bartek123 bartek123
282
BLOG

Deklaracja wiary, klauzula sumienia - wątpliwości i pytania

bartek123 bartek123 Religia Obserwuj temat Obserwuj notkę 6

Marek Morawski

Klauzula sumienia. Wątpliwości i pytania.

Czyn prof. Bogdana Chazana – odmowa aborcji płodu, który nigdy nie mógł rozwinąć się prawidłowo, a do tego odmowa wskazania matce miejsca, gdzie taka aborcja mogłaby być dokonana – wstrząsnął opinią publiczną. Niemniejszym wstrząsem było to stworzenie, które z tej ciąży przyszło na świat. Zło, którego lekarz się dopuścił, usprawiedliwił swym sumieniem chrześcijańskim, a ściślej - prawem do łamania Przysięgi Hipokratesa, znanym jako „klauzula sumienia”.

Czy jednak nie pomylił on czasami sumienia chrześcijańskiego z tym co za nie uchodzi w interpretacji kołtuńskiej części polskiego kleru i niedouczonych obrońców tego zgoła niechrześcijańskiego stanowiska?

Spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie.

Sumienie jako kategoria wiary.

Być chrześcijaninem nigdy i nigdzie nie było łatwo. Warto o tym przypominać zawsze! Religia, która swym uniwersalizmem ogarnia całość istnienia, ma być drogą życia (sposobem postępowania) każdego człowieka, nawet tego, który ułamka rzeczywistości istniejącej nie jest w stanie pojąć z racji swych przyrodzonych zdolności, lub braku przygotowania do rozumienia podstawowych choćby pojęć ją konstytuujących, czy powstających bezustannie w rozwoju ludzkości pytań najgłębszej natury. Poza tym jej podstawą i sensem jest - wiara. Sytuacja zaiste dramatyczna!

Są tylko dwa wyjścia z tego dylematu. Pierwsze, to uznanie, że wiara, a więc możliwość bycia chrześcijaninem jest Łaską daną poszczególnemu człowiekowi przez Boga, drugie, to uznanie, że istotę tej wiary zna Kościół, do którego wobec przerastających nas pytań, można się odwołać.

W pierwszym przypadku uznajemy, że Bóg, dając nam Łaskę wiary, wyposaża nas także w narzędzie oceny własnego postępowania, czyli sumienie, które potrafi rozróżniać pomiędzy dobrem a złem.

Jednak czy rzeczywiście nieomylnie?

W drugim przypadku uznajemy, że Kościół posiada właśnie powierzony mu przez Boga Jezusa Chrystusa depozyt naszej wiary w postaci czystej.

Jednak czy z posiadania tego depozytu wynika możliwość bezbłędnego ustosunkowywania się do poszczególnych sytuacji, powstających w procesie kształtowania się (rozwoju) otaczającej nas – stworzonej przez Boga – natury, jest już pytaniem co najmniej zasadnym, a odpowiedź na nie wcale nie jest jednoznaczna! Przynajmniej co do kwestii sumienia, które postrzegać należy jako szczególne miejsce spotkania poszczególnego człowieka z Bogiem.

Jak widać, kwestia sumienia jawi się teraz jako jedna z podstawowych, a jednocześnie najtrudniejszych.

Kilka przypomnień.

W całej historii Kościoła jednoznaczne, oficjalne wypowiedzi na temat sumienia ludzkiego są nie tylko rzadkie, ale również mało konkretne. Trudno się dziwić, skoro jest to – „miejsce najbardziej intymnego kontaktu osoby z jej Stwórcą” – jak postrzega je większość teologów. Jest więc tu swoista delikatność Kościoła wskazana!

Katalog myśli teologicznej (nie mylić ze stanowiskiem samego Kościoła) na temat sumienia jest ogromny, jednak wiele stanowisk różni się od siebie znacznie.

Wynika to między innymi z tego, że to sumienie wielu chrześcijanom (nie wyłączając kapłanów, a nawet papieży) pozwoliło na czyny po prostu haniebne, a nawet zbrodnicze. Wiemy to po prostu z historii Kościoła, a także z obserwacji zdarzeń współczesnych.

Specyfika depozytu wiary.

Posiadanie „depozytu wiary”, czyli niezaprzeczalne prawo do określania jej treści, wymaga kilku słów wyjaśnienia! Nieco głębszego niestety, by nie mnożyć kolejnych nieporozumień.

W dopuszczalnym uproszczeniu; - przywołując św. Tomasza - rozumiemy, że tak samo jak inne rzeczy stworzone, czy przez Boga dane, tak i wiara składa się z „możności” i „urzeczywistnienia”. (tylko Bóg jest pełnym „urzeczywistnieniem”). Jako możność realizacji, wiara, poza swymi podstawowymi paradygmatami (czy jak kto woli, dogmatami), które są stałe, podlega procesowi rozwoju! Wie to każdy z nas z własnego chrześcijańskiego doświadczenia i Kościół ze swej historii. Nawet kolejne dogmaty wynikały z tego rozwoju.

Ten proces nazywamy (znowu za św. Tomaszem, ale nie tylko) „wewnętrznym samopoznaniem”, a polega on na coraz głębszym pojmowaniu Objawienia, w konfrontacji z nowymi elementami, pojawiającymi się w procesie rozwoju wszystkich rzeczy Stworzonych, w uproszczeniu „natury”, a także samego człowieka. Tak więc - wiara wymaga bezustannej – nadzwyczaj delikatnej i głębokiej – reinterpretacji na poziomie imponderabiliów, choć oczywiście nie paradygmatów!

W jeszcze większym uproszczeniu; - złożone zagadnienia pojawiające się na bieżąco, nieraz karkołomnie złożone, wymagają uczciwej i światłej reinterpretacji stanowisk, wynikających z naszej wiary, pomimo, że – wydaje się niekiedy niektórym, iż stanowisko widziane przez pryzmat dogmatu jawi się jako wystarczające.

Ale tylko się jako takie jawi!!

Naturalny rozwój kryteriów.

W procesie rozwoju natury Stworzonej przez Boga pojawiają się co raz to nowe elementy, które stanowią inspiracje do koniecznego rozwoju wiary - a przede wszystkim rozwoju jej praktyki i wynikających z niej ocen moralnych!

To trudne, ale pytania na pograniczu paradygmatu i imponderabiliów są zawsze najtrudniejsze. Niestety! Uciekanie przed nimi, oznacza skarlenie praktyki wiary, pozostawienie jej na poziomie poza „znakami czasu”, jak tego typu inspiracje nazywał św. Jan Paweł II.

Kościół, pozostając na zawsze i niezmiennie (!) depozytariuszem paradygmatu - jest jednak tylko zespołem ludzi. Wprawdzie obecny jest w nim Duch Święty, w co niezachwianie wierzymy, ale On pozostawia ludziom ich ludzką, niedoskonałą naturę, również w Kościele!

Jest więc Kościół „i święty i grzeszny”, jak pisał Jerzy Turowicz, wielki przyjaciel i współpracownik św. Jana Pawła II.

Kościół jest najbardziej święty, gdy wsłuchuje się w to, co Bóg zsyła swemu Stworzeniu jako mało czasem rozpoznawalny „znak czasu”, a grzeszny, gdy to lekceważy lub nie dostrzega! Tak uczy historia Kościoła (i Sobór Vaticanum Secundum) i tak trzeba interpretować też przesłanie obecnego papieża, Franciszka.

Nauka, jako dar Boga

Jednym z wielkich darów Boga, danych człowiekowi, jest poszukiwanie prawdy, czyli także badanie praw i możliwości Stworzenia, czyli natury, w tym oczywiście człowieka. Mówi o tym św. Paweł, gdy przypomina, że poznanie natury uczy o samym Bogu.

Antropologia, również i chrześcijańska (a może przede wszystkim ta właśnie), w swoisty sposób wyróżnia człowieka w ramach pojęcia „natura”, jednak go z niej wydzielić nie może, gdyż też od św. Tomasza już wiemy, że „naturą” jest całe Stworzenie.

Proces poznawania tajemnic „natury” nazywamy dziś nauką. To jeden z najwspanialszych darów Boga! Konia z rzędem temu, kto rozsądnie chociażby, poważyłby się dzielić ten dar na naukę dobrą i niedobrą. O ile nie jest szalbierstwem, jest zawsze dobrem, podobnie jak jej wyniki!

Oczywiście wykorzystanie darów Boga może być również szalbierstwem! Już Dar Najwyższy, ofiarę jego Syna, udało się ludziom wykorzystać niecnie, czyniąc zeń niekiedy podstawę prawa by jego Stworzenia mordować! Przykładem może być chociażby szerzenie wiary ogniem i mieczem. Można więc i dar nauki, a przynajmniej jej osiągnięcia, wykorzystywać niecnie. To prawda! Można jednak też w ich ocenie popełniać błędy!

Toteż zalecałbym tu daleko idącą i pokorę i ostrożność!

Dzisiaj – podkreślam dzisiaj (!) – wiele osiągnięć danej ostatnio człowiekowi przez Boga wiedzy, może wydawać się Kościołowi nie do przyjęcia, tak, jak swego czasu odkrycia Kopernika, czy do dziś niedokładnie zasymilowana, tak zwana „teoria ewolucji”, która w niczym nie jest sprzeczna z Objawieniem, o czym każdy świadomy rzeczy chrześcijanin już od dawna wie.

Takim, najbardziej dziś „gorącym” przykładem, jest zespół ustaleń naukowych na tematy związane z prokreacją i płciowością człowieka. W ramach tego zespołu zagadnień z punktu widzenia teologicznego najbardziej złożonym tematem jest poczęcie pozaustrojowe, zwane potocznie in vitro. Przyjrzyjmy się temu nieco bliżej.

In vitro, jako „znak czasu”.

Samo odkrycie możliwości prokreacji pozaustrojowej w żadnym wypadku nie może być uznane za zło, chociażby na mocy wyżej wspomnianej zasady, że nauka i jej wyniki musimy uznać za Dar Boga. Niestety z praktyki wiemy też, że poważna refleksja etyczna, teologiczna, filozoficzna, bywa zwykle grubo spóźniona wobec pojawiających się nowych zjawisk w nauce i praktyce z nich wynikającej. Rzecz dotyczy bowiem nowych możliwości człowieka na drodze wskazanej w Genesis; - „..czyńcie ją sobie poddaną.”. Jest więc rzeczą wątpliwą ferowanie oceny, po refleksji na temat tych nowych możliwości, na razie – moim zdaniem – jeszcze bardzo pobieżnej. Dlaczego?

Uznajemy, że wolą Boga jest, by człowiek się prokreował. Wiemy także, że na skutek wielu zjawisk związanym z rozwojem cywilizacji, naturalne możliwości prokreacyjne się co najmniej zmniejszają, z wielu bardzo naturalnych powodów. Można by na siłę owe zmniejszone obecnie możliwości prokreacyjne człowieka interpretować jako „wolę Boga”, jednak brak ku temu jakichkolwiek sensownych podstaw. Ale i te można na siłę wymyślać! Tylko po co, skoro wola (wolna!) człowieka dąży do realizacji spełnienia jego prokreacyjnego posłannictwa, którego boskiego pochodzenia nie można przecież kwestionować. Nauka, Dar boży, w tym jedynie pomaga. Prokreacja sposobem in vitro jest więc Danym człowiekowi narzędziem, by swoje prokreacyjne posłannictwo mógł w nowych warunkach zrealizować. Taki wniosek można logicznie wywieść, bo trudno byłoby uznać, że te właśnie nowe, współczesne warunki powstały wbrew woli Stwórcy, lub poza nią. Takie stanowisko prowadziłoby do zupełnego pomieszania pojęć w ramach religii chrześcijańskiej.

Ważna uwaga!

Ani myślę za pomocą rozumowania „odkrywać” rzeczywistych, czy choćby domniemanych zamierzeń Boga w stosunku do nas! Rozum ludzki nie poradzi takiemu „zadaniu”. To jasne! O tym, co jest boską interwencją, w naszą egzystencję, lub jakimś doświadczaniem ludzkości na poszczególnych etapach rozwoju natury i człowieka, nie wiemy nic! Jednak zasada ta dotyczy każdego! – również tych, którym wydaje się, że takie zamierzenia Boga znają i na tej podstawie budują systemy ocen badań naukowych i ich wyników wraz z ich zastosowaniem. Uważam to za grzech pychy w czystej postaci!

Natomiast powoływanie się na tak zwane ”zrządzenie boskie” w sytuacjach wielu ludzkich nieszczęść uważam za po prostu głupotę, jeśli poziom wiedzy pozwala tym nieszczęściom przeciwdziałać.

Wróćmy do sporu o „in vitro”.

Zwróćmy uwagę, że wiele innych (poza in vitro) sposobów ingerencji w naturalne możliwości zajścia w ciążę jest przez krytyków tej najnowszej metody akceptowane. Kobiet nie mogących zajść w ciąże nie pozostawia się samych z tym dramatem od dawna. Nazywamy to po prostu leczeniem bezpłodności, choć myśląc skrajnie można by i to również nazwać „przeciwstawianiem się woli Boga”. Trzeba by jednak wówczas założyć, że właśnie te wolę znamy. W moim pojęciu byłoby to jednak jawnym bluźnierstwem!

Co to jest poczęcie życia?

W obecnym sporze o in vitro przysłowiową „kością niezgody” jest częściowa akceptacja przez medycynę utraty życia przez część uzyskanych w procesie in vitro zarodków. Jest to jednak przede wszystkim tylko obecna niedoskonałość techniczna całości procesu, której zakres można pewnie w dalszym rozwoju metody ograniczyć, lub wyeliminować – natomiast na tej podstawie - potępiana jest cała metoda, jako nieuprawniona ingerencja człowieka w rzekomo – „boży porządek”.

Czy z punktu filozoficznego czy nawet etycznego, można przyjąć takie stanowisko?

Rodzi się tu aż nazbyt wiele pytań, na które odpowiedzi uczciwie nauka poszukuje, ale do zasadniczych należy między innymi to;

Czy rzeczywiste poczęcie nowego człowieka to akt biologiczny czy duchowy?

To tu należy rozpocząć konieczną refleksję!

Czy prawdziwą realizacją planu bożego jest zgoda nań, zgoda na prokreację - czy sam akt zapłodnienia w skutku tej zgody następujący?

Jeżeli poważnie traktować chrześcijańską naukę o wolnej woli, to odpowiedź jest prosta! Początkiem życia nowego człowieka jest zgoda, decyzja na jego przyjęcie, a nie np. stosunek płciowy (właściwy także zwierzętom), który tylko w sensie materialnym(biologficznym) jest realizacją tej zgody na włączenie się w realizację bożego planu prokreacji istot ludzkich!

Jest więc samo zapłodnienie zdecydowanie faktem drugorzędnym w stosunku do aktu woli! Toteż za mniej ważne od tej zgody musimy uznać sposób techniczny (stosunek płciowy, czy np. in vitro itd.) samego doprowadzenia do powstania życia ludzkiego!

Między innymi z tego właśnie powodu uważamy, że naturalny akt prokreacji wiąże się z miłością rodziców między sobą i miłością do spodziewanego dziecka. W przypadku wielu par „skazanych” na in vitro o tak pojmowanej miłości wątpić trudno. Natomiast np. poczęcie na skutek gwałtu z tym zasadniczym elementem z pewnością nic wspólnego nie ma, a krytycy in vitro bez zmrużenia oka uznają je za „naturalne” ze stosunkowo nikłymi tylko zastrzeżeniami. Gdzie tu sens w takim myśleniu?

Przy obecnym stanie wiedzy o organizmie ludzkim upieranie się, że zapłodnienie drogą stosunku płciowego jest bardziej „naturalne” od zapłodnienia pozaustrojowego, jest stanowiskiem przypominającym wręcz nieludzki zakaz transfuzji krwi u tak zwanych „Świadków Jehowy”, wynikający z fanatycznej interpretacji Objawienia, które w myśl nauki Jezusa - nigdy nie może być interpretowane przeciw człowiekowi i jego życiu!

Zycie w ogóle, a życie ludzkie.

Podobnie jak „in vitro” należy poważnie przemyśleć generalne odrzucenie aborcji!

Należy przyjąć, że każde Stworzenie boże, czyli każde życie należy chronić! Jednak do każdego z rodzaju tych „żyć” mamy od zarania inny stosunek. Czy słusznie, odpowiada częściowo antropologia. Jednak wszystkie nauki - i wiara także - muszą rozumieć, że życie ludzkie jest sprawą szczególną. Człowiek, to nie tylko jeden z bytów Stworzonych, jak drzewo, skała, morze czy zwierzęta! To nie tylko fakt istnienia w przestrzeni i czasie! By jakiś byt można nazywać człowiekiem, nie wystarczy jego materialne pochodzenie, np. zrodzenie przez kobietę!

Byt „człowiek”, to również jego atrybuty, z których najważniejszym jest posiadanie WOLI i możliwość jej użycia!

Nie wdając się już w głębszą analizę tego podstawowego zagadnienia, ponad wszelką wątpliwość (!) MUSIMY dziś podjąć choćby elementarną refleksję na temat różnicy pojęć; - „życie” a „życie ludzkie”! Bo z pewnością czym innym jest „ochrona życia”, której pełne usta mają programowi przeciwnicy aborcji, a czym innym „ochrona życia ludzkiego”!

Pojawiają się od razu podstawowe pytania.

Pierwsze z nich, to; - na ile człowiek pozbawiony (z jakichkolwiek względów) podstawowych atrybutów człowieczeństwamoże realizować, urzeczywistniać prawdziwe życie ludzkie? Należy w tym kontekście ponownie przemyśleć pojęcie „człowiek” gdy możemy mieć do czynienia z bytem pochodzenia ludzkiego pozbawionym większości, lub niemal wszystkich wyżej przypomnianych atrybutów!

Pytania te są wręcz porażające! To prawda! Bo w swej powierzchownej warstwie przypominają niedawne, zbrodnicze próby selekcji ludzi. Porównanie takie jest jednak nieuprawnione! Dlaczego?

Otóż przede wszystkim dlatego, że selekcja zbrodnicza miała na celu dobro innych, a nie tych poddawanych selekcji! Tymczasem w proponowanym tu myśleniu chodzi wyłącznie o godność (!) – prawo do podstawowej, ludzkiej egzystencji – istoty nienarodzonej, o której na podstawie obecnej wiedzy wiemy, że tej godności będzie z pewnością pozbawiona!

Nie chodzi tutaj o niedopuszczalne określanie, które z cech ludzkich (np. rasa, narodowość, wyznanie religijne itp.) predestynują go do dalszego życia lub nie, nie chodzi też o to, by określać wartość człowieka jako bytu (słabość, obarczenie chorobą, niedorozwój, kalectwo). Człowiek „niedoskonały” jest wartością równą „najdoskonalszym” z nas! Podkreślam to z całą mocą!

Ale współczesna wiedza stawia nas niestety przed pytaniem – jaki by i o jakich atrybutach jest człowiekiem?

Inaczej…

Jakie atrybuty musi posiadać byt, by móc - jak określa to św. Tomasz – „urzeczywistniać się jako człowiek.”

Wydaje się, że dotychczasowe odpowiedzi na to pytanie filozofów, teologów i antropologów są już niewystarczające.

Czy wolno nam się uchylać od poszukiwania odpowiedzi? Kto miałby ich udzielić? Odpowiedzialność zaiste trudno wyobrażalna! Na pierwszy rzut oka można by ją określić jako wręcz przekraczającą ludzkie możliwości i uprawnienia. Jednak skoro problem się dowodnie ujawnia?

Może właśnie na tym polega dramat współczesnego człowieka, że w wyniku swego uprawnionego poszukiwania prawdy, stanął wobec tak przerażającego zadania? Tym bardziej, że problem wiąże się również z zagadnieniami związanymi z tak zwaną „eutanazją” i podobnym pytaniem – czy człowiek żyjący jeszcze tylko jako teren działania maszyn, posiada atrybuty człowieczeństwa, a jeśli to – JAKIE?

To teren nie do końca przemyślany w perspektywie właśnie chrześcijańskiej! Ponieważ to właśnie chrześcijaństwo w najwyższym stopniu - z wszystkich stanowisk intelektualnych – uznaje wartość takich atrybutów jak „wola”, „godność”, „wolność”… odróżniając za ich właśnie pomocą byt ludzki od innych bytów natury Stworzonej.

Antykoncepcja, czyli ochrona przed grzechem.

Wobec powagi dwóch wyżej wspomnianych zagadnień, trzecie wydaje nieco łatwiejsze. Nazywa się je dziś „antykoncepcją”, czyli zapobieganiem niechcianej prokreacji.

Zwykle problem sprowadza się do dylematu; - seksu się wyrzec nie mogę (nie chcę, nie umiem itd.), odpowiedzialności za potomstwo na siebie wziąć nie mogę (nie chcę, nie wierzę w trwałość związków z tego wynikających itp.).

Ten dylemat - czy się to komu podoba czy nie, czy zasługuje on na taką czy inną ocenę moralną - jest jednak faktem, z którym tylko ślepy może dziś dyskutować. To niestety też jest dziś jakiś tam „znak czasu”, którego ortodoksją nie da rady zlikwidować! Może ona najwyżej odrzucić (porzucić!) wszystkich mających taki dylemat, czyli ogromną część ludzkości.

Myślę, że chrześcijańska postawa powinna polegać na baczniejszej uwadze na drugi człon tych motywacji; – „odpowiedzialności za potomstwo na siebie wziąć nie mogę (nie chcę, nie wierzę w trwałość związków z tego wynikających itp.).”

Oczywiście obowiązują chrześcijan zasady szacunku do aktu płciowego, choć i te wymagają pewnej refleksji, zgodnej z wyżej wspomnianymi zasadami rozumienia rozwoju wiary. Jednak - gdy stawia się w poważnej opozycji poczucie odpowiedzialności za ewentualne potomstwo w stosunku do możliwości rodzenia za wszelką cenę, lub z góry nieudana próba odmówienia sobie seksu, mogącego do tego prowadzić - przypomnieć należy sobie kolejną myśl św. Tomasza o „dobrach mniejszych i większych” – w tym przypadku może o złach mniejszych i większych.

Święty rozumie, że w całości Stworzenia istnieją dobra (jak i zła) w układzie hierarchicznym, a więc i tak trzeba je oceniać. Czy św. Tomasz ma tu rację, to również kwestia przyjęcia punktu widzenia.

Można tej hierarchii nie dostrzegać, nie cenić, nie stosować… Można przyjąć zasadę bezwzględności ocen, co jest błędem dość prymitywnym, ale od tej hierarchii dziś uciec się nie da! Jest to zamykaniem się w przysłowiowej „wierzy z kości słoniowej”. Według takich zasad świat nigdy istnieć nie mógł i nie może.

Walczyć o rygorystyczne zasady pewnie nie jest rzeczą zdrożną. Ale… nie ma to nic wspólnego z wiarą, że to Bóg ostatecznie oceni nasze życie, ani z rozsądną (o czym uczy św. Tomasz) ingerencją w świat przez nas zastany, która polega na rozumieniu zjawisk, ani z zasadą chrześcijańskiej miłości zbudowanej na pojęciu Bożego Miłosierdzia i nauką, płynącą z Ewangelicznego zachowania Chrystusa wobec przyłapanej na nierządzie ladacznicy.

Czy Kościół, pozostając na zawsze i niezmiennie (!), jedynym depozytariuszem wiary, uczestniczy obecnie w refleksji nad imponderabiliami, które muszą również kształtować kierunek rozwoju praktyki chrześcijańskiej? Czy prowadząc swą misję, wsłuchuje się w nie zawsze przyjemne czy optymistyczne „znaki czasu”, by być przewodnikiem ludzi, którzy drogę prostą zagubili, lub są za słabi by na niej trwać? A przecież odrzucanie ich jest z chrześcijaństwem zasadniczo sprzeczne!

