2 obserwujących
507 notek
190k odsłon
120 odsłon

Make Earth Great Again: Laibach - Relacja

Wykop Skomentuj

Po dwóch latach 24 lutego, do wrocławskiego Starego Klasztoru ponownie zawitał Laibach. 

Nie znam drugiego takiego zespołu, który z jednego przedsięwzięcia jest wstanie wycisnąć tyle artystycznego dobra, broniącego się pod każdym względem, na każdym jego etapie. Laibach z projektu The Sound of Music wyciągnął 300% normy (i jest to wynik zaniżony).

Projekt ten był odważny, niecodzienny i spektakularny. Punktem wyjścia były koncerty w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, które odbyły się w 2015 roku. Tym samym Laibach zapisał się w annałach jako pierwszy zachodni zespół, który zagrał na tej umęczonej totalitaryzmem ziemi.  

Zbiegło to się z nieporadną i fasadową polityką ocieplania wizerunku przez Koree, schizofrenicznie przekładaną typowymi nuklearnymi muchami w nosie. Z okazji koreańskich koncertów Laibach zorganizował regularną trasę koncertową, która zbiegła się z pyskówką na link KRLD - USA - zrobiło się wówczas na chwilę iście zimnowojennie. Następnie Słoweńcy zmajstrowali z tego wydarzenia bezcenny dokument który, zresztą doczekał się stosownego wydania jako: Liberation Day : The Sound Of Music (A Documentary Musical) (2018).

Płyta The Sound of Music (2018) towarzyszącą koreańskiemu wydarzeniu obsunęła się w czasie - o tym, że warto było na nią czekać można przeczytać tu. Nie od dziś wiadomo, że Laibach słynie z perfekcjonizmu i nieustannego zaskakiwania swojej armii wiernych fanów. 

Już wtedy Słoweńcy nie poszli na łatwiznę. Materiał zaprezentowany na koncercie, bazujący na klasycznym musicalu autorstwa Richarda Rodgersa i Oscara Hammersteina. Został mocno prze-aranżowany i nagrany w zmienionym składzie. Dlatego trasy z przed i po ukazaniu się płyty, mimo, że poświęcone The Sound of Music mocno od siebie się różniły.

Po pierwszej trasie i płycie sądziłem, że wiem czego się spodziewać - ostatecznie i tak wyszedłem z koncertu niezmiernie zadowolony i zaskoczony pod wieloma względami.

Koncert do czego Laibach zdążył przyzwyczaić, był jak zawsze doskonale zrealizowanym i wykonanym widowiskiem audiowizualnym. Brzmienie było potężne lecz nie przesadnie intensywne, optymalnie pod względem głośności i nasycenia basu. 

Sfera wizualna – równie istotna co muzyka, wywierała ogromne wrażenie, symbolicznie uwypuklając kontekst całokształtu. Sielski musical skrzyżowano z przeglądem koreańskiej propagandy, przez co nagle w odbiorze ciężar gatunkowy uległ diametralnej zmianie. Fragmenty obrazujące gotową na wszystko armię, cały ten militarystyczny amok totalitarnego reżymu budził realną grozę – wszak to się dzieje tu i teraz. Taka niepozorna, żeby nie napisać banalna piosenka „Do-Re-Mi” mutuje w złowrogą pieśń, z beznamiętną deklamacją Milana (dzieje się tak pomimo, a może właśnie przez, wykonanie z przymrużeniem oka, w obliczu realnego zagrożenia).

Znów od strony estetycznej budziły się ambiwalentne odczucia, gdy przedstawiono kolekcję socrealistycznej sztuki, całą tą propagandową symbolikę (plakaty, znaczki etc.), które ukazują nigdy nieziszczony, utopijny sen raju na ziemi, który w istocie jest realnym, infernalnym przyczółkiem.

Spójrzcie na okładkę z przerobionym przez Laibach godłem Korei Północnej – w jednym prostym obrazie ukazano brutalną prawdę… góry, tylko góry i wszechobecna czerwona propaganda rycząca z krzykaczek.

Jeszcze odnośnie wizualizacji. Duże wrażenie zrobiły ponakładane brudno-jaskrawe filtry, emanujące śmiercionośną toksycznością np. ikoniczna migawka przedstawiająca żółć dywanowego nalotu na tle zgniło-purpurowego nieba podczas „So Long, Farawell” – która jednoznacznie przywodziła na myśl komunistyczny sztandar.

Koncert składał się z trzech segmentów. Podczas części pierwszej odegrano w całości album The Sounds of Music (2018). Laibach zdążył swoich słuchaczy już do tego przyzwyczaić. Miało to już miejsce podczas poprzednich tras promujących płyty.

To, co mnie najmocniej zdziwiło, to koncertowy skład kolektywu. Wbrew oczekiwaniom był uszczuplony. Brakowało przede wszystkim Borisa Benko, który uświetnił album potęgą swojego głosu. Zastosowano wybieg, który w pierwszej chwili uznałem za rozczarowujący - partie wokalisty były odtworzone a wizerunek, skąd i nad perfekcyjnie wykonany, został wyświetlony na ekranie. Tylko lub aż dopracowane simulacrum wokalisty. Szczęśliwie nie zabrakło wokalnego objawienia w postaci Lotty Zimmermann, która wyjątkowym blaskiem jaśniała na scenie. Laibach ma doskonały nos do wynajdywania utalentowanych wokalistek. Pomimo że znów brakowało mi Miny (wokalistka, która niejedno skradła serce podczas poprzednich trasach) to przyznać trzeba że Lotta spełniła swoją rolę wybornie zwłaszcza, że obie Panie tak pięknie się różnią.

Zobacz galerię zdjęć:

+5 zdjęć +6 zdjęć
Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura