2 obserwujących
503 notki
187k odsłon
66 odsłon

Autopsy: Headless Ritual (2013) - Recenzja

This nightmarish spawning begun
This nightmarish spawning begun
Wykop Skomentuj1

Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku Kalifornijczycy z Autopsy wskoczyli w odpowiedni rytm wydając regularnie raz za razem solidny materiał. Szósta płyta długogrająca była kolejnym sprawdzianem potwierdzającym, że Chris Reifert, Eric Cutler, Danny Coralles i Joe Allen mają jeszcze wiele chorych pomysłów w swoich zarobaczywionych głowach. 

Płyta ta zawiera niespełna trzy kwadranse zapisu plejady smaków: szaleństwa, okrucieństwa i bólu, słowem – autopsyjny standard.

You'll be slaughtered by the beast

Początek Headless Ritual (2013) zaczyna się niepozornie, wręcz sztampowo. Toporny początek „Slaughter at the Beast House” nie wróży niczego dobrego… po chwili zagłębiamy się we właściwej ranie rozpalając wszystkie zakończenia nerwowe do kresu białości. Cóż za roztańczony rytm, death’n’rollowy feeling (który nie raz przewija się na tej płycie) jak się patrzy. W ostatecznym rozrachunku otwieracz jest skomasowaniem wielu aspektów za, które ceni się twórczość Autopsy. Zwroty akcji, zmienne tempo – te wszystkie monstrualne zwolnienia, w których na pierwszy plan wyłania się amok Chrisa. Całość przepełnia niepokojąca dramaturgia, która rośnie i rośnie, co rusz spalając się w żarliwym afekcie.  

Po wizycie w bestialskiej rzeźni skierowani jesteśmy na oddział gdzie terapią jest ogłuszający oklep – typowa przeciętna Autopsy, utwór, może i by sprawiał większe wrażenie, gdyby nie niefortunność umiejscowienia pomiędzy dwoma tak spektakularnymi utworami.

Death entwined with beauty

She drained my bleeding soul

I saw the casket open

She is a funeral

Bezsprzecznym arcydziełem na tejże płycie jest chromantyczny opus „She is a Funeral”. To jest jedna z największych perełek jakie Autopsy kiedykolwiek popełniło. Pewne rozwiązania nawiązują do poprzedzającego Headless Ritual (2013) krążka, jednak dopiero tu doprowadzono je do perfekcji. W tym ponad siedmiominutowym kolosie pozszywano na żywca prawdziwie emocjonalne monstrum. Gdyby nie odpychająca zawartość liryczna, stwierdziłbym, że od strony muzycznej, jest to jeden z najlepszych „miłosnych pieśni” jakie słyszałem. Jest to wielce przejmujący utwór, ozdobiony pięknymi melodyjnymi wtrętami. Jedyna w swoim rodzaju podniosłość i interpretacja wokalna sprawiają, że trudno się nie oddać empatycznemu współprzeżywaniu emocji bohatera lirycznego. Kolejny wielki utwór na koncie arcymistrzów gatunku.

Tętniące, spragnione życiem robactwo, zgodnie z prawidłami natury czyni swą powinność. Dla rozładowania napięcia zespół zaserwował groteskowy i bardzo bezpośredni „Coffin Crawlers”. Larwalnym gitarowym intro oraz outro kawałek ten nawiązuje, do początków działalności Autopsy. Już na debiucie, poszczególni muzycy, dopełniali swą sugestywną grą treść tekstów utworów. Świetne szafowanie tempem: rozkład i stęchlizna bijąca w wolniejszych momentach. Bujające przyspieszenia, ostateczny pogrzebowy zjazd upstrzony pięknym, roztkliwiającym solem.

Kolejnym mocnym punktem programu jest „When Hammer Meets Bones” – tytuł mówi w zasadzie sam za siebie. Po nieskoordynowanej serii artykulacji rozpętuje się prawdziwa młotkowa fiesta. Energetyczny wyziew z ociężałymi zjazdami. Posoka rozbryzguje się po ścianach w bezwzględnym rytmie, który rozmiękcza ciało i kości. Jest to zdecydowanie jeden z bardziej porywających kawałków na płycie.

I am the thorns

That puncture your skin

I am the storm

Where your sanity's been

I am the flames

That devour your bones

I am the ashes

Where shadows have grown

Mniej więcej w połowie krążka ulokowano przerywnik – bo tak raczej należy potraktować „Thorns and Ashes”, na który składają się apokaliptyczna podniosłość osamotnionej gitary, pojedyncze tąpnięcia i niezastąpiona wokalna pomsta. W bardzo podobnym tonie utrzymany jest początek „Arch Cadaver”. Po odrażającym pulsie gitary basowej przechodzimy do właściwej materii. Duszne, średnio szybkie mielenie potrafi wprawić w trans tupiącą nóżkę. W połowie utworu w epickim pojedynku ścierają się obaj gitarzyści – trudno rozstrzygnąć ostateczny wynik, zarówno Eric jak i Danny pokazali się od najlepszej strony.

Niepozornie ospały „Flesh Turns to Dust” kryje w sobie wiele trupiego miodku. Pod kątem dramaturgii mało, który utwór na płycie może się z nim równać. W gwałtowny sposób upiornie podniosłe momenty, grzebane są żywcem w bezwzględnej ścianie dźwięku. Znaleźć tu można wiele porytych partii solowych wzmagających tylko wrażenie kumulującego się obłędu.  

Gdyby nie majstersztyk „She is a Funeral”, rzekłbym, że najbardziej zapadającym w pamięci utworem jest „Running From the Goathead”. To przykład kompletnego zezwierzęcenia. Stadium wciąż narastającej furii, która spala się we własnej gargantuicznej pożodze nienawiści. To bezapelacyjnie jeden z najlepszych wokalnych popisów Chrisa Reiferta – jeden z tych momentów, gdzie swą maniakalną manierę doprowadził do absolutnej perfekcji. Reszta akompaniamentu ani na moment nie odstaje od głównego bohatera. Nieustannie wzmagając wszechogarniające poczucie namacalnej grozy.

Zamykające album długawe instrumentalne outro, które w dodatku jest utworem tytułowy. „Headless Ritual”, jest jednym z nielicznych kawałków na płycie, po którym czuje się niedosyt. Mocno przeciętny i nieznośnie monotonny. Nie wiem czy nie lepiej sprawdziłby się w roli otwieracza. Mozolny i raczej niepotrzebny.

Całe szczęście, że tragiczna okładka (śmiało konkurować może z obrazkiem zdobiącym drugi długograj) nie przełożyła się na warstwę muzyczną Headless Ritual (2013). Są tu zdecydowanie kawałki wyśmienite i ponadprzeciętne. Jednakże pomimo optymalnego czasu trwania, można odnieść wrażenie, że umieszczono pewne fragmenty na siłę, tylko po to by wypełnić ciszę wyjątkowo mizernym truchłem.


Zobacz galerię zdjęć:

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura