Ubiegły tydzień spędziłem w Rzymie i Neapolu. Nie będę wspominał o zabytkach czy o tamtejszych krajobrazach, bo to sprawy powszechnie znane. Ale, paradoksalnie, w trakcie tego włoskiego pobytu szczególnie uderzyło mnie jedno - widok młodych mężczyzn, niekiedy nawet chłopców, którzy przez cały dzień próbowali wcisnąć turystom, a to chroniący przed słońcem papierowy parasol, a to zestaw pocztówek za jedno euro, a to chustkę za cztery euro, którą jakaś turystka - zamierzająca zwiedzić któryś z rzymskich kościołów - może narzucić na odkryte ramiona. Podobnych młodych ludzi, parę lat temu, spotkałem również w Paryżu - tam z kolei wciskali miniaturki wieży Eiffla, breloczki z tą samą wieżą albo zestawy, tym razem paryskim, widokówek (Souvenir de Paris). Też za euro.
Łączyło ich jedno - wszyscy pochodzili z biednych, afrykańskich lub dalekowschodnich krajów. To było widać po ich karnacji. We Włoszech, czy we Francji, często przebywali nielegalnie. Gdy pod Colosseum podjechał radiowóz policji, grupka takich chłopców zaczęła w panice uciekać. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że oni po prostu próbują w ten sposób zarobić na swoje życie, a często także na życie swoich rodzin w dalekich, biednych krajach, wysyłając im raz na kwartał pięćdziesiąt euro. A obok tej biedoty widziałem tysiące zadowolonych ze swojego życia mieszkańców Rzymu czy Paryża. Siedzących w eleganckich restauracjach i degustujących kolację za 200 euro.
Czasami można usłyszeć, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga - braćmi i siostrami. Zbyt łatwo jednak zgadamy się z tym, by duża część naszych braci i sióstr żyła w warunkach urągających godności człowieka.


Komentarze
Pokaż komentarze