Z Markiem Kornatem* rozmawia Jacek Piasecki
Premier Rosji, Władimir Putin przy okazji ubiegłorocznej 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej stwierdził, że wojna ta ma swój początek w Traktacie Wersalskim, który doprowadził do „upokorzenia Niemiec”. To tak chętnie akcentowanie przez wielu rosyjskich propagandystów i poważnych politologów „upokorzenia Niemiec”, a zarazem wyrażone bez żadnych ogródek przez Putina dążenie do budowy przez Rosję wraz ze współczesnymi Niemcami „Wielkiej Europy” budzi sprzeciw i uzasadniony niepokój, zwłaszcza w Polsce i w Europie Środkowo-wschodniej. Bo czyż Rosja sowiecka po roku 1920 również nie czuła się „upokorzona” powstaniem niepodległej Polski, Finlandii, Litwy, Łotwy, Estonii czy też połączeniem Besarabii z rumuńską macierzą?
W sprawie tezy o upokorzeniu Niemiec jako sprawczej przyczynie II wojny światowej mogę wyrazić tylko wątpliwości. Oczywiście, olbrzymia część historiografii tak właśnie pojmuje genezę II wojny światowej. Wojnę jednak wywołały dwa mocarstwa totalitarne. Zaplanował ją i przygotował Hitler. Stalin zaś uznał, że wojna ta daje Związkowi Sowieckiemu wiele korzyści i w tym sensie była to wojna dla niego upragniona. Już w 1925 r. mówił o nieuchronności „drugiej wojny imperialistycznej”, do której Związek Sowiecki powinien przystąpić jako ostatni, aby wyciągnąć z niej jak największe korzyści. Wojna w roku 1939 była taką właśnie, w optyce państwa sowieckiego. Do konfliktu zbrojnego doszło wewnątrz obozu „państw kapitalistycznych”. Dyplomacja sowiecka zrobiła przy tym wszystko, aby ta wojna wybuchła, a nie żeby ocalić pokój. Jeśli zaś chodzi o „upokorzenie Rosji”, to wydaje się ono bezsporne, gdyż nowa, sowiecka Rosja nie została dopuszczona do udziału w konferencji pokojowej i systemu wersalskiego nie zaakceptowała. Nie pogodziła się z tym porządkiem terytorialnym, jaki po I wojnie światowej nakreślono. Wprawdzie w 1934 r. Związek Sowiecki przystąpił do Ligi Narodów, a w rok później Kongres Międzynarodówki Komunistycznej zaczął nawoływać de facto do obrony status quo, ale były to tylko deklaracje werbalne. W znanej wypowiedzi z 7 września 1939 r., zanotowanej w dzienniku Georgi Dymitrowa, Stalin wyraził następującą opinię: „cóż by złego się stało, gdyby Polska znikła z mapy Europy, byłoby jednego państwa burżuazyjnego mniej, przecież to stworzyłoby możliwość rozszerzenia socjalizmu na nowe kraje i narody”.
Czy polscy historycy są osamotnieni w takim właśnie postrzeganiu celów polityki Sowietów ?
Główna różnica między stanowiskiem historyków polskich a bardzo znaczną częścią historiografii zachodniej (anglosaskiej głównie, ale i francuskiej) dotyczy interpretacji polityki sowieckiej po roku 1934. Historycy zachodni mówią, że dyplomacja Maksyma Litwinowa to rzekomo koronny dowód akceptacji ładu wersalskiego przez to państwo, które – według tej opinii – miało teraz cele defensywne i niesprzeczne z zasadą obrony status quo. Tymczasem tak nie było. Dzisiejsze wypowiedzi polityków rosyjskich o niesprawiedliwości systemu wersalskiego są reminiscencjami sowieckiej retoryki antywersalskiej i różnych zakorzenionych przyzwyczajeń z czasów sowieckich.
Do jakiego stopnia historycy zachodni są skłonni traktować przyjętą w Wersalu zasadę samostanowienia narodów i wyzwolenie się spod obcej dominacji krajów położonych pomiędzy Rosją i Niemcami jako praprzyczynę II wojny światowej?
Tego rodzaju pogląd jest zakorzeniony w historiografii głównie anglosaskiej. W postaci wyraźnej znajdziemy ją u Henry'ego Kissingera w jego krytyce Wilsona i „wilsonizmu” jako misjonarskiego idealizmu w polityce amerykańskiej. W powojennych Niemczech natomiast teza o rozpętaniu II wojny światowej przez Hitlera zakorzeniła się w umysłach historyków tak mocno, że każda właściwie interpretacja przyczyn II wojny światowej zawiera przypomnienie, iż wojnę tę rozpętał Hitler – stąd niemiecki termin: die Entfesselung des zweiten Weltkrieg. Pamiętając o tym, Niemcy chętnie jednak dodają, iż Hitler perfekcyjnie wykorzystał „międzynarodową niestabilność”.
Z formalnego punktu widzenia Sowiety po klęsce w 1920 r. swoich planów bolszewizacji Europy wyrzekły się użycia siły wobec Polski i uznały integralność terytorialną Rzeczypospolitej.
Traktat o nieagresji zawarty ze Związkiem Sowieckiem 25 lipca 1932 r. wyraźnie stwierdzał, że podstawą stosunków wzajemnych są postanowienia Traktatu Ryskiego dotyczące przebiegu granicy między obu krajami. Co więcej, strona sowiecka raz jeszcze w listopadzie 1938 r. potwierdziła, że Traktat Ryski jest fundamentem stosunków wzajemnych. Zapewnienia te miały jednak tylko charakter taktyczny, czego nie muszę dodawać. Miały uspokoić stronę polską i utwierdzić ją w przekonaniu o braku zagrożenia ze Wschodu.
Czy zatem zgodziłby się pan z opinią, że w stosunkach polsko-sowieckich, w jeszcze większym bodaj stopniu niż w przypadku relacji z Niemcami, trzeba bardzo precyzyjnie odróżniać zobowiązania traktatowe od polityki realnej, której wyrazem była choćby działalność Komunistycznej Partii Polski? Już sam fakt, że partia ta posiadała dwie przybudówki w postaci Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi wskazywał na rewizjonistyczne plany Sowietów…
Związek Sowiecki, co nie ulega wątpliwości, dążył do podporządkowania sobie Polski jako cel minimum, a jako cel maksimum do zmiany granic, czyli okrojenia jej terytorium od wschodu. Dodajmy, że polscy komuniści aż do 1935 r. opowiadali się także za oddaniem Pomorza i polskiej części Górnego Śląska „w ręce niemieckiego proletariatu”. Dopiero po VII Kongresie Kominternu i ogłoszeniu koncepcji „jednolitego frontu” KPP wycofała się z głoszenia tych haseł. Generalnie, stosunki polsko-sowieckie w całym dwudziestoleciu cechowała atmosfera niewątpliwej wrogości, z wyjątkiem jednego krótkiego okresu. Otóż w roku 1933 Związek Sowiecki podjął działania na rzecz daleko idącego zbliżenia z Polską. To był okres, kiedy toczyły się rokowania o pakt czterech mocarstw, w których nie uczestniczył Związek Sowiecki i który to pakt Polska postrzegała jako duże zagrożenie, gdyby doszedł on do skutku. Przewidywał bowiem możliwość pokojowej rewizji granic w Europie Środkowej, w tym także granicy polsko-niemieckiej. Poza tym krótkim epizodem, od roku 1934 aż do 1939 atmosfera we wzajemnych relacjach z Sowietami była tak zła, że można nawet mówić o stanie zimnej wojny. Najważniejszym wydarzeniem, które spowodowało zamrożenie stosunków wzajemnych była kwestia paktu wschodniego, czyli propozycji francuskiej, ażeby stworzyć w Europie Środkowo-wschodniej blok regionalny obejmujący Polskę, kraje bałtyckie, Czechosłowację i Związek Sowiecki. W ramach tego paktu wszyscy partnerzy udzielić mieli sobie wzajemnie gwarancji bezpieczeństwa i pomocy na wypadek wojny. Gdyby Polska przystała na tę propozycję, to w perspektywie długofalowej popadłaby, zapewne, w zależność od Sowietów. Sojusz polsko-francuski zastąpiony zostałby układem wielostronnym, a stosunki polsko-niemieckie gwałtownie by się pogorszyły, ponieważ Niemcy do tego paktu w żadnym wypadku przyłączyć się nie chciały. Kierując się tymi trzema motywami Piłsudski i Beck odrzucili tę koncepcję, co spowodowało oziębienie w stosunkach z Francją i gwałtowne pogorszenie stosunków polsko-sowieckich. Co więcej, w Moskwie tę taktykę polską zinterpretowano jako jeszcze jeden dowód, że Piłsudski i Beck działają w porozumieniu z Hitlerem i że Polskę i Niemcy łączy jakiś tajny układ. Stosunki polsko-sowieckie poprawiły się dopiero zimą z 1938 na 1939, kiedy to Sowieci, w celu osłonięcia swoich zabiegów na rzecz zbliżenia z Niemcami, poczynili pewne gesty pod adresem Polski mające na celu osłabienie naszej czujności.
Najpoważniejszy zarzut formułowany pod adresem polityki Piłsudskiego i Becka już w latach 30., a podnoszony ostatnio przez historyków bliskich Kremlowi, sprowadza się do ich oskarżenia o legitymizowanie polityki prowadzonej przez kanclerza Rzeszy. Czy powoływanie się przez Hitlera na odprężenie w stosunkach z Polską rzeczywiście stwarzało mu swoiste alibi, maskujące, przynajmniej do czasu, agresywne zamiary?
Niewątpliwie błędem było przyjęcie, zwłaszcza przez Becka, założenia, że zbliżenie polityczne między obu rządami spowoduje głębsze przemiany psychologiczne w społeczeństwie niemieckim prowadzące do wygaśnięcia wrogości do narodu polskiego. Doszło tylko do tego, że na rozkaz Hitlera zamrożono na kilka lat nienawiść, a w każdym razie przestano ją publicznie manifestować. Czy natomiast Polska swoimi działaniami oddała Niemcom usługi? Na tak postawione pytanie polski historyk nie może udzielić innej odpowiedzi jak tylko negatywnej. A to z następującego powodu: mocarstwa zachodnie nieprzerwanie prowadziły różne rozmowy i konsultacje polityczne z Niemcami. I to zarówno przed podpisaniem polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy w stosunkach wzajemnychz 26 stycznia 1934 r., jak i po tym fakcie. 7 lipca 1933 r. Francja i Wielka Brytania podpisały wspólnie z Niemcami i Włochami pakt czterech mocarstw. Twierdzenie więc, że Polska wyprowadziła Niemcy Hitlera z izolacji międzynarodowej, nie ma podstaw. Polska miała sporną granicę z Niemcami, która zatruwała stosunki międzynarodowe do tego stopnia, że nawet bardzo życzliwy nam papież Pius XI powiedział dyplomatom francuskim, iż kiedyś w przyszłości trzeba będzie tę granicę zrewidować. Skoro więc pojawiła się możliwość zagwarantowania na kilka lat status quo w relacjach z Niemcami, Piłsudski z niej skorzystał.
Istotnym argumentem na rzecz podpisania deklaracji berlińskiej z 26 stycznia było odrzucenie przez Francję proponowanej przez Piłsudskiego prewencyjnej akcji zbrojnej przeciwko Niemcom...
Z zachowanych polskich dokumentów dyplomatycznych w sposób nie budzący wątpliwości wynika, że Piłsudski rzeczywiście prowadził w sprawie wojny prewencyjnej konsultacje z władzami francuskimi i że ich rezultat okazał się negatywny. Zresztą poseł niemiecki w Warszawie, Hans-Adolf von Moltke w swoim raporcie z 21 marca 1933 r. wyraźnie napisał, że Piłsudski przygotowuje się do akcji zbrojnej przeciwko Niemcom.
Krytycy polityki Becka zdają się nie zauważać, że była ona odpowiedzią na słabnącą w latach 30. w zastraszającym tempie wiarygodność Francji jako sojusznika Polski i jawne przyzwolenie ze strony Wielkiej Brytanii na wzrost potęgi militarnej Berlina.
Swoistym testem wiarygodności militarnej Paryża stało się wprowadzenie przez Hitlera w marcu 1936 r. Wehrmachtu do zdemilitaryzowanej strefy Nadrenii. Brak zdecydowanej reakcji Facji na to wydarzenia oznaczał niewyobrażalną wręcz kompromitację tego państwa. Przekreślona została przecież wówczas rękojmia francuskiego bezpieczeństwa, ustanowiona w Traktacie Wersalskim i dodatkowo potwierdzona w 1925 r. w Locarno. Francuzi nie zareagowali zbrojnie (chociaż wszelkie argumenty moralne były po ich stronie), ponieważ nie uzyskali poparcia ze strony Londynu. Gdyby Wielka Brytania wsparła francuską interwencję w Niemczech, najprawdopodobniej obalono by reżim Hitlera. Natomiast Polska złożyła wówczas ofertę wykonania zobowiązań sojuszniczych, gdyby Francja podjęła działania zbrojne przeciwko Niemcom. Z wydarzeń 1936 r. Beck wyciągnął dwa wnioski, że Francja jest bardzo słaba i przeżywa okres ciężkiej dekadencji, podczas gdy Wielka Brytania prowadzi długofalową, przemyślaną politykę porozumienia z Niemcami. To wtedy Beck rzucił takie słowa, gdyby nie nasze porozumienie z Niemcami, sprzedano by nas jak bułkę za dwa grosze. Szef polskiej dyplomacji utwierdził się wówczas w przekonaniu, że polityka wytyczona deklaracją z 26 stycznia jest w zaistniałej sytuacji jedynie słuszna. Kontynuując tę politykę marzył o jednym: o przeczekaniu appeasementu. Zakładał bowiem, że ustępstwa Paryża i Londynu nie będą następowały w nieskończoność. W pewnym momencie, jak sądził, kolejne koncesje wobec Hitlera doprowadzić muszą do sytuacji, gdy zagrożone zostaną najbardziej żywotne interesy obu zachodnich mocarstw, co spowoduje rewizję ich dotychczasowej polityki i tym samym poprawi się międzynarodowe położenie Polski. W efekcie dojdzie wówczas do regeneracji sojuszu z Francją, a być może uda się także doprowadzić do zbliżenia z Wielką Brytanią, o co w swym niepisanym testamencie politycznym polecił Beckowi zabiegać Piłsudski.
Nie brakuje opinii, że gdyby udało się stworzyć wspólny front polsko-czeski, to historia potoczyłaby się inaczej. Czy tego rodzaju oczekiwania można uznać za realistyczne, skoro już w 1937 r. Hitler uzyskał przyzwolenie Wielkiej Brytanii na zabór Sudetów?
Stanowisko Londynu w tej sprawie zakomunikował Hitlerowi w dniu 19 listopada 1937 r., podczas rozmowy odbytej w Berchtesgaden, Lord Halifax, wówczas de facto wicepremier brytyjski. Oświadczył on kanclerzowi Rzeszy, że jeżeli Niemcy będą chciały dokonać zmian terytorialnych w Europie poprzez AnschlussAustrii, oderwanie Sudetów i …włączenie Gdańska do Niemiec, to Wielka Brytania nie sprzeciwia się temu, ale pod warunkiem, że stanie się to pokojowo. Można więc powiedzieć, że Wielka Brytania wystąpiła wobec Hitlera z konkretną ofertę polityczną i ta oferta została przyjęta. Brytyjczycy nie zdawali sobie jednak sprawy jak maksymalistyczne plany ma ten wódz. Sądzili, że wymienione obiekty zainteresowania Niemiec powinny zaspokoić to państwo, na tym więc zakończyłyby się przekształcenia terytorialne w Europie i zostałby utwierdzony pokój.
A to oznacza, że trudno tę samą miarą przykładać do układu monachijskigo z 28 września 1938 r. i do paktu Ribbentrop–Mołotow. Inne były przecież intencje i cele Chamberleina i Daladiera, a zgoła inne sowieckiej Rosji…
Rzeczywiście, w rosyjskiej propagandzie historycznej mówi się o konferencji monachijskiej jako o takim fakcie z dziejów stosunków międzynarodowych, który stanowi rodzaj analogii do późniejszego o rok paktu Hitler-Stalin. Również mający dorobek naukowy historycy rosyjscy często przypominają konferencję w Monachium jako dowód, że arbitralne decydowanie o losach narodów słabszych nie jest wyłączną specjalnością twórców układu z 23 sierpnia 1939. Jako historyk i Polak, nie widzę powodów, aby bronić zasadności Monachium – byłoby to nonsensem. Niewątpliwie bowiem w Monachium dopełniono zaocznie aktu zdrady na państwie sojuszniczym, jakim dla Francji była Czechosłowacja. Terytorium tego państwa zostało okrojone. Państwo to stało się bezbronne. Ale pakt Ribbentrop-Mołotow to dużo więcej niż Monachium i stawianie obydwu tych wydarzeń na jednej płaszczyźnie jest trudne do przyjęcia. Pakt niemiecko-sowiecki – zwłaszcza ten z 28 września 1939 r. – był układem wydającym na państwo polskie i naród polski wyrok. Konsekwencją tego układu była przecież zbrodnicza okupacja niemiecka części Polski oraz zbrodnie na oficerach-jeńcach polskiej armii i masowe zbrodnicze deportacje obywateli polskich z ziem wschodnich Rzeczpospolitej. Konferencja w Monachium to decyzja o okrojeniu terytorialnym jednego państwa (Czechosłowacji), aby zaspokoić roszczenia agresywnego mocarstwa (Niemiec). Czechosłowacja miała jednak istnieć nadal i nawet uzyskać gwarancje mocarstw dla swej dalszej egzystencji. Tyle tylko, że uchwały monachijskie Hitler przekreślił już w marcu 1939. Pakt Hitler-Stalin zaś to rezultat taktycznego sojuszu dwóch mocarstw totalitarnych, rozporządzających losami całych narodów. Trudno nie przypomnieć tego, co powiedział nieżyjący już wybitny historyk niemiecki Martin Broszat, który pisał, że Hitler znalazł w Stalinie partnera stosującego podobne zasady postępowania i mającego podobne wyobrażenia o stosunkach międzynarodowych, partnera, który rozumuje kategoriami „wielkoprzestrzennych interesów” i gotów jest dysponować obcymi terytoriami bez żadnych hamulców, a nade wszystko gotowego do prowadzenia wojny na wyniszczenie całych narodów.
W rosyjskiej kampanii propagandowej, poprzedzającej ubiegłoroczną wizytę premiera Putina w Polsce, pojawił się kuriozalny (z punktu widzenia racji stanu samej Rosji!) zarzut, że Polska nie przyjęła umiarkowanych żądań niemieckich, dotyczących włączenia Gdańska do Rzeszy i przeprowadzenia eksterytorialnej autostrady przez „Korytarz”, i dlatego sama niejako ponosi winę za swą wrześniową katastrofę. Jakie byłyby konsekwencje przyjęcia tych żądań?
|
W niemieckiej ofercie tzw. Globallösung, czyli generalnego uregulowania wzajemnych stosunków, przedstawionej po raz pierwszy przez ministra von Ribbentropa ambasadorowi Józefowi Lipskiemu 24 października 1938 r., było także przystąpienie do paktu antykominternowskiego i wymóg konsultowania przez Warszawę polityki zagranicznej z Rzeszą. Ofertę tę sam Hitler określił mianem „wspaniałomyślnej”, a w pewnym momencie toczących się przez pięć miesięcy pertraktacji z Polską był nawet gotów udzielić gwarancji dla nienaruszalności polskiej granicy zachodniej na 25 lat! Tyle tylko, że ani Józef Beck, ani też nikt z polskiego rządu nie był skłonny traktować tych zapewnień serio. Zaakceptowanie żądań Hitlera skutkowałoby uzależnieniem Polski od Niemiec, co oznaczałoby przyjęcie statusu partnera podporządkowanego i wejście na równię pochyłą w stosunkach z tym państwem. Każdy, kto patrzy na te sprawy z punktu widzenia historii, musi wziąć pod uwagę, że Niemcy Hitlera zawsze stopniowały żądania. Nie możemy tego wprawdzie udowodnić, ale na żądaniach sformułowanych na przełomie 1938 i 1939 Niemcy by nie poprzestały. Gdyby Polska przyjęła „wspaniałomyślną” ofertę Hitlera, Niemcy uderzyłyby na Francję jeszcze w 1939 r. Taki, jak doskonale wiemy to dziś, był plan wodza III Rzeszy. Polska w tym konflikcie miała zachować życzliwą neutralność, osłaniając Rzeszę od Wschodu. Francja i Wielka Brytania intensywnie się wówczas zbroiły. Latem 1939 byłyby więc one jeszcze słabsze niż w 1940, a zatem uległby agresji Hitlera. Położenie Polski stałoby się wówczas nie do pozazdroszczenia. Nie ulega żadnej wątpliwości, że wówczas pojawiłyby się kolejne żądania dotyczące cesji terytorialnych na rzecz Niemiec. Musielibyśmy jeszcze wykonać dwie rzeczy. Po pierwsze, maszerować na Wschód razem z Niemcami. W efekcie – jak powiedział, już internowany w Rumunii, Beck w rozmowie z byłym polskim konsulem w Marsylii, Janem Bociańskim – „Pobilibyśmy być może Rosję, a następnie pasalibyśmy Hitlerowi krowy na Uralu”. Po drugie zaś, uzależnione od Niemiec państwo polskie byłoby zmuszone podjąć działania przeciwko Żydom. Najbardziej smutne jest to, że polska decyzja o odrzuceniu żądań Hitlera, która pokrzyżowała jego plany wspólnej z Polską wyprawy na Związek Sowiecki, nie dociera dzisiaj do świadomości historyków rosyjskich i znacznej części rosyjskiej inteligencji. To, że ta zasadnicza prawda historyczna nie znajduje uznania u propagandzistów rosyjskich, kreujących nową rosyjską „politykę historyczną” – mnie nie dziwi.
|
Śp. profesor Paweł Wieczorkiewicz twierdził, że w przypadku zwycięstwa Niemiec i sprzymierzonej z nimi Polski nad sowiecką Rosją do Holocaustu najpewniej by nie doszło. Może jego teza jest nazbyt ryzykowna, ale przecież nawet skrajne siły polityczne w II RP, odwołujące się do haseł antysemickich, dalekie były od głoszenia programu rasowej eksterminacji. Piłsudski w roku 1926 podjął decyzję, bez precedensu w ówczesnej Europie, o przyznaniu obywatelstwa Rzeczypospolitej 600 tysiącom Żydów – uciekinierów z Rosji. Trudno sobie wyobrazić, aby spadkobiercy marszałka mogli zaangażować się w deportację polskich obywateli do obozów zagłady? Z Węgier, sprzymierzonych z Hitlerem, do czasu okupowania tego kraju przez Wehrmacht w marcu 1944 r., także nie wysyłano Żydów do komór gazowych….
Proszę jednak zważyć, że bylibyśmy krajem ubezwłasnowolnionym. Nasze położenie w relacjach z Niemcami, po ich zwycięstwie na Zachodzie, pogarszałoby się z każdym dniem. Weszlibyśmy naprawdę na równię pochyłą. Warto także w tym miejscu przywołać fakt bardzo znamienny. Otóż w lutym 1939 r., a więc jeszcze przed ostatecznym odrzuceniem żądań niemieckich w kwestii Gdańska i eksterytorialnej autostrady, składał w Polsce wizytę Heinrich Himmler. Rechsführera SS przyjął minister Beck i w rozmowie z nim Himmler oświadczył, że Polska już teraz musi uzgadniać z Niemcami wspólną politykę wobec Żydów. Polska wedle słów Himmlera powinna podjąć zdecydowane działania wobec tego zagrożenia, jakim są Żydzi, a Niemcy tego właśnie oczekują od polskich władz. Trzeba nie umieć czytać dokumentów historycznych i nie mieć zrozumienia dla ówczesnych realiów, aby łudzić się, że żądania z końca 1938 r. byłyby ostatnimi. Oczywiście, zgadzam się z argumentem, że Polacy nie robili pogromów, że niezwykle trudno zakładać, aby Polacy własnymi rękami mogli budować obozy zagłady. Ale pewnego dnia musielibyśmy przecież wpuścić wojska niemieckie na swoje terytorium w ich marszu na Wschód. Inaczej nie można wyobrazić sobie wspólnej wyprawy na Rosję, o której zawsze myślał Hitler. Położenie Węgier jest nieco inne niż Polski, to przez Polskę wiodą główne szlaki komunikacyjne z Niemiec do Rosji. Dlatego, w mojej opinii, decyzja o odrzuceniu żądań niemieckich, chociaż niezwykle kosztowna dla narodu polskiego, była rozwiązaniem w pełni uzasadnionym i jedynie możliwym.
W podpisanym 25 sierpnia 1939 r. traktacie sojuszniczym z Wielką Brytanią i dołączonym do niego tajnym protokole nie znalazły się postanowienia dotyczące gwarancji dla integralności terytorialnej Rzeczypospolitej. Czy fakt ten można uznać za poważny błąd ze strony polskich negocjatorów?
W traktacie była klauzula konsultacyjna mówiąca o tym, że żadna z umawiających się stron nie zawrze pokoju na własną rękę, bez porozumienia z drugą. To oznaczało, że takie zdarzenia jak np. konferencja w Teheranie, w listopadzie 1943 r., na której Wielka Brytania cedowała na rzecz Sowietów połowę terytorium państwa polskiego, bez porozumienia z rządem RP w Londynie, nie mieściły się w logice sojuszu. Traktat sojuszniczy z 25 sierpnia nie zawierał żadnych postanowień na okoliczność agresji ze strony Związku Sowieckiego. Wbrew jednak temu, co domniemywał np. profesor Jerzy Łojek, że możliwe byłoby wiosną i latem 1939 r. wynegocjowanie postanowień mówiących o tym, iż Wielka Brytania coś dla nas zrobi, gdyby napadły na nas Sowiety, sądzę, że było to całkowicie niemożliwe. Wydaje mi się, iż nawet gdyby polsko-brytyjski traktat o pomocy wzajemnej zawierał klauzulę przewidującą np. wzajemne konsultacje w razie uderzenia ZSRS na Polskę, to Wielka Brytania nie wypowiedziałaby wojny temu państwu. Zasadą brytyjskiej polityki po 23 sierpnia 1939 r. stało się działać tak – by nie wpychać ZSRS w ramiona Niemiec. Nie mogliśmy więc nic uzyskać, jestem o tym przekonany. Zresztą już w 1934 r. marszałek Piłsudski z niezwykłą przenikliwością zauważył, że gdyby doszło do agresji ze strony Niemiec, Polska może oczekiwać mniej lub bardziej realnego wsparcia politycznego i wojskowego przez Zachód, podczas gdy w przypadku napaści ze strony Sowietów uzyskanie takiego poparcia pozostaje poza zasięgiem możliwości! Opinia Piłsudskiego jest jednym z najbardziej celnych komentarzy na temat geopolitycznego położenia Polski w XX wieku.
Czy w realiach lat 1938-39 możliwe było powstanie koalicji antyhitlerowskiej z udziałem Związku Sowieckiego, o czym przez lata przekonywała nas propaganda komunistyczna, a dziś jest to ulubiona teza wielu rosyjskich publicystów i bliskich Kremlowi historyków?
Każdy w ówczesnej Europie, kto prześledził 20 lat polityki Sowietów, począwszy odroku 1917 i znał jej doktrynalne założenia, mógł dojść do przekonania, że Związek Sowiecki nie będzie w nadchodzącej wojnie walczył po stronie mocarstw zachodnich. Powstaje bowiem pytanie: o co Sowieci w sojuszu z Zachodem mieliby się bić? Co mogliby w nim zyskać? Polska nie zgodziłby się przecież dobrowolnie oddać połowy swego terytorium. Mocarstwa zachodnie także nie były wówczas gotowe do handlu innymi państwami. Warto może w tym miejscu powiedzieć, że pomimo zerwania przez Hitlera bardzo dobrych stosunków łączących Moskwę z Berlinem w okresie Republiki Weimarskiej, nie ustały różnego rodzaju sondaże na rzecz zbliżenia obu mocarstw. Jedną z takich prób było podjęcie w 1936 r. rozmów w Berlinie, na szczeblu delegacji gospodarczych, które prowadził z polecenia Stalina dyplomata sowiecki Dawid Kandelaki. Dał on wówczas Niemcom do zrozumienia, że oprócz traktatu handlowego, jeśli Berlin sobie tego życzy, możliwe jest także porozumienie polityczne tworzące szerszą bazę stosunków wzajemnych. Hitler, po konsultacjach z Göringiem i von Neurathem, podjął wówczas decyzję od odrzuceniu propozycji sowieckiej. Takich sondaży było więcej. Warto więc przypomnieć, że polski ambasador w Moskwie, Juliusz Łukasiewicz oznajmił w czerwcu 1935 r. w MSZ w Warszawie, że gdyby Hitler tylko zechciał, to pakt Hitler-Stalin byłby natychmiast gotowy. Prorocza teza!
Dlaczego zatem już po wysunięciu przez Rzeszę żądań w sprawie Gdańska i autostrady, władze Rzeczpospolitej zignorowały dość liczne, napływające wówczas z różnych stron, ostrzeżenia o możliwości wspólnej agresji Niemiec i Sowietów na Polskę?
W polskim kierownictwie bardzo silne było wówczas przekonanie o rozbieżnościach ideologicznych między Berlinem i Moskwą, które miały uniemożliwić zbliżenie obu mocarstw. To nie był jedyny argument, ponieważ wszelkie pogłoski na ten temat Beck traktował jako środek niemieckiego szantażu mający zmusić Polskę do kapitulacji, do przyjęcia żądań Hitlera. Beck przewidywał także, że po uzyskaniu przez Polskę gwarancji brytyjskich, przekształconych następnie w sojusz, co w efekcie doprowadziło do powstania bloku sojuszniczego polsko-brytyjsko-francuskiego, Związek Sowiecki nie zdecyduje się na wejście do wojny po stronie Berlina. Zakładał więc neutralność Sowietów w pierwszej fazie wojny. Uważał, że takie stanowisko Sowietów byłoby racjonalne z ich punktu widzenia, bo pozwoliłoby im zyskać na czasie, podczas gdy Polska i mocarstwa zachodnie wykrwawiałyby się w wojnie z Hitlerem. Zakładał przy tym, że Stalin będzie chciał interweniować w ostatniej fazie konfliktu, a więc wówczas, gdy dość łatwo mógłby osiągnąć swe cele, korzystając z wyczerpania obu stron. To zaś oznaczało, że Polska przez pewien czas może liczyć na spokój od Wschodu. Jednocześnie Beck ani przez moment nie tracił z pola widzenia swego zasadniczego przekonania, że Sowiety są państwem wrogo nastawionym do Rzeczpospolitej, że w sprzyjających warunkach zechcą nas pozbawić niezależnego stanowiska w Europie, a być może i niepodległości.
Informacje o istnieniu tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow jeszcze przed wybuchem wojny uzyskały rządy Stanów Zjednoczonych, Włoch i …Francji oraz Wielkiej Brytanii. Polskiemu wywiadowi nie udało się do nich dotrzeć. Co sprawiło, że np. władze francuskie nie poinformowały nas normalną drogą dyplomatyczną o tak istotnych dla losu Polski postanowieniach?
Francuzi, zapewne, uznali, że Polska skapituluje pod wpływem tej wiadomości albo też informacje te spowodują takie zamieszanie w polskim naczelnym dowództwie, że Wojsko Polskie zamiast bronić się przez pół roku, jak przewidywał szef francuskiego sztabu generalnego, generał Maurice Gamelin, będzie stawiało opór znacznie krócej. Wobec tego zatajono te informacje. Aczkolwiek 31 sierpnia, na kilkanaście godzin przed salwą pancernika Schleswig-Holstein na Westerplatte, minister spraw zagranicznych Francji, Georges Bonnet powiedział ambasadorowi Polski w Paryżu, Juliuszowi Łukasiewiczowi, iż do sowiecko-niemieckiego układu z 23 sierpnia dołączony został tajny protokół, w którym jest mowa o dwóch rzeczach, a mianowicie, że Besarabię odzyska Związek Sowiecki, a kraje bałtyckie będą podzielone pomiędzy oba mocarstwa. Łukasiewicz zapytał wówczas, czy o Polsce jest mowa w tym dokumencie, Bonnet zaś na to odpowiedział „nie ma takich wiadomości”. Nie mówił prawdy, bo kilka dni wcześniej ambasador francuski w Berlinie, Robert Coulondre dowiedział się „z otoczenia” szefa Kancelarii Rzeszy, Hansa Lammersa o pełnej treści tajnego protokołu i już 25 sierpnia przekazał te informacje Bonnetowi. Włochy nie podjęły żadnych działań po uzyskaniu informacji o tajnym protokole. Jeżeli zaś chodzi o Stany Zjednoczone, to znamy treść zapisu, który poczynił w swoim dzienniku Adolf Berle, asystent szefa gabinetu sekretarza stanu, Cordella Hulla. Otóż Berle zanotował, że „Polska znalazła się teraz w takim położeniu, że ma do wyboru albo samobójstwo, albo śmierć”, przy czym słowo „samobójstwo” oznaczało w tym wypadku kapitulację.
Czy sądzi pan, że gdyby rząd II RP wszedł w posiadanie informacji o planowanym rozbiorze Polski, to w ostatniej chwili poszedłby na ustępstwa wobec Berlina?
Sam Beck uznałby te rewelacje za kolejne pociągnięcie w niemieckiej polityce szantażu. W tej sprawie jego stanowisko, pod wpływem rozgrywających się wydarzeń, nie ulegało zmianie. Możemy upatrywać w tym dowód jego słabości jako polityka. Ja jednak widzę to inaczej. Aby to wytłumaczyć, odwołałbym się do uwarunkowań psychologicznych. Otóż nie jest łatwo przyjąć do wiadomości scenariusz najgorszy z możliwych. Zawsze trzymamy się nadziei, nigdy nie przychodzi nam łatwo uznać, że wszystko jest stracone. Przyjęcie bowiem do wiadomości, że zbliżenie niemiecko-sowieckie i rozbiór Polski są nieuniknione, byłoby stwierdzeniem właśnie tego – że nie ma już nadziei.
Skoro Francuzi wiedzieli o postanowieniach umowy zawartej przez Hitlera ze Stalinem a także o przeprowadzonej między 7 i 9 września częściowej mobilizacji Armii Czerwonej, to czy informacje te wpłynęły w jakiś sposób na podjętą przez aliantów w Abbeville 12 września 1939 r. decyzję o zaniechaniu działań zbrojnych przeciwko Niemcom?
Moim zdaniem informacje o tajnym protokole niemiecko-sowieckim z 23 sierpnia nie miały większego znaczenia dla postawy mocarstw alianckich. Już w maju 1939 r. zapadła decyzja o zaniechaniu otwarcia frontu zachodniego w początkowym okresie wojny, o ile wojna taka wybuchnie. To postanowienie było ściśle tajne – ukryte przed stroną polską i sprzeczne z polsko-francuskim protokołem interpretacyjnym z 19 maja 1939 r. Orientacja strategiczna aliantów, ustalona w konsultacjach sztabowych wiosną 1939, nie uległa zmianie pod wpływem wydarzeń późniejszych. Dopiero ex post, generał Gamelin w swoich wspomnieniach zatytułowanych Servir (Służyć), rozliczał się z bezczynności podległej mu w 1939 r. armii, pisząc o sowieckiej napaści na Polskę, która stworzyła sytuację całkowicie nową i sprawiła, że Polski nie można było uratować. A zatem nawet mając zabezpieczoną neutralność ZSRS, Polska nie otrzymałaby wówczas żadnej pomocy wojskowej ze strony swych aliantów.
Jakie działania podjął minister Józef Beck po napaści Sowietów na Polskę 17 września 1939 r. ?
Gdy tylko upewnił się, że przekroczenie granicy polsko-sowieckiej przez Armię Czerwoną jest po prostu agresją zbrojną na państwo polskie, wysłał telegram do polskiego konsulatu w rumuńskich Czerniowcach. W telegramie tym zawarta została niezwykle jasna, klarowna ocena tego faktu – „mamy do czynienia z wszelkimi cechami klasycznej agresji”, czyli wojny. Prawo międzynarodowe nie zna stanu pośredniego miedzy pokojem a wojną. Jeśli polski minister spraw zagranicznych mówi więc o agresji – nota bene zdefiniowanej w konwencji londyńskiej z 3 lipca 1933 – to nie może być wątpliwości, że ma on na myśli stan wojny. Nie ma agresji nie pociągającej stanu wojny. To jest w rozumieniu prawa narodów bardzo jasne.
Czy nie było jednak błędem ze strony rządu i prezydenta Rzeczypospolitej zaniechanie wydania oficjalnego oświadczenia na użytek obywateli RP, a także społeczności międzynarodowej w wyraźny sposób stwierdzającego fakt zbrojnej agresji i notyfikującego stan wojny pomiędzy Rzeczpospolitą a Związkiem Sowieckim?
Oświadczenie takie, rzeczywiście, nie zostało wydane, bo już następnego dnia,18 września po przekroczeniu granicy z Rumunią rząd i prezydent RP zostali internowani i właściwie aż do 30 września 39 r., kiedy powstał rząd na uchodźstwie we Francji, rząd RP nie funkcjonował. Moim zdaniem za tę sytuację należy winić zamieszanie spowodowane internowaniem polskich władz w Rumunii. Nie przeczę, że akt taki byłby potrzebny. Nie wydaje mi się jednak, aby rękojmie prawa międzynarodowego cokolwiek więcej mogłyby nam dać w późniejszym politycznym biegu wydarzeń wojennych aż po Teheran i Jałtę, zważywszy na politykę siły stosowaną przez Sowiety i zdradę polskich interesów przez mocarstwa zachodnie.
Jakie były motywy storpedowania przez Stalina w końcu września 1939 r. niemieckiego pomysłu utworzenia marionetkowego państwa polskiego na ziemiach centralnej Polski ?
Niemcy istotnie myśleli o tym. Była nawet powołana komisja do studiów na tym problemem, której przewodniczył były niemiecki ambasador w Warszawie, von Moltke. Państewko takie, gdyby powstało, byłoby wprawdzie bardzo silnie uzależnione od Rzeszy, ale mogłoby jednak pełnić rolę czynnika przyciągającego jakieś czynniki polskie i miałoby jakiś rodzaj autonomii. Przez sam fakt swego istnienia stwarzałoby Polakom ograniczone, ale jednak jakieś możliwości podejmowania działań politycznych pod kuratelą Niemiec. W przyszłości mogłoby zaś zostać wykorzystane przeciwko Sowietom, bowiem Hitler nigdy nie pozbył się myśli o podboju Rosji. Nie wiemy, jakimi argumentami konkretnie kierował się Stalin, odrzucając ten niemiecki pomysł, ale na pewno kierował się sowiecką racją stanu. Zresztą już po wymordowaniu wiosną 1940 r. ponad 20 tysięcy polskich oficerów, Stalin sam podjął pierwsze, bardzo jeszcze nieśmiałe, próby gry kartą polską. Jesienią 1940 r. urządzone zostały np. w ZSRS obchody mickiewiczowskie, nastąpiło pewne złagodzenie kursu wobec Polaków. Choć z drugiej strony, aż do momentu uderzenia Niemiec na Sowiety w czerwcu 1941 r. kontynuowane były aresztowania i wywózki do obozów pracy oraz na osiedlenie na Syberii i w Kazachstanie tych obywateli polskich, którzy uznani zostali za elementy wrogie. Na wiele pytań nie będziemy znać odpowiedzi chyba nigdy. Nie wiemy, jaka byłaby polityka Stalina wobec ludności polskiej, gdyby postanowienia tajnego protokołu z 23 sierpnia zostały dokładnie wykonane i nie były zmodyfikowane układem o przyjaźni i granicy z 28 września 1939 r. Przypomnijmy, że pierwszy układ Ribbentrop-Mołotow ustanawiał podział Polski wzdłuż linii rzek Narwi, Wisły i Sanu. Oddałoby to w ręce Stalina znaczną część terytoriów „Polski etnograficznej”. Zapewne wówczas w zasięgu NKWD znalazłoby się dużo więcej polskich oficerów. Czy w takim wypadku władze sowieckie prowadziłyby również na tych ziemiach masowe zbrodnicze deportacje? Jeśli tak – to straty polskie w dobie ostatniej wojny byłyby jeszcze większe.
Odrzucenie przez II Rzeczpospolitą drogi prowadzącej do stania się satelitą Niemiec, a także alternatywnego rozwiązania, polegającego na dobrowolnym zrzeczenia się połowy terytorium na rzecz ZSRS i poddaniu Polski procesowi mniej lub bardziej jawnej sowietyzacji w PRL-owskiej historiografii uznano za przejaw chorobliwej, nierealistycznej mocarstwowości przedwrześniowej Polski...
Komuniści szczególnie chętnie wykorzystywali ten argument, aby skompromitować i oczernić władze II Rzeczpospolitej. Oto bowiem Piłsudski i jego spadkobiercy budowali Polskę mocarstwową, która rozpadła w ciągu dwóch tygodni. „Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. (…) Rząd polski rozpadł się i nie daje oznak życia”. – To były słowa użyte w nocie uzasadniającej agresję ZSRS na Polskę, podpisanej przez Wiaczesława Mołotowa, którą jego zastępca, Władimir Potiomkin odczytał i następnie usiłował wręczyć ambasadorowi RP, Wacławowi Grzybowskiemu o trzeciej nad ranem 17 września 1939 r. Nawiasem mówiąc ambasador Grzybowski odmówił przyjęcia noty, protestując przeciwko jednostronnemu zerwaniu przez Sowiety traktatów zawartych z Polską.
Pamiętajmy jednak, że pojęcie mocarstwa wówczas a dzisiaj to dwie różne rzeczy. Piłsudski i Beck dzielili państwa na trzy kategorie. Pierwszą stanowiły wielkie mocarstwa, w rodzaju Wielkiej Brytanii, Francji czy hitlerowskich Niemiec, posiadające interesy światowe. Do drugiej zaliczali państwa, które są klientami wielkich mocarstw i w związku z tym nie prowadzą samodzielnej polityki zagranicznej, za takie państwo uznawali np. Czechosłowację. Natomiast do trzeciej kategorii należały państwa nie będące wielkimi mocarstwami, ale prowadzące własną, niezależną politykę. Za państwo ostatniego rodzaju uznawali Polskę i gorąco pragnęli, aby II Rzeczpospolita to zadanie wypełniała. Co ciekawe, za państwo „klientalne” uważali Rumunię, a za państwo samodzielne – Szwecję, która miała wprawdzie niewiele ludności i dysponowała niezbyt atrakcyjnym terytorium, ale prowadząc pokojową politykę potrafiła twardo bronić swoich interesów, nie stając się niczyim narzędziem w stosunkach międzynarodowych.
Jeśli więc przed Wrześniem piłsudczycy traktowali Polskę jako mocarstwo, to przede wszystkim chodziło im o zachowania jej podmiotowości na arenie europejskiej…
Szczytem marzeń Piłsudskiego i Becka było doprowadzenie do takiej sytuacji, aby żadne problemy pokoju i bezpieczeństwa w Europie Środkowo-wschodniej nie mogły być rozstrzygane bez przyzwolenia Rzeczypospolitej, bez wysłuchania jej głosu, zgodnie z zasadą nihil de nobis sine nobis („nic o nas bez nas”). To się ostatecznie nie udało, chociaż do roku 1938 wydawało się, że Polska z sukcesem realizuje ten postulat.
Rozmawiał Jacek Piasecki
* Dr hab. Marek Kornat – docent w Instytucie Historii PAN oraz profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie; autor monografii „Polska 1939 roku wobec paktu Ribbentrop–Mołotow” (PISM 2002) oraz m.in. książek: „Polska szkoła sowietologiczna (1930–1939)” (Arcana 2003), „Polityka równowagi (1934 – 1939). Polska między Wschodem a Zachodem” (Arcana 2007).
Przedruk całości tekstu lub jego fragmentów jest możliwy po uzyskaniu zgody Autora.
j.piasecki@o2.pl
Komentarze
Pokaż komentarze (1)