3 obserwujących
557 notek
227k odsłon
  42   0

Trzy paski, siedem strun: KoЯn - Яelacja



Pierwotnie KoЯn, miał wystąpić w 2.06. 2020 roku w ramach Impact Festival w łódzkiej Atlas Arenie. Ze względu na pandemię, tydzień przed wydarzeniem, festiwal odwołano. Koncert KoЯn już w ramach samodzielnego gigu przekładano z roku na rok, ponadto dokonano relokacji z Łodzi do stołecznego COS Torwar. Szczęśliwie po dwóch latach udało się go zrealizować 31.05 bieżącego roku.

Torwar gorąco i duszno, klimatyzację włączono tuż przed występem Fever 333 tzn. planowym starcie… zespół spóźnił się… po dwudziestu minutach zaczęły się pierwsze objawy zniecierpliwienia ze strony publiki, padły pierwsze tradycyjne polskie na-pier-dalać. Podejrzewałem wówczas, że ta obsuwa spowodowana była długimi kolejkami do kas. Inna sprawa, wciąż zastanawiam się kto jest takim tytanem intelektu, że decyduje się na organizację takich wydarzeń w tygodniu?! Kolejne piętnaście minut nic nie zmieniło...

Przybliżmy więc pokrótce gościa specjalnego, którego wybrano na rozgrzewkę. kalifornijski Fever 333 arcyszumnie zapowiadano jako objawienie na miarę nadchodzących dziesięcioleci XXI wieku. Ogromna sensacja, objawienie, początek nowej ery w metalu – słowem rewolucja. Troszeczkę w tym momencie się zgrywam (tylko troszeczkę). Zespół pompowany jest niczym SOAD przed niechlubnym koncercie Slayerem w Katowickim Spodku. Z tą niestety różnicą, że w przeciwieństwie do System of a Down, twórcy jak na razie jedynego długograja Strength in Numb333rs (2019), nie wiele mają zbyt dużo do zaoferowania…

Zlitowano się dopiero po trzech kwadransach, tylko po to aby spuścić na publiczność Torwaru strumień niemożebnego dźwiękowego guano. Toż to było tak wtórne i nieudolne, że aż szkoda mi eksploatować klawiatury… Mieszanka metalu z rapem i elektroniką była ciekawiej realizowana jeszcze nim członkowie Fever 333 zaczęli panować nad zwieraczami.
Zespół w najgorszym stylu eksploruje dawno przetarte szlaki. Dawno ograne patenty, w nieporównywalnie lepiej prezentowane przez ideologicznych mentorów z Rage Against the Machine (również manierę wokalną zerżnęli od Zacka de la Rocha).

Intensywnością ocierają się o wczesny Slipknot, czasem słychać też Linkin Park czy inny Limp Bizkit. W zasadzie stanowią wszystko co najgorsze w tego typu klimatach.

Po ogarnięciu w jakim stylu chałturzą przejdźmy do tego co wyprawiają na scenie bo tu jest jeszcze bardziej żenująco. Nie wiadomo po co, po trzecim kawałku gitarzysta zmienił wiosło skoro przeważnie służyła mu do wymachiwania na wszystkie strony.

Wokalista zindoktrynowany przez współtworzony przez Toma Morello RATM, wyjątkowo jednostajnie szczekał w każdym utworze. Międzyczasie zbierało mu się na irytujące, pseudo zaangażowane pogadanki o niczym, przewinęło się standardowe pouczanie Polaków co mają a czego nie mają robić: o to, że nie przyjmujemy migrantów z białoruskiej granicy tak gorliwie jak uchodźców z Ukrainy. Typowe schizofreniczne rozdarcie: pozerskie przejęcie wojną, a utwór potem realizowanie machinacji agresora, brnięcie w mające siać zamęt majaki prokremlowskiej agendy. Do tego dochodziło mające sprawiać wrażenie niebezpieczeństwa i chaosu, sceniczny aerobik, zaaranżowana demol części scenografii i machanie czym popadnie. Chociaż nie powiem, jakiejś Pani przed pięćdziesiątką się chyba podobało.

Fever 333 zaprezentowało przekrój swojej dotychczasowej twórczości obejmujące wspomniany debiutancki album z którego zagrali m.in. single: „One of Us”, „Burn It”. Ponadto jechali materiałem z EPek: Made of America (2018) i Wrong Generation (2020). Z tej pierwszej małej płyty zapodali tytułowy oraz zamykającą całą tą farsę „Hauting Season”. Z drugiej otwierający „Bite Back” i „U Wanted a Fight”.

Jeżeli ten tzw. trap metal ma być przyszłością rocka to robi mi się trochę przykro. Miotanie się na scenie z meblami w rytm tendencyjnej ścianie dźwięku opartej na  (co najmniej) półplaybacku i samplach. Szczytem żenady były momenty, gdy perkusja grała w najlepsze a w tym czasie perkusista odchodził od swojego zestawu i wykonywał śmiałe gesty i pozy… To samo tyczyło się nieszczęsnego gitarzysty, który może sam zagrał z trzy riffy przez te czterdzieści minut trwania koncertu. Widocznie lepiej wychodziło mu wymachiwanie gitarą, niż granie na niej. Naprawdę zastanawiam kto jest odbiorcą takich szopek?

Intencją widowiska miało być uosobienie szczeniackiego buntu chłopców z beztroskiego Inglewood. To jest parodia wzniecania pseudo chaosu w wyjątkowo groteskowy i oklepany sposób.

Najgorsze czterdzieści minut mojego dotychczasowego koncernowego życia - mam nadzieję, że już tak zostanie i nikt tego nie zmieni.

KoЯn

Zdziwiła mnie dysproporcja osobników dresów znanej marki na rzecz konwencjonalnego outfitu braci metalowej – jeszcze parę(naście) lat temu było to nie do pomyślenia, aby prawdziwek słuchający skandynawskiego podziemia metalowego, miał się wybrać na takie nowomodne granie. Widocznie freaky z Bakersfield przestali być na tyle modni, aby wstydzić się ich słuchania. Cóż czasy się zmieniają.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale