Taka mnie napadła syntetyczna refleksja meta-polityczna na temat losu największej partii opozycyjnej.
Bo oto u zarania swojego istnienia partia trafiła na znakomitą koniunkturę - elektorat centrowy i centroprawicowy został bezpański po przespaniu wyborów prezydenckich przez UW i bezadziei rządów AWS. Powstała nisza, w którą można było skutecznie wskoczyć - a na scenie politycznej to rzadka okazja.
Po czym następuje strzał w stopę w postaci niewykorzystania szansy jaką był sojusz wyborczy z UPR tudzież możliwość przyciągnięcia występujących wówczas w dużej ilości polityków prawicy bez miejsca na dobrej liście wyborczej. Zamiast tworzyć wizerunek polskiej Partii Republikańskiej zbierającej wszystko na prawo od centrum PO zasklepia się w post-KLDowskim sosie, prowadzi typową wcześniej dla Unii Wolności nijaką kampanię wyborczą - i w rezultacie powiela dawne wyniki UW stając się jedną z kilku partii centroprawicy. A była szansa zamiast zostać hegemonem po tej stronie sceny politycznej.
Sytuacja jest dla PO niewesoła - siłę ma mniej więcej taką samą jak PiS i LPR. Gra toczy się o to, kto przez kadencję ustawi się na pozycji głównego opozycjonisty wobec SLD i tym samym dostanie premię od 40% elektoratu centroprawicowego i prawicowego. Głowne podziały polityczne w Polsce idą nie wokół programów gospodarczych tylko podziałów kulturowych - co powoduje, że PO w tej konkurencji jest wypozycjonowana gorzej od konkurentów. Wydawało się że pytanie brzmi tylko czy dla byłego wyborcy AWS bardziej pociągający będzie antykomunizm (PiS) czy akcenty narodowo-katolickie (LPR). Najlepiej pasujący dla post-AWSowskich wyborców wydawał się PiS, który zaczynał powoli piąć się w sondażach.
I tutaj znów szczęście uśmiechnęło się do PO - w wyborach samorządowych PiS poszedł na koalicję PO-PiS. Gdyby startował samodzielnie - idę o każdy zakład - wyraźnie zdystansowałby PO i już wówczas ustawił w pozycji głównego opozycjonisty wobec SLD. Wystarczy spojrzeć na wynik w Warszawie gdzie PiS i PO startowały osobno. A tak PiS się rozpłynął w PO-PiS i nie wyszedł na prowadzenie. W tych wyborach kolejnym szczęśliwym trafem była przegrana Jana Rokity w wyborach na prezydenta Krakowa, dzięki czemu pozostał on nadal na ogólnopolskiej scenie politycznej.
Następny - i jak dotąd największy - prezent od losu PO otrzymało w postaci komisji śledczej ds. afery Rywina i udziału w niej Jana Rokity. Specyficzny typ osobowości Rokity okazała się idealnie pasować akurat do komisji śledczej i akurat do tej sprawy. To praca Rokity w komisji wyciągnęła PO na pozycję lidera sondaży i pewnego kandydata do przejęcia władzy (być może z pomocą znacznie słabszego koalicjanta PiS). Taki stan rzeczy zdawały się potwierdzać wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego.
I co nastąpiło? Właściwie cała kampania wyborcza 2005 roku to seria strzałów PO w stopę. PiS walczył, punktował, starał się - a PO czekało aż wreszcie dokona się od dawna zapowiedziana koronacja. Jedynym przypadkiem gdy szczęściu pomogli była zmontowana prze pro-POwski odłam służb specjalnych intryga z Jarucką i sprawna eliminacja Cimoszewicza. Poza tym przekaz PO był taki że PO jest. Pomimo huraganowego ognia mediów (poza ich tradycyjnie proliberalnym odłamem zyskali również wsparcie układu postkomunistycznego, w mediach najpotężniejszego, który wówczas już widział że SLD nie ma szans więc poparł PO na zasadzie że wszystko lepsze od strasznych Kaczorów), pomimo większej medialności Tuska od Kaczora jednak udało się przegrać.
PO ma opinię wywyższających się nadętych bufonów bez konktaktu z tzw. prostym człowiekiem. To co robi? Ano np. w odpowiedzi na paczkę od PiS z programem przekazuje program na płycie CD (jak wiadomo rolnik z Podlasia jak chce coś wysłać rodzinie to wypala płytkę). Po czym jeszcze się okazuje, że za program robi kilkanaście luźnych kartek w tym kilka pustych...
Klasycznym strzałem w stopę było nadmuchanie afery z dziadkiem w Wehrmachcie. Mało kto pamięta ale to właśnie PO nagłośniło wywiad Kurskiego w "Agorze". Mało tego - na początku bezczelnie kłamali że dziadek w ogóle w Wehrmachcie nie był, co przecież musiało wyjść na jaw po paru dniach (no może można było liczyć, że jednak po wyborach). Gdyby od razu powiedzieli, że wcielony przymusowo, ale jednak był, byłaby zupełnie inna para kaloszy. A tak sami wbili sobie od razu dwa samobóje - definiując się zarówno jako "miłośnicy Niemiec" jak i jako "krętacze". Podstawowa zasada marketingu politycznego - złap konkurenta na jakimś kłamstwie.
Wybory zakończyły się jak zakończyły i tu kolejny strzał w stopę PO - storpedowanie koalicji z PiS. Kalkulacja była prosta. Jak wejdziemy do rządu to Kaczory zrobią bolesne reformy, następnie w połowie kadencji nas wyślizgają zrzucając na nas winę - i przy poparciu prezydenta i cichej koalicji z LPR i SO będą rządzić rządem mniejszościowym zbierającym owoce reform. A tak PiS się poszarpie parę miesięcy nie mając możliwości koalicyjnej, zgra się i bedą nowe wybory. Kalkulacja błędna do bólu, bo PiS okazał się mieć możliwości koalicyjne, wcale się nie zgrał i sobie rządził bez PO w najlepsze.
Kolejny strzał w stopę - nie zagłosowanie za samorozwiązaniem w kwietniu 2006. Wówczas wprawdzie PiS by znów wygrał, ale samodzielnej większości by nie miał. Odpadłoby LPR zmniejszając tym samym manewr koalicyjny PiSowi. Ale nie, Tusk i co. nadal nie dostrzegali bnkructwa linii politycznej torpedowania POPiSu i nadal liczyli, że PiS się zgra w parę miesięcy. Doczekali tylko tego, że lewica się umocniła i media które wcześniej popierały PO z braku innej alternatywy dla PiS zaczynają wracać do swoich korzeni. Gdyby nie wyczerpanie możliwości koalicji rządowej i wybory, PO wkrótce poczułaby oddech LiDu na plecach.
Dodajmy do tego promowanie jako jednej z głównej twarzy PO tak "charyzmatycznej" postaci jak HGW. Również w roli wiecowego mówcy jak to miało miejsce ostatnio w Gnieźnie. Dodajmy zajadle antyPiSowskie bilboardy, które znakomicie mobilizują elektorat PiS i wściekle anty-PiS (czyli LiD) a szkodzą tym co próbują być w środku (PO).
Muszę tylko oddać sprawiedliwość że nie dała się PO namówić ostatnio na oddanie strzału we własną stopę już nie z pistoletu tylko z armaty - poprzez utworzenie wspólnego rządu z Kwaśniewskim, Lepperem i Giertychem.
Taki to wesoło-smutny los Platformy. Partii która dzięki zbiegom okoliczności i łutom szczęścia ma poparcie 25% w kraju w którym jej program akceptuje góra 15% - ale jednocześnie za każdym razem gdy już ma wykonać ostatni krok i przywitać się z gąską-władzą, potyka się o własne sznurowadła.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)