Rano przy śniadaniu przez moment rzuciłem okiem na ekran TV a na nim premier rządu polskiego dwoił się i troił, czyli robił co mógł, żeby w Elblągu organem stanowiącym miejscowego samorządu miejskiego została pewna pani, a nie pewien pan. Zrana, z kulawą nogą przed szpitalem. Taaakie poświęcenie!!!
Ale nie ta „gminna” polityka personalna premiera jest tu najistotniejsza.
Kiedy nalewałem kawę i mleczko doleciały do mnie słowa premiera, jak to jego żona wymogła na nim, że skoro już musi być premierem i reprezentować Rzeczypospolitą, to niech przynajmniej dobrze wygląda.
Hm… ja zawsze myślałem, że Rzeczypospolitą to reprezentuje pan prezydent, a ten aktualny, to raczej dobrze wygląda, no ale może żona premiera wie lepiej.
Ale zaraz po tej refleksji zaczęło świdrować mój umysł pytanie, co to znaczy, żeby premier dobrze wyglądał… I tu dochodzę do wniosku, że żonie premiera to chodziło o to, żeby on chudy był, co potwierdza myśl, że baby to jakieś inne są i wszystko na opak traktują.
Rozwijając tę myśl, dochodzę do wniosku, że przesłanka posiadania pożądanego przez żonę premiera wyglądu zewnętrznego była decydująca przy doborze kandydatów na stanowiska ministrów. Chodziło o to, żeby byli to ludzie dobrze wyglądający. Dobrze, czyli chudzi… Tak jak patrzę na te persony polskiego rządu, to widzę tam rząd chudych ludzi (no może są jakieś wyjątki) bo tak żona premiera chciała…
Nie muszą być mądrzy, byleby dobrze wyglądali… w jej pojęciu.
PS. Dopiero wieczorem dosłuchałem, że nie chodziło tam o to, żeby premier dobrze wyglądał ale premierowa... i stąd konieczność kupowania jej kiecek z pieniędzu partyjnych, bo premiera na te kiecki nie stać...
Q.wa mać!!!
Inne tematy w dziale Polityka