W Wielkiej Brytanii premiera Davida Camerona okrzyknięto niemal narodowym bohaterem. Stało się to po tym, gdy odmówił zgody na udział swojego kraju w ratowaniu finansów państw strefy euro. W Polsce na bohatera kreowany jest premier Donald Tusk. Za to, że - jak mówią niektórzy posłowie Platformy Obywatelskiej - wprowadził nasz kraj na salon rozgrywających w Europie. Problem w tym, że będziemy mogli w tym salonie siedzieć, ale nie będziemy mogli w nim o czymkolwiek decydować. I za samo siedzenie przy stole, obok kanclerz Merkel i prezydenta Sarkozy'ego, gotowi jesteśmy dopłacić do strefy euro grube miliardy złotych. W sytuacji, gdy jako państwo jesteśmy o kilka klas biedniejsi niż Wielka Brytania, a statystyczny Polak zarabia tyle, ile pracująca na niepełnym etacie pochodząca z Bangladeszu sprzątaczka w domu Brytyjczyka.
Rozumiem, że Niemcom i Francuzom zależy na ratowaniu bankrutujących krajów strefy euro. Ale podejrzewam, że powodem ich desperacji nie jest europejska solidarność, ale interes niemieckich i francuskich banków, które - licząc na krociowe zyski - przez lata skupowały greckie czy włoskie obligacje. Z punktu widzenia tych państw, najlepszym rozwiązaniem jest podzielenie się odpowiedzialnością za Europę, czyli trywializując, "wydojenie" innych - również tych, którzy do strefy euro nie należą. W tej sytuacji David Cameron na pierwszym miejscu postawił interes swojego kraju i jego mieszkańców. Donald Tusk odwrotnie - na pierwszym miejscu postawił interes eurostrefy.
PS. W ostatnim czasie politycy PO często podkreślają strategiczną wręcz rolę Polski w Unii Europejskiej. A jak jest naprawdę? Najlepiej oddaje to, zacytowana 10 grudnia przez PAP, opinia prezydenta Niemiec, według którego "stosunki Niemiec z Francją, Włochami i Wielką Brytanią są »filarami nośnymi w UE«". Jakoś Polska w tym gronie "filarów" wymieniona nie została.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)