3 obserwujących
554 notki
226k odsłon
  102   0

Oswabadzające ozdrowienie: Mystic Festiwal 2022 - Relacja


Koncert był niezwykle spójny tak jak wypracowany przez lata wyjątkowy styl Mastodon. Zapoczątkowany już na wspomnianej wyżej Remission (2002). Miejsce znalazło się również dla reprezentantów młodszego o dwa lata - drugiego krążka, konceptualnego Leviathan (2004), który powstał pod sinym wpływem powieści Hermana Melvilla: Moby Dick albo Wieloryb (1851). Z pyty tej wybrano „Megalodon” oraz pierwszy prawdziwy przebój Mastodon z prawdziwego zdarzenia - „Blood and Thunder”, którym to amerykanie zakończyli swój występ.

Szkoda tylko, że Mastodon grał jeszcze jak było widno, jednak dobra muzyka broni się w każdych warunkach. Każdy z wokalistów odwalał dobrą robotę - dla niewtajemniczonych dużą rolę odgrywa w tej materii perkusista.

Pamiętam jak zespół namieszał medialnie albumem Blood Mountain (2006). Ów trzeci długograj został wyróżniony nominacją do nagrody Grammy. Mastodon przebił się tym samym do metalowego mainstreamu. Z tego przełomowego krążka zagrali „Crystal Skull” i „Bladecatcher”. Z miejsca poddałem się: temu dojmującemu transowi, mieszanki wybuchowej przytłaczającego ciężarem metalu i współczesnej progresji. Uzależniającemu sączeniu się sonicznej psychodeli, drążącej w monolitycznej ścianie tajemnicze ornamenty dźwięków. W tej pozornej monotonni zaklęto wiele cennych muzycznych klejnotów. Cierpliwy słuchacz wyłuskuje z nich bezcenną muzykę.

W oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru, nadszedł czas na spontaniczny wybór i padło na zaprawdę, niecodzienne i spektakularne widowisko jakie zgotował:

Heilung (Park Stage).

Jest to międzynarodowa grupa łącząca eksperymentalny folk z muzyką elektroniczną. Znani z wykorzystania fragmentów ich twórczości w serialu Wikingowie (2013-20).
 
Inspiracją stanowią runiczne inskrypcje z epoki brązu. Show stanowiło coś na kształt próby odwzorowania germańskich rytów, była to muzyczna opowieść, etniczny musical. Próba atawistycznej rekonstrukcji pierwotnej muzyki barbarzyńców.  

Heilung podchodzi do sprawy funkcjonalistycznie przedstawiając znaczenie muzyki, rytmu, krzyku, szeptanych szamańskich inkantacji. Rolę tańca wojennego i godowego. W twórczości grupy dostrzega się na każdym kroku dualizm życia i śmierci oraz religijne poszukiwania tego co się dzieje po śmierci.

Występ poprzedziła ceremonia otwarcia. W ciszy i skupieniu odprawiono obrządek, zapalono tajemnicze zioła. Całość odpowiednio nastrajała zarówno zespół jak i publiczność do tego niecodziennego performencu opartego na pogańskich rytuałach.

Oprócz frapującej muzyki opartej na dwóch pierwszych studyjnych albumach: Ofnir (2015) i Futha (2019) – nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły poszczególnych części składowych, bowiem zrealizowany program sprawia wrażenie jednolitego, niezwykle spójnego dzieła zrealizowanego w mistrzowski sposób. Równie istotnym elementem jest aspekt wizualny Heilung, niesamowicie wyreżyserowana choreografia, pieczołowicie wykonana charakteryzacja i klimatyczna scenografia. Rozmach potęguje dosłowna armia statystów przebranych za wojowników, którzy grają istotną rolę w inscenizacji. Obok wojów przewijały się tancerki także na scenie było tłoczno, ciągle się coś działo.

Zespół słynie z wykorzystywania bogatego, intrygującego, historycznie odwzorowanego instrumentarium. Współtwórcy Heilung zapewniają, że wykorzystują np. bębny wykonane z końskiej skóry malowane ludzką krwią a nawet ludzkich kości. Przez nieszczęsne nagłośnienie parkowej sceny trudno było jednak stwierdzić, czy słychać było wybijany transowy rytm przez człowieka czy elektroniczne beaty.

Dużo działo się również pod kątem wokalnym np: Kai Uwe Faust operuje mongolskim gardłowym zaśpiewem (chöömej) podobnym do tego jaki stosuje zespół Yat-Kha.

Dzięki ogromowi atrakcji naprawdę można było się zatracić w wrażeniu, bycia świadkiem obyczajów plemienia z czasów przedchrześcijańskiej Europy. To było niezapomniane przeżycie, mam głęboką nadzieję, że jeszcze raz uda mi się to zobaczyć na żywo.

Czas na najlepiej nagłośniony gig całego festiwalu. Headlinera dnia pierwszego.

Opeth (Main Stage)

Szwedzi promują swój ostatni, dwujęzyczny krążek In Cauda Venenum (2019). Album został nagrany w dwóch wersjach: anglojęzycznej oraz po raz pierwszy w rodzimym języku.

Progresja po szwedzku rzeczywiście brzmi uroczo, czuć było ducha lat 70. jednak set oparty o tego typu klimaty, w ostatecznym rozrachunki mógłby być zbyt ryzykowny w warunkach festiwalowych. Toteż postawiono na bezpieczną i jedyną słuszną formułę przekrojowego przedstawienia tego co Opeth ma w zanadrzu najlepszego. Postawiono na konsekwentne serwowanie po jednym utworze z danej płyty. Niestety wyjąwszy początki działalności, nie licząc „Demon of the Fall” z My Arms, Your Hearse (1998).

Mikael Åkerfeldt wokalista i gitarzysta wspominał ostatni występ w Gdańsku, który odbył się dwadzieścia dwa lata temu, kiedy to przyjechali z albumem Still Life (1999) – niestety nic z tej płyty nie zagrali (tym razem, widocznie jest nadzieja na przyszłość). Lider zespołu co chwile w niewymuszony sposób, bez cienia pretensjonalności, zabawiał publiczność konferansjerką. W umiarkowany sposób bez popadania w zbędne dłużyzny za to z inteligentnym poczuciem humoru. W trakcie wspominek pochwalił się znajomością Vadera, Behemotha ale co ciekawe wspomniał też o naszych tytanach progresji – SBB.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura