Mój czwarty czerwca. Nie bardzo pamiętam sam dzień wyborów, w mojej pamięci utkwiło coś innego, związanego nierozerwalnie z dzisiejszą rocznicą. Był to 1 albo 3 maja 1989 roku, solidarnościowa manifestacja w Warszawie, na którą zabrała mnie mama. Kolorowy tłum wyruszył spod kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, przez plac Komuny Paryskiej (jeszcze!) na błonia między Starym Miastem a Wisłostradą.
Ludzie wznosili okrzyki „dziś milicji nie bijemy” i „rzućcie pały, chodźcie z nami” - stojący na chodniku milicjanci patrzyli obojętnie, niektórzy się uśmiechali. Potem, na błoniach odbyła się prezentacja kandydatów „Solidarności” w zbliżających się wyborach. Przyjechali na platformach samochodowych. Ludzie wiwatowali, prawdziwy wybuch entuzjazmu nastąpił, gdy „nasi kandydaci” dotarli pod zaimprowizowaną scenę. To była moja inicjacja obywatelska i polityczna zarazem – miałam wtedy 11 lat.
Co zostało z tamtego entuzjazmu? Paweł Lisicki w dzisiejszej „Rzepie” z lekkim sarkazmem pisze, że przez ostatnie dwadzieścia lat Polacy z narodu bohaterów stali się konsumentami, a polskie sprawy „zeszły na margines wielkiej Historii”. A więc wzrost gospodarczy. Dobrobyt. W dzienniku „Polska” ilustruje to wykres „coraz bliżej Zachodu”: tempo wzrostu PKB z głębokiej recesji w roku 1990 (-10,5 proc.!) podskoczyło do + 7,1 proc. w połowie lat dziewięćdziesiątych. Dziś mamy + 0,8 proc. i jest to najsłabszy wynik w całym dwudziestoleciu. Autostrad mamy mniej niż Czesi, ale za to więcej niż w 1989 roku jest toalet na wsiach.
A więc ciepła woda w kranie. Ulubione hasło sławiących epokę post-polityki komentatorów „Dziennika” (Robert Krasowski, Cezary Michalski). Ale „Dziennik” o tym dziś nie pisze. Piórem Jana Rokity wysławia za to 4 czerwca jako zwycięstwo narodu odniesione wbrew elitom politycznym. I domaga się równoległego świętowania 12 września (rocznicy powołania rządu Mazowieckiego) jako „Święta Polskiej Suwerennej Polityki”. A co z post-polityką i unieważnianiem podziałów na lewicę i prawicę? Zaskakujące dla Krasowskiego i Michalskiego może być, że podobny pomysł wysuwał już w 1987 roku Adam Michnik. W wywiadzie dla dzisiejszej „Rzepy” Lech Kaczyński wspomina: „Toczyły się rozmowy w wąskich gronach o przyszłości politycznej Solidarności. Miałem wtedy ważną dla mnie nocną rozmowę z Michnikiem. Zapytał o politycznego następcę Solidarności. Odpowiedziałem, że pewnie będzie to jakiś rodzaj partii socjaldemokratycznej, ale prokościelnej. A on, że nie, że to będzie po prostu jedna partia Solidarność. To była koncepcja: my nie z lewa, nie z prawa, tylko z Solidarności.”
Koncepcja post-polityki wraca więc po dwudziestu latach w nowym kostiumie. Wtórność aż kłuje w oczy. A co dziś pisze jej autor? W „Gazecie wyborczej” komentarz Michnika „Święto wolności”: „Szczególna wdzięczność należy się przywódcom obu stron wojny polsko-polskiej – Lechowi Wałęsie i Wojciechowi Jaruzelskiemu. Obaj dobrze zasłużyli się Polsce”. Także w „GW” Tadeusz Mazowiecki zapytany, czy podczas dzisiejszych obchodów „stanąłby ze wszystkimi” (z Tuskiem, Kaczyńskim, Wałęsą, Kwaśnieskim) odpowiada: „Tak, stanąłbym ze wszystkimi. Z generałem Jaruzelskim też. Uważam, że to jest bardzo niedobre, że oni wszyscy nie dostrzegają, jak ogromne miałoby znaczenie, gdyby coś takiego się stało. To jest małość”.
Nie tak dawno Czesław Kiszczak przed sądem stwierdził, że „Solidarność” nie wzięła nic, czego władza nie zechciała sama jej dać. Generał wspominał pewne spotkanie na basenie w Arłamowie, kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego. Przywódcy junty mocząc dupska w wodzie mieli wtedy wykombinować, że dobrze by było podzielić się władzą z konstruktywną opozycją. A więc zapraszając Jaruzelskiego na obchody 4 czerwca trzeba by koniecznie pamiętać o basenie w Arłamowie. To ważny symbol, może nawet ważniejszy niż okrągły stół. Czy naprawdę takiego „święta wolności” pragnie Adam Michnik? Czy mamy świętować, że od dwudziestu lat pływamy w basenie, do którego wody napuścili nam Kiszczak z Jaruzelskim?
Jeszcze raz Paweł Lisicki: „ w ostatnich dwudziestu latach polskość została poddana szczególnej pedagogice: zamiast narodowej dumy uczono nas wstydu i podejrzliwości wobec silnej, narodowej tożsamości”. Pośrednim efektem tego stanu ducha było, że „komuniści uzyskali gwarancję bezkarności” i zabrakło rozliczeń z ludźmi poprzedniego ustroju. W "Polsce" możemy przeczytać wywiad z ofiarą tej „szczególnej pedagogiki” - Joanną Szczepkowską, kobietą, która w październiku 1989 roku o głosiła, że 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm: „Mam świadomość, że takie rozliczenie jest trudne. Wiele osób, które uważam za swoje autorytety, sądzi, że lepiej tego nie robić”. Smutne potwierdzenie słów Lisickiego...
Na koniec trochę optymizmu. Ilość imprez i happeningów z okazji 4 czerwca jest doprawdy budująca. Polacy okazują radość jak kraj długi i szeroki, a nawet poza granicami. Jedna z tych nieoficjalnych akcji ma szansę przejść do historii. Myślę oczywiście o Pawle Althamerze i jego złotym boeingu z napisem „zaczęło się w Polsce”, którym zabrał do Brukseli swoich sąsiadów z warszawskiego Bródna. Tak trzymać!
Zdecydowanie wolę złotego boeinga Althamera niż basen Kiszczaka.
pozdrawiam!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)