Z całego filmu Wajdy, poświęconego Wałęsie, to właśnie najmocniej zapamiętam. To, że Danuta Wałęsa odebrała w Oslo przyznanego mężowi Nobla. Bo to, co Wajda zrobił w tym filmie najlepiej, to pokazał ile w tych sukcesach, nagrodach i sławie męża było właśnie jej – Danuty Wałęsy. I to, że właśnie jej, chyba najbardziej, ten Nobel się należał…
Obejrzałem film „Wałęsa – człowiek z nadziei” Andrzeja Wajdy. I powiem szczerze, że jestem rozczarowany. Jestem rozczarowany, bo pamiętam przecież jego dzieła naprawdę genialne. Dla mnie takie jego genialne dzieła są dwa. Pierwsze to „Pan Tadeusz”. Dlaczego?
Bo wajdowska ekranizacja mickiewiczowskiej epopei była dokładnie taka, jaka rysowała mi się w wyobraźni, gdy pierwszy raz czytałem dzieło naszego wieszcza. Te same obrazy, kolory, klimat, atmosfera. Gdy oglądałem ten film, miałem wrażenie, że Wajda po prostu przenosi na ekran obrazy jakby wyjęte z mojej własnej wyobraźni.
Drugi obraz to „Popiół i diament” z niezapomnianą rolę Zbyszka Cybulskiego. Rolą, która sprawia, że cały ten film – abstrahując od jego historycznego przesłania – aktorsko jest po prostu ponadczasowy. Gdy ogląda się go dziś, to dla mnie naprawdę nie ma w nim nic, co sprawiało by, że oglądam go, jako „stary” film. Bo niezależnie, kiedy go oglądałem, zawsze miałem wrażenie, że oglądam po prostu film współczesny.
Z „Wałęsą” tak nie jest. Mam wrażenie, że oglądam po prostu chronologiczny zapis historii życia najbardziej na świecie znanego elektryka. Zapis ubrany w konwencję rozmowy głównego bohatera z dziennikarką. Konwencję skopiowaną po prostu z innego znanego dzieła reżysera – „Człowieka z żelaza”.
Jest więc chronologiczny zapis historii bohatera. I dobrze, że jest. Dobrze, że jest, bo dla młodego widza to film zaskakujący. Zaskakujący, bo dla niego – a z takim właśnie widzem ja byłem na tym filmie – to zwyczajnie były prezydent, który co jakiś czas, w sposób mniej lub bardziej szczęśliwy, zabiera głos w publicznej debacie. Ten widz już zwyczajnie nie wie, że tenże Lech Wałęsa był 30 lat temu jednym z najbardziej znanych ludzi świata. Zwyczajnie – symbolem wolności. I dobrze, że takiemu widzowi Wajda to przypomina.
Przypomina, ale chyba w nie najszczęśliwszy sposób. Nie najszczęśliwszy, bo chyba nie najlepiej mieszający filmowe konwencje. Widz do końca więc nie wie, czy film Wajdy to opowieść fabularyzowana? A może paradokument? A może jeszcze coś innego? Tego tak naprawdę do końca nie wiadomo…
Jest jednak jeden wątek, dla którego ten film zapamiętam. Wątek granej przez Agnieszkę Grochowską Danuty Wałęsy. Ona – stojąc u boku dobrze granego przez Roberta Więckiewicza lidera Solidarności – jest dla mnie tak naprawdę prawdziwą bohaterką tego filmu. Kobietą z najwyższym trudem znoszącą to, że jej mieszkanie stało się miejscem publicznym. Kobietą z trudem, ale jednak godzącą się z tym, że wypuszczony z internowania mąż należy już jakby bardziej do wiwatujących przed blokiem tłumów, niż do niej i jej dzieci. Kobietą żyjącą w ciągłej niepewności czy aby to już dziś nie jest ten dzień by – aby nakarmić dzieci – trzeba będzie sprzedawać, zostawiane przez Lecha przed każdym wyjściem z domu, obrączkę i zegarek. Wreszcie kobietą, której przychodzi ostatecznie zastąpić męża także w polityce i odebrać w Oslo, przyznaną mu Pokojową Nagrodę Nobla.
No i właśnie. Z całego filmu Wajdy, poświęconego Wałęsie, to właśnie najmocniej zapamiętam. To, że Danuta Wałęsa odebrała w Oslo przyznanego mężowi Nobla. Bo to, co Wajda zrobił w tym filmie najlepiej, to pokazał ile w tych sukcesach, nagrodach i sławie męża było właśnie jej – Danuty Wałęsy. I to, że właśnie jej, chyba najbardziej, ten Nobel się należał…
Informacje o filmie:
Tu polityka zaczyna swój dzień: www.300polityka.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (102)