Polskie życie polityczne dawno przestało być działalnością zwróconą na zewnątrz. Stało się maszyną kręcącą się wokół własnej osi: rozstrzyga sprawy wewnętrzne partii, rozlicza konkurencję, mobilizuje elektorat przeciw elektoratowi i na tym zamyka dzień. Nie produkuje. Przetwarza.
Klasyk opisywał korporację, która w pewnym momencie osiąga masę krytyczną. Zatrudnia sama siebie, zwalnia sama siebie, koryguje własne procedury, wyznacza sobie problemy i sama uznaje je za rozwiązane. Na zewnątrz nic już nie wychodzi, bo na zewnątrz nikt nie jest potrzebny. Organizacja jest dostatecznie duża, by utrzymać się z samego faktu istnienia. Partie doszły do podobnego punktu. Ich wewnętrzny taniec — kto kogo wykluczył, kto kogo nazwał, kto komu zarzucił, kto wygrał kolejny tydzień narracji — pochłania tyle uwagi społecznej, że wystarcza im to do trwania. Państwo występuje przy tym głównie jako dekoracja i jako źródło stanowisk.
Szkoda jest podwójna. Po pierwsze, nic się nie wytwarza: ani wartości ideowej, ani rozwojowej, ani nawet porządnego opisu rzeczywistości. Przetwarza się to, co zostawili poprzednicy, albo wykonuje polecenia płynące z zewnątrz. W tym układzie Polska nie działa jako podmiot, który coś proponuje Europie czy światu. Jest raczej protezą procesów rozgrywających się między większymi ośrodkami — europejskim, amerykańskim, chińskim. Partie mogą spierać się o to w tonie suwerennościowym albo europejskim, lecz spór pozostaje sporem o to, która z nich lepiej obsłuży już ustalone ramy. Autonomiczna praca nad własnym porządkiem schodzi na dalszy plan, bo wymagałaby wyjścia poza maszynę.
Po drugie, społeczeństwo zostaje wciągnięte w iluzję uczestnictwa. Kto śledzi politykę, komentuje ją i oburza się na kolejną wypowiedź, ma wrażenie, że bierze udział w rozstrzyganiu spraw publicznych. W rzeczywistości bierze udział w walce partii o notowania i o przetrwanie do następnego cyklu. Problemy, które naprawdę układają się w domach, szkołach, przychodniach i parafiach, do tej maszyny prawie nie docierają.
Weźmy szkołę. Samorządy przyznały nauczycielom podwyżki. Rodzice dowiadują się o tym najczęściej od dzieci albo z lokalnej notki. Nie było ogólnokrajowej rozmowy o tym, co właściwie zmieniło się w samej pracy. A zmieniło się sporo. Wychowawstwo, które przez lata uchodziło za lekkie, dodatkowe godziny, stało się jednym z najbardziej obciążających obowiązków: stres, odpowiedzialność, nieprzewidywalne relacje z uczniami i rodzicami, czasem realne zagrożenie. To nie drobiazg organizacyjny. To zmiana warunków, w jakich działa podstawowa instytucja społeczna. Polityka tego nie podjęła, bo nie da się tego łatwo przerobić na zarzut wobec konkurencji.
Albo sprawa z innego porządku: wizyta papieża we Francji i fala komentarzy, filmów, zdziwienia i sporów, jaka poszła po niej w mediach społecznościowych. Debata o Kościele, o jego miejscu, o reakcjach społeczeństw zachodnich miała swój publiczny przebieg. Świat polityki tego nie zauważył. Był zajęty mobilizowaniem własnych i szydzeniem z cudzych. Zjawisko o dużej skali przeszło obok, bo nie mieściło się w kalendarzu partyjnych rozliczeń.
Media ten stan utrwalają. Jedne i drugie, rządowe i opozycyjne, z równą starannością powielają niefortunne zdania, gesty i miny. Beznadziejne zachowanie polityka staje się na tydzień problemem ogólnokrajowym. Odmienia się je przez przypadki, analizuje, obśmiewa, podtrzymuje w kolejnych odbiciach. Kiedyś w domach inteligenckich, jeśli młodzieniec stuknął łyżeczką o spodek, mieszając herbatę, zwracano mu uwagę przy stole i sprawa gasła. Nie robiono z tego tematu rodzinnych narad. Dziś do dobrego tonu należy publiczne roztrząsanie najbardziej błahych politycznych potknięć, jakby od sposobu, w jaki ktoś się zająknął na konferencji, zależał poziom służby zdrowia, zbrojeń czy szkolnictwa. Nie zależy. Słowo fatalnie wypowiedziane nie zmienia ani gospodarki, ani postrzegania Kościoła, ani czegokolwiek poza słupkami na najbliższe dni.
Partie same sobie stwarzają problemy, same je przykrywają nowymi i same ogłaszają, że właśnie tym należy się zajmować. Upartyjnienie życia publicznego doszło do punktu, w którym codzienna uwaga społeczeństwa zużywa się na wewnętrzną konserwację maszyny. To jeszcze nie katastrofa, ale stan, w którym katastrofa staje się bardziej prawdopodobna: nie przez jeden głośny błąd, lecz przez systematyczny brak produkcji czegokolwiek poza sobą. Media mogłyby ten obieg przerwać, gdyby klikalność i słupki nie nagradzały dokładnie jego podtrzymywania. Na razie nagradzają. I wszyscy — politycy, redakcje, odbiorcy — utwierdzają się wzajemnie, że właśnie to jest treść życia publicznego.
Być może wyłom zrobią blogerzy. Nie dlatego, że stoją poza mechanizmem, lecz dlatego, że mogą zacząć pisać o tym, co jest ważne z punktu widzenia państwa, życia społecznego i zwyczajnego dobrostanu obywateli, a nie o tym, czym żyją partie. Zaklęty krąg da się przerwać, ale tylko przez krytykę samych partii: przez napisanie politykom wprost, że zajmują się autodestrukcją, powielając własne problemy i nie zajmując się społeczeństwem. Trzeba im zwrócić uwagę, że muszą z tego wyjść. Ryzyko jest oczywiste. Blogerzy też zabiegają o czytelność i statystyki, też zależy im, żeby felieton był czytany i komentowany. Tekst o rzeczy niepopularnej łatwo zostaje nieprzeczytany, podczas gdy relacja z dziwnego zachowania polityka albo z czegoś bardzo głupiego, co powiedział, idzie sama. To ten sam zamknięty obieg, tylko w mniejszej skali. A jednak właśnie na blogach, na tym portalu, może nastąpić jakieś orzeźwienie i autorefleksja. Życzyć sobie wypada, żeby zajmować się Polską, a nie samowystarczalną polityką.
Jarosław Banaś


Komentarze
Pokaż komentarze