2 obserwujących
506 notek
190k odsłon
108 odsłon

Nokaut: Decapitated / Frontside / Virgin Snatch - Relacja

Wykop Skomentuj

9.12 w katowickim Megaclubie odbył się finałowy koncert trasy Knock Out Tour 2018 zorganizowanej przez Knockout Productions. Dobór składu trasy optymalny i sprawdzony o czym świadczyć może nienaganna frekwencja.

Śledzący losy powyższych, zasłużonych dla krajowej sceny zespołów, wiedzą że trasa ta była wręcz nieunikniona. Każdy z powyższych powrócił z nową płytą. W przypadku Frontside i Virgin Snatch po paroletniej przerwie. Dla Decapitated była to pierwsza trasa po szczęśliwym zakończeniu perypetii w Stanach Zjednoczonych, które miały miejsce w zeszłym roku (członkowie zespołu zostali niesłusznie oskarżeni o porwanie i gwałt). Decapitated ponownie dowiódł, że jest zespołem niezniszczalnym - mało kto zdzierżył tyle co ten zespół przez ostatnie lata. Zdzierżył i wyszedł obronną ręką dodajmy, co samo w sobie zasługuje na podziw.

Jak można było się spodziewać krakowski Virgin Snatch zagrał solidną sztukę. Bardzo żywiołową i dynamiczną. Ekipa Zielonego promuje swoją ostatnią płytę Vote is a Bullet (2018). Zespół nadal rozwija swoją konwencję politykierskiego nowoczesnego thrashu.

Virgin Snatch jest w formie, bycie w opozycji daje zespołowi dodatkową motywację niczym turbodoładowanie. Dużą rolę odegrało fenomenalne nagłośnienie, co tyczy się bez wyjątku każdego zespołu, który wystąpił tego wieczoru na deskach Megaclubu.

Świeże kawałki, żarły aż miło. Słychać, że zespół włożył w nie sporo serca przez co nie ustępowały szlagierom z In The Name of Blood (2006). Sztuka była skondensowana i zwarta. Bez chwili wytchnienia zespól pędził przed siebie, pokazując się z najlepszej strony. O bojowym nastroju może świadczyć brak obecności ballady w secie. Mosh był piekielny, w tańcu zdecydowanie się nie oszczędzano. Sam Zielony nawet postanowił na chwilę wskoczyć do młyna.

Dzień przed koncertem naszła mnie pewna myśl, która specjalnie mnie nie dziwiąc niestety ziściła się. Początkowo wokalista nosił okolicznościową koszulkę z pięćdziesiątych urodzin Roba Flynna (lidera Machine Head). Gdzieś w drugiej połowie koncertu Zielony postanowił wdziać koszulkę i dumnie podskakiwać w barwach plemienia OTUA*... Zacięta, wręcz powagą bijąca mina towarzysząca tej manifestacji potęgowała poczucie farsy. To było takie niepotrzebne i rozczarowująco do bólu przewidywalne. Zwłaszcza po tym jak Bolek skompromitował się na pogrzebie Georga Busha seniora. Zresztą same odwoływanie się w utworze „G.A.W.R.O.N.Y” do słów Bolka wzbudza uczucie politowania, pomimo zapewne jak najlepszych intencji autorów.

Zielony przyznać trzeba, jest wierny i konsekwentny w swoich przekonaniach. Przewijają się one wyraźnie na ostatnich albumach. Jednak zaprawdę powiadam wam jestem już znużony histeryczną biegunką totalsów... tym infantylnym antyestablishmentowym dyskursem, który panuje w popkulturze. Zresztą jak wiadomo trend ten zakorzeniony jest nie tylko w Polsce.

Kwestia zaangażowania politycznego jest pretensjonalnie przejaskrawiona. Rozumiem i szanuję, że można nie podzielać wizji polityki danej partii i dawać głośno temu wyraz. Problem tkwi w krytyce pozbawionej przejawów konstruktywności - tu jest tylko  pieniacka negacja podszyta jałowymi frazesami, które w dodatku cierpią na brak spójności... co za dużo to niezdrowo dlatego pozostawmy w tym miejscu politykierstwo i pójdźmy dalej.

Jako drugi wystąpił zagłębiowski boysband Frontside który zmartwychwstał po trzyletniej przerwie w koncertowaniu i dwóch bliźniaczych płytach z lat 2014-2015. Na których zespół zmierzył się z lżejszą rockowo-metalową stylistyką. Tegorocznym albumem Frontside wyciągnął trupa z szuflady i wskrzesił metalcorowe monstrum, ku uciesze niejednego fana. Jakże uroczo kiczowata oprawę zgotował Frontside – najbardziej efektowną z pośród wszystkich występujących. Cała scenografia podporządkowana była krwawemu obrazkowi z okładki albumu Zmartwychwstanie (2018). Zespół zaczął swój koncert, w miejscu w którym przerwał niszczycielską deathcorową woltę. Od tytułowego utworu z albumu Zniszczyć wszystko (2010), drugim ciosem był morderczy „Zapalnik”, który promował płytę Teoria konspiracji (2008), która w tym roku obchodzi swoje dziesięciolecie. Katowicka publiczność była w amoku, chyba wszyscy bawili się przy tych „obciachowych” dźwiękach. To jest zastanawiające, że od lat tak jechany zespół w przestrzeni internetowej na koncertach jest przyjmowany więcej niż entuzjastycznie. Nagle wszyscy znają teksty, bawią się świetnie i co najciekawsze nie są to tylko kindermetale… Fakt nie jest to najambitniejsza kapela, a twórczość momentami trąca infantylizmem – ale to właśnie świadczy o sile tego zespołu. Nie ma pozowanej spiny, jest czad i rock and roll. Wydaje mi się, że niektórzy zapominają, że muzyka może pełnić różną funkcję. Dlatego nie widzę nic zdrożnego w wesołym machaniu rękoma w cukierkowych momentach szlagierów takich jak: „Nie ma chwały bez cierpienia”, „Naszym przeznaczeniem jest płonąć”, czy „Wspomnienie jak relikwie” – zresztą taką przebojową zbitkę zaserwowano, ku uciesze wielu fanów, którzy mogli sobie ponucić i pośpiewać.

Zobacz galerię zdjęć:

Virgin Snatch
Virgin Snatch Frontside Decapitated +18 zdjęć +19 zdjęć
Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura