Jan Gmurczyk*
Wszędzie słychać: „kryzys, kryzys, kryzys”. Jak go skutecznie zwalczyć?
Największą bolączką światowej gospodarki jest dziś kryzys zadłużenia w UE. Utrzymująca się niepewność odnośnie losu południowej Europy oraz – szerzej – strefy euro wprowadza nerwowość na rynkach finansowych i spowalnia ożywienie globalnej koniunktury.
Podczas zakończonego niedawno w meksykańskim Los Cabos szczytu G20 przywódcy unijni dostali reprymendę (nie pierwszy raz zresztą) od Stanów Zjednoczonych za zbyt ociężałą walkę z kryzysem. Jakkolwiek by uwag Amerykanów nie komentować, nie ulega wątpliwości, że cały świat niecierpliwie czeka, aż UE wreszcie zrobi porządek na swoim podwórku unii gospodarczo-walutowej.
Sieć problemów
Jak zwalczyć kryzys strefy euro? Szukając lekarstwa, trzeba najpierw ustalić źródło choroby. Przypomnijmy zatem główne problemy Europy.
Przede wszystkim część członków strefy euro jest wysoko zadłużona. Wydatki budżetowe przewyższające wpływy były i są finansowane poprzez emisję obligacji skarbowych. Jednakże gospodarki niektórych krajów nie są w stanie obsługiwać już samodzielnie nagromadzonych długów, więc ich rządy korzystają z pomocy UE i MFW.
Ze zrozumiałych względów obligacje zagrożonych niewypłacalnością państw nie cieszą się wysokim zaufaniem rynków finansowych. W warunkach zwiększonej niepewności wycena tych papierów wartościowych maleje, a oprocentowanie – stanowiące nagrodę za podjęcie ryzyka ich kupna – rośnie. Pogarsza to dodatkowo sytuację finansów publicznych zadłużonych krajów-emitentów.
Wiele europejskich banków nagromadziło w przeszłości grube portfele takich „kłopotliwych” obligacji. Wraz ze spadkiem ich wartości, banki narażone są na straty, a nawet bankructwo. Co gorsza, banki w Hiszpanii mają dodatkowo sporo problemów z kredytami hipotecznymi po pęknięciu bańki spekulacyjnej na krajowym rynku nieruchomości. Natura sektora bankowego jest taka, że upadek jednej instytucji może zachwiać całością. W razie konieczności, z racji zadłużenia, państwa członkowskie mogą nie być w stanie uratować sytuacji.
Poprzez różne powiązania zapaść systemu finansowego oznaczałaby głęboką recesję w realnej gospodarce. Już teraz wzrost gospodarczy w UE cierpi z racji niepewności i wymuszonych zadłużeniami oszczędności budżetowych. Wszystko to odbija się negatywnie na globalnej gospodarce. W Europie waży się stabilność systemu ekonomicznego nie tylko pojedynczych państw, ale i całego świata.
Niezdecydowana Europa
Widzimy jasno, że pilnie potrzebne są działania idące w czterech kierunkach. Po pierwsze, redukcja zadłużenia w Europie. Po drugie, pobudzenie wzrostu gospodarczego. Po trzecie, odbudowanie zaufania rynków finansowych do euro. I po czwarte, wsparcie systemu bankowego.
Sprawa nie jest jednak taka prosta. Podzielonym Europejczykom trudno ustalić, jak osiągnąć powyższe cele. Kryzys obnażył podstawową słabość UE i euro w porównaniu z USA i dolarem, tj. brak zdecydowanej, jednolitej polityki. Do wszystkich bolączek Europy trzeba dołożyć kryzys… reakcji na kryzys.
Niemcy – główna siła ekonomiczna i polityczna UE – stawiają na oszczędzanie. Ma ono prowadzić do redukcji zadłużenia i odzyskania wiarygodności przez strefę euro. Ratowanie zadłużonych krajów poprzez obsypywanie ich pieniędzmi nie wchodzi w grę – a jeśli już, to tylko w zamian za reformy. Ponadto, wypracowane muszą być solidne mechanizmy zapewniające dyscyplinę finansową strefy euro, poparte pogłębieniem integracji walutowej w postaci unii fiskalnej i politycznej.
Francuzi mają inny pomysł na rozwiązanie problemu zadłużenia. Proponują wprowadzenie euroobligacji, czyli papierów dłużnych, za które ręczyłyby nie pojedyncze kraje, lecz cała
strefa euro. Niemcy stanowczo taki pomysł odrzucają. Raz, że żadne euroobligacje nie będą nigdy tak nisko oprocentowane jak niemieckie. Dwa, wprowadzenie euroobligacji mogłoby osłabić motywację zadłużonych państw do wprowadzenia potrzebnych reform dostosowawczych.
Niemieckie stanowisko brzmi bardzo sensownie i odpowiedzialnie. Niemcy opowiadają się bowiem za zdrową polityką budżetową, uzupełnieniem unii gospodarczo-walutowej o brakujące elementy, jak również za ustanowieniem stabilnych ram dla UE w przyszłości. Zasadniczo wszystko to jednak odnosi się do odleglejszej perspektywy, podczas gdy z powodu cięć budżetowych cierpi bieżąca koniunktura.
Francja, podobnie jak szereg innych krajów, nie godzi się z tym i domaga się pobudzenia wzrostu. Bez tego poprawa wskaźników zadłużenia i bezrobocia będzie utrudniona. Jak jednak pobudzić wzrost, skoro gospodarki są skrajnie zadłużone? Osiągnięty niedawno kompromis pomiędzy Niemcami, Francją, Włochami i Hiszpanią niesie pewną nadzieję.
Na pobudzanie wzrostu popłynie 1 proc. unijnego PKB, czyli 120-130 mld euro. Pakiet stymulacyjny sfinansowany zostanie głównie z EBI i niewykorzystanych środków z budżetu unijnego. Jest to zatem napawający lekkim optymizmem krok w kierunku pogodzenia kwestii oszczędności i pobudzenia wzrostu. Oczywiście, otwartą kwestią pozostaje, na ile krok ten okaże się skuteczny.
W międzyczasie pojawił się również pomysł unii bankowej. Oprócz ogólnych zarysów nic o nim na razie nie wiadomo, toteż uzasadnione jest chociażby stanowisko polskiego rządu, aby czekać z jego pełną oceną na szczegóły. Generalnie jednak wydaje się, że w jakiejś formie unia bankowa jest Europie potrzebna. Banki działają ponad podziałami administracyjnymi, a w sytuacji niepewności właściciele depozytów mają tendencję do ucieczki ze swoimi pieniędzmi z Południa Europy na Północ.
Pełniejszy nadzór nad systemem bankowym, utworzenie funduszu likwidacyjnego czy też gwarantowanie depozytów na poziomie unijnym są propozycjami wzmocnienia stabilności sektora bankowego, które z całą pewnością warto rozważyć. Znów jednak w tym miejscu zaznaczają się w Europie podziały. Wielka Brytania unii bankowej nie chce, Francja chce, a Niemcy czy Finlandia swoje poparcie dla tego pomysłu warunkują.
Świat wyciąga rękę
Co na to wszystko społeczność międzynarodowa? Na wspomnianym szczycie G20 podjęta została decyzja o dokapitalizowaniu MFW kwotą ok. 450 mld dolarów. Decyzja ta cieszy, gdyż MFW poważnie angażuje się w ratowanie strefy euro. Co więcej, MFW oferuje UE zalecenia, jak zwalczyć kryzys. Zdaniem ekspertów tej organizacji receptą na kłopoty w Europie jest połączenie ekspansywnej polityki monetarnej EBC i umiarkowanej polityki budżetowej rządów narodowych (unikanie ostrych cięć).
Według MFW ważne jest też dokapitalizowanie banków pieniędzmi pochodzącymi z unijnych funduszy ratunkowych. Z kolei zaufanie do unii walutowej można przywrócić poprzez reformy instytucjonalne, tj. urzeczywistnienie unii fiskalnej i bankowej. Choć zalecenia MFW nie zawsze w historii wszystkim krajom wychodziły na dobre, akurat te propozycje brzmią przyzwoicie. Pytanie jednak, na ile EBC byłby skłonny jeszcze bardziej niż do tej pory poluzować swoją politykę pieniężną.
EBC jest bankiem zbudowanym na niemieckich wzorcach polityki monetarnej i jego celem jest dbanie w pierwszym rzędzie o stabilność cen. Ma on zatem węższe priorytety niż amerykański bank centralny FED, który dba zarówno o poziom inflacji, jak i wzrost gospodarczy.
Jak widać, problemy toczące Europę dają się zidentyfikować, a pomysłów na naprawę sytuacji nie brakuje. Pytanie zasadnicze nie polega zatem na tym, jakie są możliwości zażegnania kryzysu, lecz jak wypracować kompromis polityczny na poziomie UE, którego przedmiotem byłoby podjęcie wspólnych, zdecydowanych działań antykryzysowych.
*Jan Gmurczyk – absolwent Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych w SGH w Warszawie. Współpracownik Instytutu Obywatelskiego oraz portalu UniaEuropejska.org. Interesuje się ekonomią, integracją europejską, państwami nordyckimi oraz energetyką odnawialną.
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl




Komentarze
Pokaż komentarze (1)