Oto najważniejszy element sporu!

Ortodoksi etyczni używają często sformułowania, że Kościół „nigdy nie odrzuca człowieka, natomiast odrzuca tylko jego nieodpowiedni czyn”.

W praktyce jednak to słuszne stanowisko jest jedynie przykrywką dla zgoła innej praktyki, a mianowicie prowadzi niestety do realnego właśnie odrzucania człowieka!

W jednym z poprzednich rozważań zajmowaliśmy się różnicą pomiędzy grzechem, a winą w sensie jurystycznym. Przypomnijmy więc tu jedynie podstawowe uwarunkowania działalności Kościoła wobec tego problemu.

Czyn grzeszny, a więc następujący w stosunku „człowiek-Bóg”, zasadniczo pozostaje na zawsze jedynie w tym stosunku (!)i na mocy uprawnień nadanych przez Jezusa Chrystusa może być rozpatrywany przez Kościół w odniesieniu do konkretnej osoby w ramach Sakramentu Pojednania. Jednak jako grzechjedynie na tym właśnie terenie!

Przenoszenie pojęcia „grzech” na teren pozaosobowy, a więc zajmowanie się przez Kościół czynami uznawanymi za grzeszne na płaszczyźnie zjawisk społecznych i na tym terenie walka z nimi jest jawnym bluźnierstwem! Dlaczego?

Bo aż nazbyt wyraźnie przypomina sąd Boga nad Sodomą i Gomorą!

Bóg miał i ma oczywiście prawo wynikające z jego boskiej natury, oceniać grzechy wielu ludzi jako zjawisko pozajednostkowe i wymierzać stosowną karę. Natomiast nie da się wykazać by takie uprawnienie otrzymał ktokolwiek poza nim – nawet Kościół. Praktyka taka jest więc jawną uzurpacją, a więc w konsekwencji właśnie bluźnierstwem przywłaszczania sobie boskich uprawnień. Błąd popełniany niekiedy przez Kościół (nie tylko Rzymski) w przeszłości, jak np. zbiorowe ekskomuniki (w stosunku do innowierców czy heretyków). To dziś raczej historia? Jednak nie do końca!

Czym, jak nie czymś podobnym, jest wymuszanie dziś przez Kościół np. stanowionego prawa przeciw aborcji?

Jeśli aborcję traktujemy w kategoriach grzechu (słusznie), to wymuszanie powszechnego karania za ten grzech przez instytucje państwowe jest co najmniej przekroczeniem uprawnień Kościoła. Jest też odrzucaniem przez Kościół nie tylko czynu (grzechu), ale i właśnie człowieka grzeszącego, gdyż prawo stosowane skazywałoby go na karę (ta zawsze jest swoistym odrzuceniem). A wszystko to UWAGA! - dzieje się z jawnym uprzedzeniem możliwości skorzystania przez człowieka z MIŁOSIERDZIA BOZEGO – bo kara wymierzona jest tu i teraz. W ten sposób grzech zjednuje się pojęciowo z przestępstwem – co jest teologicznie prymitywnym absurdem.

Ramy tego rozważania nie pozwalają na szersze rozwinięcie tych supozycji, ale…

…łączy się to w sposób oczywisty z zagadnieniem stosunku Kościoła do prawa stanowionego…

… to temat, który wobec powyższych przemyśleń trzeba chociażby dotknąć.

Kościół, a prawo stanowione.

W kontekście prawa stanowionego przez człowieka pojęcie „sumienia” nie może mieć żadnej sensownej supozycji!

Postępowanie jednostek wobec siebie trzeba regulować obligatoryjnymi przepisami, zgodnymi z poziomem poczucia bezpieczeństwa w danej społeczności. Pomijając głębsze uzasadnienia, wystarczy wskazać na jawny konflikt „sumienia dżihadysty” z „sumieniem chrześcijańskim” itd.

Uznawanie więc np. „klauzul sumienia”, takich, jak się je obecnie wprowadza w życie zbiorowe, jest mało zasadne z racji niewystarczającego na razie poziomu koniecznej w tej sprawie refleksji. Tu wszelkie uproszczenia są absolutnie niestosowne. Już pierwsze starcie tych klauzul z rzeczywistością (casus prof. Chazara) wykazało ich co najmniej wątpliwą wartość!

Podobnie jest z „Deklaracją wiary” i zawartymi w niej określeniami „życia”.

Jak miałby je realizować np. żołnierz frontowy? A może ten rodzaj zajęć ma nie posiadać żadnego kodeksu wewnętrznego? Śmieszne! Uznanie, że w takich przypadkach należy robić tylko to, co bezwzględnie konieczne, jest wręcz banalnie sprymitywizowanym wynikiem jakiejkolwiek refleksji, albo po prostu jej brakiem. Samo pojęcie „konieczność” wcale nie jest tak łatwe do zdefiniowania, a tym bardziej do opisania. Dotyczy to zachowania człowieka w niemal każdej sytuacji!

W uproszczeniu!

Właściwe rozumienie „prawa naturalnego” czy „prawa boskiego” (tak naprawdę nie jest to to samo!) polega na możliwie precyzyjnym odróżnieniu ich paradygmatów, które muszą być niezmienne i rzeczywiście jako Objawione mają naturalną wyższość, od imponderabiliów, które zawsze muszą podlegać refleksji.

Przyznawanie imponderabiliom wagi paradygmatów prowadzi do kompletnego zagubienia rzeczywistego systemu wartości. Takie pomieszanie pojęć bywa aż nazbyt często przyczyną –pozornego konfliktu, między prawem stanowionym, a opacznie rozumianym prawem naturalnym czy boskim.

Filozofia chrześcijańska i część eklezjologii (nauki dotyczącej Kościoła) wskazują na następujące, ważne pytania, na które odpowiedź nie jest łatwa, choć wydaje się potrzebna, a wręcz konieczna:

- Czy prawo stosowane (stanowione przez instytucje państwa) nie zawiera w sobie istotnej części bożego planu zbawienia, jako stanowione przez osoby ludzkie, będące w swym istnieniu wynikiem jego miłości i obdarzone prawem „czyńcie sobie poddaną”?

- Czy wobec uzasadnionej różnicy, między prawem Boskim, które może być w całości akceptowane tylko przez suwerenne osoby ludzkie, które wyznają Boga w Trójcy Świętej Jedynego, a wielością osób (Stworzeń tegoż samego Boga), które na zasadzie danej przez Niego wolnej woli, ten kodeks odrzucają, lub lekceważą, prawo boskie może być wymagane jako prawo ogólnie obowiązujące, podważające w stosunku do wielu osób suwerenność ich wolnej woli?

- Czy sumienie ludzkie jest gwarantem rzeczywistego rozumienia przez człowieka intencji Boga i czy tak należy je definitywnie rozumieć?

- Czy Kościół może wierzyć, że jego doczesne oceny (dotyczące konkretnych sytuacji społecznych i wynikających z nich sytuacji ludzkich), w każdym przypadku czynią dobro, wynikające z asystencji Ducha Świętego?

Teologia i filozofia chrześcijańska mają obowiązek takiej refleksji!

Kościół ma inne zadania. Ale byłoby chyba niedobrze, gdyby wszystkie myśli swych poszukujących prawdy o człowieku i Bogu wiernych, uznał za marne, w czasie, w którym refleksja nad stanem wiary w Kościele jawi się ważna!

W chwili, gdy w Polsce do poważnych napięć prowadzić może zarówno realizacja tak zwanej „Klauzuli sumienia”, jak i od niedawna stosowanej „Deklaracji wiary lekarzy i studentów medycyny” – konieczna jest pogłębiona refleksja zarówno na temat pojęcia „sumienie” jak i pojęcia „wiara”. Oba dokumenty mogą mieć tylko sens wtedy, gdy te pojęcia się właściwie i wielostronnie zrozumie.

Sąd nad człowiekiem i światem sprawować będzie tylko Bóg. Kościół ma tu „władzę” – tylko sakramentalną i do sakramentów ograniczoną!

bartek123
O mnie bartek123

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo