Widząc wczoraj prawdziwy wysyp informacji na temat Jacka Magiery, przemknęło mi przez myśl, że były Jego urodziny. Nie było to bezpodstawne skojarzenie - Jacek Magiera wielokrotnie rodził się na nowo, czy to wracając do składu Legii za czasów Dragomira Okuki czy przychodząc do nas jako trener i zdobywając mistrzostwo Polski.
Niestety, Pan Piłkarz i Pan Trener zmarł najbardziej bezsensowną śmiercią jaka jest- taką, gdy wypadek losowy funduje człowiekowi jego własny organizm. Król taktu, Gość z klasą - tego taktu zabrakło Mu niestety wczoraj, ten jeden jedyny raz.
Zaczynał swoją nową przygodę w kolejnym miejscu, które w przedziwny i sobie tylko znany sposób czynił lepszym - w reprezentacji Polski.
Nie, śmierć Jacka Magiery nie wstrząsnęła mną przede wszystkim z powodu Jego wieku. Śmierć Jacka Magiery wstrząsnęła mną głównie dlatego, że był Jackiem Magierą.
Historia Jacka Magiery to inspirujące losy człowieka spoza Warszawy, który zakochał się w niej z wzajemnością. Ze swojej miłości nie zrezygnował, zsyłany na wypożyczenia do Łodzi czy Częstochowy.
Jacek Magiera chodził na pielgrzymki, uczestniczył w obchodach rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, pomagał w schronisku dla zwierząt jako trener Śląska Wrocław. Dobry człowiek, choć bez żadnej świętoszkowatości.
W pożegnaniach zdecydowanie nie podobało mi się określanie Magiery "działaczem", słowem o - delikatnie pisząc- reputacji nadszarpniętej. "Działacz" to mieszanina rubaszności i przaśności, utopionych w morzu wódki i spętanych niejasnymi powiązaniami. "Działacz" to przeciwieństwo Jacka Magiery.
Magiera był połączeniem najlepszych cech pasjonata i profesjonalisty, wolnym od jakiegokolwiek przejawu zepsucia, którego przecież w futbolu mnóstwo. Był przeniesionym z innej epoki, jakby zatrzymanym w czasie (choć doskonale przyswajającym wciąż to nowe nauki) uosobieniem normalności. Zero pokazówki, gwiazdorzenia, olej w głowie zamiast żelu we włosach.
Nie pamiętam drugiego takiego piłkarza Legii o mądrości profesora - może poza Jackiem Bednarzem. Nie pamiętam drugiego takiego, który jako trener innego klubu dostawał od kibiców Legii owację.
Wraz z całą ekipą trenera Dragomira Okuki Jacek Magiera w 2002 roku przywrócił Stolicy należne miejsce na futbolowej mapie kraju. Pierwsze mistrzostwo Legii, które przeżywałem jako świadomy kibic.
Byłem młodocianym łowcą autografów, polującym na piłkarzy, by zdobyć podpis, a czasem nawet bezczelnie wdzierającym się do sal bankietowych, w których zawodnicy ze sztabem spędzali czas po meczach. Tak było po meczu Barcelona-Legia, w 2002 roku. Jacek Magiera grał w tym spotkaniu - wiele z ówczesnych gwiazd Barcelony, których podpisy wydawały mi się prywatnym mistrzostwem świata również zasiada aktualnie na ławkach trenerskich.
Szukałem wszędzie Jego podpisu. Szukałem, szukałem i nie mogłem znaleźć. Całe Jego życie było podpisem. Podpisem w najlepszym stylu z możliwych.
Nigdy Cię nie zapomnimy, Trenerze




Komentarze
Pokaż komentarze (1)