26 obserwujących
70 notek
141k odsłon
  1340   0

Garść przemyśleń na temat ordynacji wyborczej w Polsce

Temat ordynacji wyborczej wraca ciągle. Czy są to JOWy czy D'Hondt. Czy obecna ordynacja wyborcza jest dobra i czy ew. można by ją poprawić?

Zasadniczym pytaniem jest, co to znaczy, że ordynacja jest dobra. Z jednej strony powinna być sprawiedliwa i w miarę proporcjonalnie przekładać poparcie na reprezentację w parlamencie, z drugiej strony powinna umożliwiać w miarę sprawne rządzenie, a więc nie powodować zbytniego rozdrobnienia ugrupowań politycznych.

Ogólnie rzecz biorąc ordynacja, którą mamy teraz podoba mi się. W sejmie, gdzie tworzone jest prawo i wybierany jest rząd, mamy ordynację proporcjonalną, opartą na listach, a w senacie, który zajmuje się recenzowaniem i poprawianiem tego, co wyprodukuje sejm, obowiązują jednomandatowe okręgi wyborcze, a więc przynajmniej w teorii nie ma partyjniactwa i można wybierać kandydatów zupełnie niezależnych. Co nie znaczy, że przynajmniej kilku rzeczy nie dałoby się poprawić, aby nie powtarzały się już patologie, które od jakiegoś czasu można w polskich wyborach obserwować.

Zacznijmy więc od sejmu i słynnej metody D'Hondta. Zasadnicze pytanie polega na tym, jak rozdzielić w miarę sprawiedliwie ustaloną w danym okręgu liczbę mandatów, pomiędzy kandydatów. Można by naiwnie powiedzieć - rozdzielmy mandaty po prostu według liczby zdobytych głosów. Jednakże to prowadziłoby do bratobójczej walki w ramach list. Przykładowo lider, który zdobyłby bardzo dużą liczbę głosów, utopiłby pozostałych kandydatów z listy, którzy siłą rzeczy dostaliby znacznie mniej. To powodowałoby swoistą patologię - nie opłacałoby się wystawiać wyrazistych kandydatów, a wyborcy musieliby próbować się wstrzelić w miarę równomierny podział głosów. A efekt końcowy i tak byłby w dużej mierze dziełem przypadku. Stąd potrzebna jest metoda, która przydziela liczbę mandatów ma podstawie wyniku całej listy w okręgu, a dopiero potem przydziela mandaty konkretnym kandydatom na podstawie tego, ile głosów na liście zebrali. Taką właśnie metodą jest D'Hondt, choć są inne np. Sainte-Lague czy Hare'a-Niemeyera. W tej metodzie nie ma zmarnowanego głosu i nawet jeśli nasz kandydat nie wejdzie, to i tak głos liczy się w przydziale mandatów dla całej listy.

Mówi się, że D'Hondt daje premię zwycięzcom i to jest prawda. Można się zastanawiać czy tak powinno być, ale wydaje się, że jest to słuszne, gdyż wynika to z roli, jaką mogą odegrać partie w sejmie. Te z dużym poparciem będą tworzyć rząd bądź budować koalicje, te z mniejszym będą co najwyżej recenzować pracę tych większych np. przez udział w komisjach. Dzięki niewielkiej premii dla większych łatwiej jest stworzyć stabilną większość, co jest korzystne dla kraju. Wydaje się, że 43%, jakie zdobyło PiS, powinno już być na granicy samodzielnych rządów i tak właśnie się stało. W wyborach w 2011 roku PO zdobyło 39% głosów i było to za mało do samodzielnych rządów, ale wystarczył jeden koalicjant tj. PSL z 8% poparcia, aby utworzyć większościową koalicję. Gdyby nie D'Hondt, potrzebny byłby jeszcze trzeci koalicjant, a to znacznie utrudniłoby efektywne rządzenie.

To, co często prowadzi do patologii to niestety próg wyborczy. Jest to z jednej strony rzecz niezbędna, a z drugiej powodująca same kłopoty. Gdyby całkowicie zrezygnować z progu wyborczego w sejmie znalazłoby się bardzo dużo różnych małych komitetów, które nie miałyby żadnych szans na jakikolwiek udział we współrządzeniu. Z drugiej strony zabrałyby one głosy tym większym, powodując problemy ze zbudowaniem sensownej większości. Tak wyglądał sejm po 1991 roku, gdzie znalazło się w nim 29 ugrupowań, a największe kilka partii miało raptem po kilkudziesięciu posłów. To doprowadziło do rządów mniejszościowych, bardzo częstych zmian na stołku premiera, ciągłych kłótni i braku możliwości sformowania sensownej większości. Z drugiej strony istnienie progu też patologizuje sejm i to z kilku powodów. Po pierwsze powoduje zabetonowanie sceny politycznej. Obawa przed zmarnowaniem głosu powoduje, że nowe ugrupowania często nie mają szans na dobry wynik, nawet jeśli teoretycznie mają odpowiednie poparcie. Po drugie zmarnowane głosy powodują zaburzenie liczby przydzielonych mandatów, co prowadzi do swoistej patologii jaką mieliśmy w wyborach w 2015 roku, gdzie PiS z raptem 37% poparciem (a więc mniejszym, niż PO 4 lata wcześniej) otrzymało samodzielną większość.

Czy jest jakieś sensowne rozwiązanie problemu progu wyborczego? Przede wszystkim zlikwidowałbym większy próg dla koalicji. Nie widać specjalnie sensu takiego zapisu, a koalicje na wszelki wypadek i tak startują pod flagą jednego komitetu (jak Lewica dzisiaj), co jest tylko zbędnym zawracaniem głowy (np. przy rozliczeniach finansowych). Po drugie rozważyłbym jednak niższy próg np. na poziomie 3%. Czy są lepsze rozwiązania? Można by np. oddając głos na jedną listę, zaznaczać również listę drugiego (trzeciego itd.) wyboru, gdyby nasza nie dostała się do sejmu. W ten sposób po pierwsze nie byłoby obawy zmarnowania głosu i można by głosować na mniejsze partie bez obaw, a po drugie, nawet jeśli spory procent głosów nie znajdzie reprezentacji w sejmie, to jego skład lepiej będzie odzwierciedlał preferencje wyborców. Wracając do wyborów z 2015 roku, zapewne wyborcy Razem wskazaliby jako drugi wybór Lewicę i ta weszłaby do sejmu na normalnych zasadach, a nawet jeśli nie to wyborcy Lewicy zapewne nie wskazaliby PiS, więc nie dostałby on nic ponad te 37% i przynależne mu ok. 200 mandatów (oczywiście wyborcy Korwin być może wskazaliby PiS i to jednak dałoby większość, ale nie chcę już wchodzić w szczegóły, bo chodzi o zasadę).

Kolejny często podnoszony problem to sposób układania list wyborczych. Teoretycznie to wyborca decyduje, kto wejdzie do sejmu, w praktyce są miejsca zawsze biorące i gdyby nawet na jedynce w zwycięskim regionie umieścić małpę to prawdopodobnie weszłaby ona do sejmu. To z kolei powoduje, że władze partii mają naprawdę duży wpływ na to, kto znajdzie się w sejmie, co z kolei powoduje, że posłowie są w pewnym stopniu ubezwłasnowolnieni, gdyż większość wyborców i tak zagłosuje na "jedynkę". Być może rozwiązaniem byłoby losowanie miejsc na liście, ale to z kolei powodowałoby dużą losowość tego, kto znajdzie się w sejmie (wyborcy zapewne i tak głosowaliby na jedynkę). Spotkałem się z ciekawym pomysłem, aby listę prezentować w takiej formie, gdzie nazwiska ułożone są losowo w kółko, rozchodząc się promieniście od środka. To spowodowałoby trochę problemów przy głosowaniu (trzeba by obracać listę, aby znaleźć kandydata), ale przynajmniej nikt nie byłby w żaden sposób wyróżniony - nie byłoby początku, ani końca listy. Może warto się nad tym zastanowić? Dzisiaj tak wyglądają biorące miejsca w sejmie:

Lubię to! Skomentuj70 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka