W Międzynarodowy Dzień Slayera (06.06.26), w Rogoźniku na Rykowisko, po 38 latach powrócił Vader w ramach trasy Piekielne lato. Na wstępie widać, że dziedzictwo muzyki metalowej jest bogate a takie wydarzenia jak to w Rogoźniku dowodzi, że w tej muzyce jest jeszcze miejsce na szczerość i autentyczność. Jest i druga strona medalu - równie wyraziście widać, że średnia wieku publiczności nie maleje - na wydarzeniu byli obecni świadkowie narodzin polskiej potęgi death metalu. Młodsza metalowa brać oczywiście też się stawiła ale stanowili kontrast dla srebrnowłosych.
Vader lato powitał kolejną, interesującą, retrospektywną trasą tematyczną. Podczas której dywizja pancerna pod dowództwem generała Piotra Wiwczarka obrała za cel przypomnienie: dawno i bardzo dawno nie granego materiału z EPek: Kingdom (1998), Reign Forever World (2000) oraz albumu Impressions in Blood (2006), której strzeliła okrągła dwudziestka (już!?). Chociaż z tą ostatnią pozycją to tak na wyrost, bo zagrali raptem jeden utwór, ale za to jaki! Wybór nieoczywisty, sprawiając nie tylko mnie ogromną niespodziankę.
Vader jest nieustannie w wyborowej formie, odbywa kolejną bezwzględną, miażdżącą trasę grając treściwy i nietypowy set, który powinien zadowolić wybrednych weteranów.
Przepastny dorobek bogatej dyskografii pełnej wartościowych koncertowych killerów, które szczęśliwie odkurzane są przez przedwiecznego kustosza bitewnych inkantacji. Ocaleją przed zapomnienie. Przez te cztery dekady Vader spłodził wiele zła, jest z czego wybierać i jeszcze wiele czeka na drugie życie.
Zaczęli wybitnie, ostrym, stanowczym niczym rozkaz ludobójstwa - „Sothis", wzniecając pogrom na kosmiczną skalę. Na drugie uderzenie wybrano równie wyborowy - „Fractal Lights" - po 30. latach nadal brzmi niezwykle nowocześnie, autentycznie świeżo. Zdehumanizowany trans aktu chaosu...
Czy może być lepiej?
Jeszcze jak!! - Vader dopiero oddał strzały ostrzegawcze z Gwiezdnego Niszczyciela. Konkretne mięso armatnie rozlało się podczas obowiązkowego „Wings" i mniej oczywistego „The One Made of Dreams" - oba pochodzące rzecz jasna z albumu Litany (2000).
Po rozgrzewce przyszedł czas na rozliczenie tematyczności trasy: Peter obiecał tym razem powrót do EPek ze złotego okresu umacniania dominacji potęgi, które nie były li tylko zapchajdziurami. Na tym m.in. polegał fenomen Vadera, na mniejszych wydawnictwach nie było śmieci dedykowanych dla die hardów. To była dokumentacja wartościowego materiału dorównującemu temu, który ukazywał się na długogrających wydawnictwach w tamtym okresie.
Thy kingdom come
Vader miał szczęście do EPek, które były m.in. wdzięczną przestrzenią do eksperymentowania, publikowana mniej lub bardziej oczywistych coverów. Jednym z bardziej wyrazistych przykładów był Kingdom (1998) wydany jako suplement Black to the Blind (1997) zawierał oprócz, premierowego, tytułowego pocisku, japoński utwór dodatkowy, remake vaderowego standardu „Breath of Centuries", zabójczy, jakością dorównującemu bliźniaczemu Carnal - „Creatures of Light and Darkness" - oraz intrygujące, elektroniczne, industrialne wariacje na temat „Carnal" i „Heading for Internal Darkness".
Z powyższego wydawnictwa zagrali najwolniejszy utwór w swojej historii, majestatyczny, masywny „Kingdom", który rzeczywiście stanowiłby wówczas mocny kontrast dla hekatomby panującej na Black to the Blind (1997). Na żywo utwór wypadł obłędnie i mam nadzieję, że utwór po latach zostanie włączony do żelaznego repertuaru.
Do Kingdom (1998) nawiązała jeszcze tylko wyżej wspomniana, odświeżona wersja „Breath of Centuries" - monumentalny, przedwieczny riff Vadera z czasów, kiedy wpływy pierwotnego brutalnego thrashu były mocno wyczuwalne zwłaszcza w warstwie gitarowej.
Razem w pełni księżyca z wilkami wyć!
Rogoźnik po 38. latach mógł posłuchać również innego odświeżone standardu pt. „Decapitated Saints" w którym Peter pozwolił sobie na bardziej skrzeczące ozdobniki. Nie obyło się bez retrospekcji. Przed misterium na scenie pojawił się gość specjalny Jacek Adamczyk - z perspektywy czasu postać niejednoznaczna, jeden z animatorów muzyki metalowej w Polsce, jeden z pomysłodawców festiwalu Metalmania.
Między utworami wspominaniami o prapoczątkach zespołu chętnie dzielił się Peter. To była idealna okazja do przypomnienia, że zespół na początku tworzył w rodzimym języku, Peter nie był pierwszym wokalistą i właśnie w ramach Thrash Camp 88, po raz pierwszy growlował a za garami zasiadł ś.p. Docent. To była idealna okazja żeby przypomnieć „Tyranów piekieł" i KATowską „Wyrocznię". Oba żywiołowo przyjęte przez fanów, którzy swych nasmarowanych gardeł nie szczędzili.
We evoke dominion
We bring this world to its knees
Drugą EPką między albumową, którą przywołano była Reign Forever World (2000), gdzie panuje orgia termonuklearnych riffów, które rozszczepiają na atomy, w mojej ocenie równie skutecznie co te z np. De Profundis (1995). Było to wydawnictwo przejściowe pomiędzy metodyczną eksterminacją Litany (2000) a tym co wydarzyło się na apokaliptycznej płycie Revelations (2002).
Przywołując drugi długograj, nie mogło zabraknąć otwierającego owego opus magnum: „Silent Empire" będącym jednym z kulminacyjnym momentów każdej sztuki Vader, wprawiającym fanów w metalową gorączkę.
Największą ozdobą setu okazał się wieńczący siódmy długograj Vadera: „The Book" - najbardziej wyróżniający się utwór na Impressions in Blood (2006), jeden z ich ciekawszych zamykaczy w historii. Zdecydowana ozdoba koncertu i popis techniczny zwłaszcza perkusisty w osobie Michała Andrzejczyka.
Vader to geniusz wojny totalnej - zaczęło się od blitzkriegu w mielącym czaszki czołgowymi gąsienicami „Cold Demons" - jednogłośnie i zdyscyplinowanie publiczność amfiteatru w Rogoźniku wydawała komendę Fire!!!
Działania wojenne przedłużyły się na dobre i rozgorzały poszerzająć teatr działań o materiał z The Art of War (2005). Peter nadal wykonuje lekko przearanżowaną wokalnie „This is the War". Machina wojenna nie spowalnia, dominacja trwa o czym świadczy druga kompozycja z powyższego wydawnictwa - równie druzgocącego co epickiego „Lead Us" - pieśń bitewna, która podniesie morale nawet w najbardziej patowej, beznadziejnej sytuacji frontowej.
Po wyniszczającej wojnie...
Nastał czas zatrważającego mroku i magii zaklętych w przełomowych dla kariery Vadera hiciorów: „Dark Age" i opartym na wyrachowanej bezwzględności, nieludzkie studium blastu - „Carnal".
Na wstępie zaznaczyłem, że data koncertu przypadła na Międzynarodowy Dzień Slayera, w tym roku obchodzony był już po raz dwudziesty piąty. Dlatego na bis nie mogli, nie zagrać Slayera.
Zapodali medley zgrabnie żeniąc „Hell Awaits" z „Raining Blood". Rzadko zespoły z takim stażem potrafią tyle serca włożyć w cudzy repertuar tak jak to czyni zespół Petera i nie ważne czy to KAT czy Slayer - Vader wykonując covery, rzeczywiście składa hołd danemu zespołowi czyniąc to z chirurgiczną precyzją. Wyszło jak nie trudno się domyśleć przepotężnie, o czym najlepiej świadczyły żywiołowe reakcje fanów.
Było to drugie misterium, po występie inauguracyjnym trasy, mającym miejsce dzień wcześniej w Siemiatyczach, gdzie za działania marketingowe i głośną promocję pro bono wziął się nawet diecezjalny egzorcysta, ks. Jarosław Błażejak. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to podejrzewałbym Petera że wrzucił część gaży na tacę za tę akcję PRową.
Do czego by się tu przyczepić? Można jedynie do tego, że nie dowieźli Mausera, mimo obecności wizerunku gitarzysty na plakacie i wzorze trasowej koszulki. Nie mniej jednak w Rogoźniku, odbyła się piękna masakra, na najwyższym vaderowym poziomie.


Komentarze
Pokaż komentarze