3 obserwujących
562 notki
229k odsłon
  61   0

Dusze zarzynane plastikiem: In Flames / At the Gates - Relacja

15.11.2022 w katowickim Międzynarodowym Centrum Kongresowym odbył się koncert czołowego przedstawiciela szwedzkiego metalowego mainstreamu - In Flames. Współtwórców melodyjnego death metal. Zespół, ten na początku XXI wieku postanowił zarabiać jeszcze więcej pieniędzy wydalając coraz bardziej miałkie i nikomu niepotrzebne płyty. Nie powiem do pewnego momentu goeteborskie melodie In Flames mi robiły na tyle, że moja tolerancja sięgała dalej niż album Clayman (2000). Jednak do dziś zastanawiam się co ja właściwie robiłem na relacjonowanym gigu.

Powody naliczyłem dwa: pierwszy to gość specjalny w postaci At the Gates, który w przeciwieństwie do gwiazdy wieczoru nie został kurtyzaną.

Drugi to rzekomo interesujące supporty, młodzi, ambitni przedstawiciele szwedzkiej sceny w domyśle jej przyszłość... dzięki temu zrobił się wieczór tematyczny - mały przegląd melodyjnej szwedzizny.

Łącznie wystąpiły cztery załogi dwóch przedstawicieli rzekomej „nowej nadziei" i dwójka weteranów które zakopały kamienie węgielne w Göteborga dając podwaliny lokalnemu melodeathowemu specjałowi. Na większości pierwszego nabywałem trasową koszulkę At the Gates dlatego w pełni uwagę skupiłem dopiero na młodych, skromnych gościach zwanych...

Imminence

Postanowienie noworoczne - nauczyć się, że jak coś jest na wyrost określane  „nadzieją"  bądź „ przyszłością"   to zwykle jest wręcz przeciwnie - beznadzieją. O ile elementy skrzypcowe (piękny ukłon w stronę pionierskich płyt At the Gates i In Flames z udziałem skrzypaczki Ylvy Wåhlstedt na Lunar Strain (1994) i Terminal Spirit Disease (1994) są interesujące tak marna zrzynka  inspiracja tworami linkinparkopodobnymi z domieszką miałkiego melodyjnego metalcore'a jest niewarta nawet ziewnięcia...

Cięższe momenty, ze smyczkami za które odpowiada wokalista Eddie Berg, w pewnym stopniu się broniły... ale w ostatecznym rozrachunku był to anachroniczny plastikowy gniot. To zadziwiające, że dany zespół może łączyć elementy asłuchalne z słuchalnymi. Tyle absurdalnych sprzeczności w trakcie dwóch kwadransów... Siłą się na oryginalność, oddać im trzeba, że szukają swojego muzycznego ja ale niestety błądzą w jałowym koniunkturalnym ścieku głównego nurtu. Najlepszym tego przykładem był otwierający „Ghost" jak i zamykający utwór „Temptation" - wzorcowa dla Imminence mieszanka tego co według mnie mają najlepszego i najgorszego do zaoferowania. Sztuczny ciężar i agresja oblana melodyjnym lukrem, upstrzona mniej lub bardziej pasującymi smyczkowymi partiami. 

Bodaj największym kuriozum okazało się notoryczne nadużywanie irytującego efektu - bass drop (takie basowe zejście, pomruk niczym z jelita grubego) znanego wszystkim z zwiastunów filmowych - od lat nagminnie wykorzystywany w kulminacyjnym momencie trailera. Stosowany ponoć dlatego, że jest już oczekiwany przez większość widzów.

Powstały w 2009 roku zespół  jest w trakcie objazdu z swoim czwartym albumem Heaven in Hiding (2021), który wypełnił większość zagranego repertuaru. 

Treściwe melodie wyszywane przez gitarzystę w „Chasing Shadows" mogą przypaść do gustu miłośnikom tego typu klimatom. Efekt niestety psuty jest przez pseudo emocjonalny metalcorowy wrzask. Subtelna, krótka partia solowa na skrzypcach była najbardziej wartościowym momentem. Dowodem opanowania instrumentu, który nie był li tylko egzotycznym rekwizytem. Nie mniej jednak jawi mi się to jako typowy przykład przerostu formy nad treścią. 

At the Gates

Wreszcie przyszedł czas na zespół generujący dźwięki na których można zawiesić ucho z przyjemnością. Powstały na gruzach podziemnej hordy Grotesque (konkretnie przez wokalistę Tomasa Lindberga i byłego już gitarzystę Alfa Svenssona) aby do połowy lat 90. stać się jednym z tych zespołów, które rozdawały karty w metalowej ekstremie. Do momentu zawieszenia działalności nagrywał kapitalne rzeczy. Począwszy od The Red in the Sky is Ours (1992) po ukoronowanie w postaci Slaughter of the Soul (1996). W przeciwieństwie do gwiazdy wieczoru nie zhańbił się: ani przed przerwą w życiorysie ani po powrocie - nawet jeżeli ostatnie wydawnictwa nie wzbudzają już tylu emocji co w dziewiątej dekadzie XX wieku.

To też zrozumiały był mój apetyt i oczekiwania urosły jak tylko spostrzegłem. wzory trasowych koszulek At the Gates...

Na nie tylko moje nieszczęście, pech chciał, że techniczni zarżnęli jakże cudnie zapowiadającą się sztukę. W takim obiekcie, z cudną akustyką położyli koncert zespołu, który tak potrafi czarować szorstkimi melodiami.  Przez to weterani melodeathu (przykro mi to stwierdzić) pod kątem nagłośnienia wypadli rozpaczliwie słabo. O ile instrumentalnie było jeszcze znośnie (choć nadto stłumione i wypłaszczone) tak wokalu nie dało się zdzierżyć - Tomas brzmiał jak ogarnięta amokiem zachrypnięta wiewiórka...

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale