany głównie z działalności partyjnej”. Pomijając już absurdalność tej tezy Pana Błaszczaka samo stwierdzenie, że Nawrocki to kandydat „obywatelski” podczas gdy oficjalnie i na żywo namaszcza go wkraczający przy fanfarach na scenę sam Prezes Kaczyński jest tak idiotyczne, że aż szkoda komentować. Czy naprawdę PIS myśli, że ktoś uwierzy, że to „kandydat niezależny”? Tym bardziej po doświadczeniach z „niezależnym” prezydentem Dudą…
Ale wróćmy do podstawowej idei kampanii: robotnik kontra „intelygent”. Wiem, że wśród aktywnych czytelników i komentatorów na tym forum jest sporo osób urodzonych i dorastających w czasach PRL. Naprawdę nie przypomina Wam to czegoś? Naprawdę nie dzwonią Wam w uszach przemówienia Gomułki czy Gierka?
A najgorsze jest to, że to może rzeczywiście zadziałać. Gdy ktoś inteligentniejszy od Pana Błaszczaka sprzeda to w sposób bardziej zawoalowany, to sporo ludzi to kupi. Kupią to właśnie przede wszystkim ludzie, którzy z rozrzewnieniem wspominają czasy w których „lud pracujący miast wsi i osad” miał coś do powiedzenia a „burżuazyjny element” był w pogardzie. Pytanie jednak: czy to na pewno powinni być wyborcy partii uważającej się za „prawicową”?



Komentarze
Pokaż komentarze (2)