43 obserwujących
1406 notek
819k odsłon
1106 odsłon

Piotr Szwajcer: Z dziejów pewnego złudzenia, czyli o godzeniu religii z nauką

Wykop Skomentuj37

Liberté! Numer XXII

O relacjach między nauką a religią powiedziano już i napisano tak wiele, że raczej niewielka szansa, by dało się w tej kwestii powiedzieć coś nowego i oryginalnego, w tym celu bowiem należałoby stworzyć albo nową naukę, co jest raczej niemożliwe, albo nową religię, co wydaje się mało twórcze poznawczo.

W kategoriach sporu epistemologicznego czy ontologicznego nader trudno uzupełnić w czymkolwiek bezlitosną lekcję intelektualnej uczciwości, jakiej udzielił Daniel Dennett najinteligentniejszemu chyba, a bez wątpienia najpoczytniejszemu z wypowiadających się na temat relacji religia–nauka teistów, czyli profesorowi Alvinowi Plantindze. Zainteresowanych odsyłam do książki będącej zapisem dyskusji obu tych autorów, pt. „Nauka i religia: czy można je pogodzić?”, która dostępna jest również w zupełnie niezłym polskim przekładzie.

Warto też pamiętać, że hipoteza immanentnego konfliktu między współczesną nauką a zinstytucjonalizowanymi wierzeniami, zwłaszcza monoteizmami Zachodu, może być dla wielu ludzi – nawet uprawiających naukę bądź będących funkcjonariuszami któregoś z kultów – po części sztuczną kreacją. W końcu dziś Laplace’owska odpowiedź udzielona Napoleonowi jest w zasadzie powszechnie przyjmowanym założeniem aktywności naukowej. Akceptują je nie tylko przedstawiciele nauk przyrodniczych i ścisłych, lecz także humaniści. Profesor Janusz A. Majcherek – w końcu sam zajmujący się zawodowo etyką i socjologią moralności – w książce „Bóg bez znaczenia” podsumowuje to jednoznacznie:

„Żaden naukowiec nie może w swym badaniu ani podsumowaniu jego wyników powołać się na istnienie boga jako argument (ani nawet wzmocnienie argumentu) na rzecz wyboru konkretnej metody badawczej lub określonej interpretacji uzyskanych rezultatów. Nie wolno mu jako badaczowi zjawisk termodynamicznych, biochemicznych, ale również społecznych wikłać się w analizy sensu życia, substancjalności i nieśmiertelności duszy oraz perspektyw życia wiecznego, choć oczywiście jako człowiek może te kwestie podejmować i po swojemu rozstrzygać. Filozof może wprawdzie założyć, że te zagadnienia są usytuowane wewnątrz dziedziny, którą się zajmuje, ale i on nie powinien w swoich dociekaniach i badaniach, a zwłaszcza dokonywanych przez siebie rozstrzygnięciach, powoływać się na istnienie boga. Gdyby swoje stanowisko w kwestii ontycznego statusu uniwersaliów, możliwości poznania apriorycznego, zagadnienia psycho-fizycznego czy realnego i obiektywnego istnienia wartości uzasadniał istnieniem bądź wolą boga, naraziłby się co najmniej na nieufność społeczności naukowej”.

Istota boska, a przynajmniej religia w pewnym sensie znalazła się zatem poza obszarem dyskursu naukowego – nawet w etyce i filozofii moralnej, o biologii czy astronomii nie wspominając – więc może rzeczywiście żadnego konfliktu nie ma. Cóż, sprawa nie jest jednak aż tak prosta. Jak postaram się pokazać, konflikt między religią a nauką istnieje i nawet jeśli czasem tylko się tli, to w pewnym momencie może znów wybuchnąć z pełną siłą (czego przedsmak mamy już zresztą dzisiaj, choćby przy okazji dyskusji nad in vitro, komórkami macierzystymi i GMO).

Oczywistości nie takie oczywiste

Ponieważ nie jestem naukowcem, a filozofem tym bardziej, ów tlący się podskórnie konflikt mogę obserwować ze szczególnej perspektywy, bowiem jest to perspektywa kogoś, kto od ponad już dwudziestu lat – jako wydawca i tłumacz, a czasem też jako uczestnik dyskursu publicznego – zajmuje się popularyzacją nauki. Z tej właśnie szczególnej perspektywy chciałbym się podzielić kilkoma spostrzeżeniami (to zresztą część materiału do książki, której zapewne nigdy nie skończę) mogącymi służyć uporządkowaniu całej problematyki, a także – co chyba wszyscy cenimy – obaleniu kliku mitów, często przywoływanych, gdy tylko rozmowa wkracza na obszary, o których tu mówimy. Jednym z takich mitów jest na przykład dość powszechnie podzielany pogląd, jakoby Kościół katolicki zaakceptował teorię ewolucji. Jak pokażę, przekonanie to jest fałszywe, a co więcej musi być fałszywe, bowiem, co też – mam nadzieję – wykażę, te dwa korpusy twierdzeń: tzw. nauczanie Kościoła (katolickiego, ale nie tylko) i ewolucjonizm, są nie do pogodzenia. Są po prostu sprzeczne. (Tak na marginesie – od dawna intryguje mnie, czemu określenie „kreacjonizm” jest praktycznie nieobecne w dyskursie katolickich naukowców. Tak jakby się tego wstydzili. A przecież chrześcijaństwo, podobnie zresztą jak wszystkie wielkie religie monoteistyczne, jest kreacjonizmem niejako ex definitione).

Nim przejdziemy do meritum, warto jednak doprecyzować problem, bowiem – jak miałem się okazję przekonać, choćby współprowadząc w radiu TOK-FM cykl audycji o relacjach nauka–religia – bardzo wiele nieporozumień bierze się stąd, że różni ludzie, zwłaszcza naukowcy, a wierzący naukowcy w szczególności, mówiąc o religii, mają na myśli bardzo różne rzeczy.

Wykop Skomentuj37
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo