Sobota rano sprzyja w Polsce dwóm zajęciom: piciu kawy oraz wydawaniu wyroków. Pierwsze czyni się zwykle w milczeniu, drugie — z zapałem niemal liturgicznym. Od trzech dni trwa bowiem, nabożeństwo żałobne nad serialem Netflixa, wystawionym rzekomo na ruinach „Lalki” Bolesława Prusa. Słychać, że pisarz przewraca się w grobie; że kanon został zhańbiony; że maturzysta, ów wieczny zakładnik narodowej wyobraźni, na zawsze zgubi trop i już nigdy już, nie odróżni powieści od widowiska. Słowem: stało się to, co w tym kraju zdarza się zawsze, gdy ktoś ośmieli się tknąć świętość znaną przeważnie ze streszczenia, ekranizacji lub z trzech obiegowych cytatów.
Tymczasem rzecz Pawła Maślony, Pawła Demirskiego i Jagody Dutkiewicz według mnie „Lalką” Prusa nie jest. I dobrze, powiadam - że przynajmniej nie udaje, iż nią jest. Zostały kostiumy, nazwiska, jakiś ogólny szkielet konfliktu oraz para, która od stu czterdziestu lat nie potrafi się porozumieć. Sposób obrazowania świata — ów chłodny, niemal laboratoryjny ogląd Warszawy — ustąpił grotesce, melodramatowi, sensacji i mowie, której Prus do salonu by nie wpuścił. To nie adaptacja. To wariacje na temat. Wokół Lalki. Z Lalką. Niekiedy wbrew Lalce.
W szaleństwie tym jest jednak metoda. Trzeba tylko przestać udawać, że zasiadło się do egzaminu z wierności literaturze.
Najosobliwsza w tej wrzawie bywa jej wybiórczość. Niedawno oglądano „Odyseję”, która z Homerem kanonicznym miała tyle wspólnego, ile pieczęć firmowa z heksametrem. I jakoś nie powstała Polska jak jeden mąż w obronie Greków. Firma Odyseja to nie Homer; rzecz jasna jak dzień. Disney od pokoleń kończy baśnie Braci Grimm tam, gdzie u Grimmów dopiero zaczyna się właściwy mrok. Hrabia Monte Christo w kolejnych przeróbkach wychodzi z lochów nie po to, by pozostać maszyną zemsty, lecz by — o zgrozo — zaznać odrobiny szczęścia. Przykładów takich mnożyć można aż do znużenia. Literatura od dawna bywa surowcem. Czasem szlachetnym, czasem lichym. Zawsze jednak surowcem.
Dlaczego tedy akurat Prus ma zostać nietykalnym? Dlatego, że „nasz”? Dlatego, że uczeń może się pomylić? Dlatego, że w zbiorowej pamięci utkwiła scena w pociągu, której serial nie powtórzył, gdyż — jak tłumaczył reżyser — nie służyła konstrukcji jego opowieści? Święte oburzenie nad brakiem jednej sceny, połączone z pobłażaniem dla swawoli czynionej Homerowi, nie jest troską o kanon. Jest instynktem własności. Homer należy do świata, Prus do nas. Światowi wolno. Nam nie.
Można serialowi wytknąć niemało: że hałaśliwy, że chwilami łopatologiczny, że dobitnie pokazuje to, czego Prus z temperamentu i z cenzury nie dopowiadał. Można nie znosić języka. Można uznać Orzeszkową w tej Warszawie za anachronizm, a pewne używki za ozdobnik z innej epoki. Są to zarzuty wobec dzieła konkretnego. Nie wobec samej myśli, że klasykę przetwarzać wolno. Jeśli każda wariacja ma być profanacją, kanon przestaje być organizmem żywym. Staje się gablotą.
Najciekawsze zaczyna się jednak dopiero wówczas, gdy przestaniemy mierzyć widowisko miarą szkolnego posłuszeństwa i spojrzymy na nie jak na przypowieść o łączeniu żywiołów.
U Prusa arystokracja i interes mijają się w salonie niczym dwa gatunki, ledwie rozpoznające wspólny język. On ma pieniądze i wolę. Ona ma nazwisko i pogardę. On pragnie wejść. Ona sobie nie życzy. Z tego zderzenia wychodzi klęska, albo przynajmniej owa wieloznaczna pustka, w której Wokulski znika, a Izabela zostaje z resztkami roli.
Twórcy serialu ukazują możliwość inną. Nie wypada kreślić zakończenia: część widzów jeszcze nie dobrnęła, a reszta poczułaby się urażona, że zepsuto im niespodziankę, której i tak się spodziewali. Dosyć rzec, iż i Staś Wokulski, i Izabela Łęcka wychodzą z tej konfrontacji z rzeczywistością usatysfakcjonowani. Niekoniecznie w sposób, jakiego życzyłaby sobie szkolna interpretacja. Ale usatysfakcjonowani.
A skoro już sięgamy po kreskę grubą, której Polska nie znosi, a bez której nic tu opowiedzieć nie sposób: w tamtym świecie arystokracja jest urodzeniem, interes — kapitałem. W naszym, z pewnym okrucieństwem analogii, jedni bywają polską arystokracją, drudzy polskim interesem; niechaj będą to, przykładowo, PiS i KO. Jedni mają mit, zasługę i przekonanie, że kraj należy do nich z tytułu historii. Drudzy mają relacje, rynki i wiarę, że nowoczesność sama się uświęca. I jedni, i drudzy od lat udają, iż strona przeciwna jest nie tylko przeciwnikiem, ale gatunkiem obcym. Serial podsuwa myśl nieznośną: że kłopot pokonać można, łącząc siły. Nie przez wzajemną kapitulację. Przez układ, w którym obie strony zachowują twarz.
Czy taki popis w Polsce jest możliwy? Czytelnik felietonu odpowie bez wahania: absolutnie nie. I będzie miał za sobą całą empirię ostatnich lat. Ja jednak pozostaję przy złudzeniu i przy nadziei, że może jednak. To nie program. To tylko sobotnia herezja: że dwa żywioły, które wzajemnie się brzydzą, mogą odkryć, iż osobno są karykaturą, a razem — choćby kruchym — to jednak wyjściem z impasu.
Oglądajcie tedy ów serial nie jako „Lalkę” Prusa, bo nią nie jest. Oglądajcie go jako wariację na temat sojuszu, który wydawał się niemożliwy. Tym bardziej że niebawem wejdzie film fabularny Macieja Kawalskiego: inna perspektywa, inna obsada, inny kontrakt z oryginałem. Dwie „Lalki” w dwa tygodnie to nie upadek kanonu. To rzadka chwila, w której literatura przestaje być relikwią i znowu staje się materiałem do sporu.
A spór, jak wiadomo, jest u nas jedyną formą wspólnoty, która jeszcze jako tako działa.
Jarosław Banaś



Komentarze
Pokaż komentarze (6)