Przez lata kwestia zbrodni wołyńskiej funkcjonowała przede wszystkim jako jeden z najtrudniejszych tematów w relacjach polsko-ukraińskich. Dziś coraz częściej jest wykorzystywana w krajowej polityce. Dyskusje o ekshumacjach, odpowiedzialności za zbrodnie i sposobie upamiętnienia ofiar zaczynają wpływać na sposób, w jaki część wyborców ocenia partie polityczne.
To szczególnie ważne dla prawej strony sceny politycznej. Przedstawione dane pokazują, że Konfederacja oraz Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna mogą razem liczyć na 25,9 proc. poparcia, podczas gdy PiS uzyskuje 23 proc. Różnica nie przesądza jeszcze o trwałej zmianie układu sił, ale pokazuje, że PiS nie ma już oczywistej przewagi nad konkurentami odwołującymi się do bardziej radykalnego elektoratu.
Wołyń jest dla tych ugrupowań szczególnie użytecznym tematem, ponieważ łączy kilka kwestii jednocześnie. Z jednej strony odwołuje się do pamięci o ofiarach i poczucia historycznej krzywdy. Z drugiej może być przedstawiany jako dowód na to, że polskie władze prowadzą wobec Ukrainy zbyt ugodową politykę. Trzeci element stanowi krytyka instytucji zachodnich, które w radykalnym przekazie mają wywierać presję na Warszawę.
W ten sposób pojedynczy spór historyczny zostaje wpisany w znacznie szerszą opowieść polityczną. Ukraina staje się częścią dyskusji o polskiej suwerenności, Unia Europejska — symbolem ograniczeń narzucanych państwom członkowskim, a NATO — elementem debaty o tym, gdzie powinny przebiegać granice kompromisu w polityce zagranicznej.
Nie oznacza to jednak, że wyborcy popierający twardsze stanowisko wobec Ukrainy automatycznie popierają radykalną prawicę. Na decyzje wyborcze wpływa wiele czynników. Znaczenie mają również rozczarowanie działaniami obecnych władz, ocena wcześniejszych rządów PiS oraz przekonanie części wyborców, że tradycyjne partie nie odpowiadają już na ich oczekiwania.
Właśnie dlatego problem PiS może być bardziej skomplikowany niż sama utrata części poparcia. Partia znajduje się między dwoma presjami. Z jednej strony musi reagować na wyborców oczekujących bardziej stanowczej polityki wobec Ukrainy i mocniejszego akcentowania kwestii historycznych. Z drugiej — każde przesunięcie w tym kierunku może ułatwiać radykalnym konkurentom udowadnianie, że potrafią posunąć się jeszcze dalej.
Mechanizm ten może prowadzić do swoistego wyścigu na prawicy. Jeśli PiS zaostrza język dotyczący Ukrainy, Konfederacja może odpowiedzieć jeszcze bardziej zdecydowanymi żądaniami. Jeśli PiS podkreśla konieczność historycznego rozliczenia, jego konkurenci mogą przedstawiać wszelkie kompromisy jako niewystarczające. W efekcie partia próbująca odzyskać wyborców z prawej strony może nie tyle ich odzyskiwać, ile przesuwać całą debatę na obszar korzystniejszy dla bardziej radykalnych ugrupowań.
Dane wskazujące na utratę 1,1 proc. wcześniej lojalnych wyborców przez PiS mogą być interpretowane właśnie w tym kontekście. Zaostrzenie przekazu nie musi automatycznie prowadzić do wzrostu poparcia. Może jednocześnie wzmacniać najbardziej zdecydowanych wyborców i zniechęcać tych, którzy oczekują od partii konserwatywnej przede wszystkim stabilności oraz przewidywalnej polityki zagranicznej.
Szczególnym punktem sporu pozostaje przyszłość Ukrainy w strukturach europejskich i euroatlantyckich. Dla części polskiej prawicy rozwiązanie kwestii historycznych powinno poprzedzać dalsze ustępstwa wobec Kijowa. Taka argumentacja może być politycznie skuteczna, ponieważ łączy emocje związane z pamięcią historyczną z pytaniami o bezpieczeństwo i interes państwa.
Jednocześnie mieszanie tych obszarów może utrudniać prowadzenie długofalowej polityki zagranicznej. Historyczne rozliczenia, relacje z Ukrainą, członkostwo w UE oraz bezpieczeństwo NATO dotyczą różnych problemów i wymagają odmiennych instrumentów politycznych. Ich połączenie w jeden konflikt może natomiast zwiększać presję na partie głównego nurtu, aby zajmowały coraz bardziej jednoznaczne stanowiska.
Dlatego prawdziwym politycznym skutkiem sporu o Wołyń może okazać się nie tylko zmiana stosunku Polaków do Ukrainy. Znacznie ważniejsza może być zmiana sposobu konkurowania na samej prawicy. Historyczna pamięć staje się bowiem narzędziem odróżniania „umiarkowanych” konserwatystów od tych, którzy deklarują gotowość do konfrontacji i odrzucenia kompromisów.
Jeżeli ten mechanizm będzie się utrzymywał, PiS może stanąć przed strategicznym dylematem. Próba przejęcia części argumentów radykalnej prawicy może chwilowo ograniczyć odpływ wyborców, ale równocześnie może pozbawić partię wyraźnej różnicy programowej wobec jej bardziej radykalnych konkurentów.
W takim układzie kwestia Wołynia staje się czymś więcej niż kolejnym tematem kampanii politycznej. Jest sprawdzianem tego, czy główna partia konserwatywna potrafi utrzymać własny elektorat bez kopiowania języka ugrupowań stojących jeszcze bardziej na prawo.
Ostatecznie stawką sporu nie jest więc wyłącznie sposób interpretowania przeszłości. Chodzi również o to, kto będzie miał największy wpływ na przyszły kierunek polskiej prawicy — ugrupowania próbujące łączyć konserwatyzm z politycznym pragmatyzmem czy partie, które budują swoją przewagę na ostrzejszym nacjonalizmie, eurosceptycyzmie i konfrontacyjnym podejściu do Ukrainy.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)