2 obserwujących
21 notek
9216 odsłon
  197   0

Jozef Kapustka: Sobre la vida, el amor y la muerte

Wszyscy wiedzieli, że landlord powierzył mu skrajnie odpowiedzialne zadanie wystawiania i wciągania kubłów ze śmieciami i jeszcze mu za to płacił. A jak nie wiedzieli, to i tak się dowiadywali. Nawet Anglicy docenili w końcu jego kwalifikacje zawodowe i zaproponowali mu pracę w jednej z największych, najbardziej prestiżowych spalarni śmieci w całym Londynie. Zaufali mu do tego stopnia, że pan Wacek używał własnego obuwia, własnych rękawic i własnej odzieży ochronnej, które sam sobie kupił.

Jak bardzo pan Wacek był postacią wybitną w swoim środowisku niech świadczy fakt, że panowie Janusz i Zdzisiek, którzy mieli zaszczyt dzielić z nim basement flat, nie odważyliby się nawet półgębkiem czegoś powiedzieć o wiecznym smrodzie pana Wacka mimo że był  tak potężny że aż budził ich w nocy. Nie było to specjalnie praktyczne, bo nigdy nie pili razem. Pan Wacek wracał o świcie, kiedy panowie Janusz i Zdzisiek właśnie wychodzili. Rano pruli przed siebie  żwawo, rytmicznie, żeby nie powiedzieć radośnie, no zupełnie jakby się urwali z jakiejś kompanii reprezentacyjnej, a wieczorem - wtedy pan Wacek jadł śniadanie  -  trochę tak bardziej  wyglądało to już fristajlowo. Wiadomo o co chodzi.

Kiedy huragan zerwał dach, zawaliło się pół piętra i policja w środku nocy wystawiła wszystkich na ulicę z zakazem powrotu, pan Wacek bardzo to przeżył. Nie pozbierał się już. Ktoś go widział, jak spał na przystanku, ktoś inny na chodniku przed dworcem Victoria. Tam go pobili  tylko nie wiadomo czy udający Włochów Albańczycy czy Pakistańczycy i z Anglikami też mu się  od tego momentu przestało jakby układać. Podziękowali za współpracę  górnolotnymi frazesami i zapewnili o swoim nieutulonym żalu z powodu tego niechcianego przez nikogo rozstania.

Jakiś czas potem "Evening Standard" donosił: "Body of Polish man found dumped at west London rubbish depot".

***

Z Principessą umówiłem się na Schodach  Hiszpańskich koło  łódeczki, dokładnie w miejscu w którym przesiadywał Toto. Principessa nie wiedziała kim był Toto, ale nie o to chodzi. Pisała doktorat z jakiejś bardzo skomplikowanej tematyki w nikomu nie znanej dziedzinie, do tego cały po włosku, a ja odkąd zdiagnozowałem sam siebie jako kallipygofila lubiłem po prostu gapić się na pośladki Principessy. Cycki też miała całkiem niezłe.

Principessa z natury była cholernie małomówna. Jakbym jej kupił dajmy na to ciastko, to by siedziała i grzebała w tym ciastku bite półtorej godziny bez jednego słowa. Swoją drogą znaleźć temat, który zająłby Principessę to tak jak znaleźć igłę w stogu siana. Nie żeby się niczym nie interesowała, wręcz przeciwnie, wiedziała dokładnie wszystko  o wszystkim. Podejrzewam, że jakbym odkrył Amerykę to wiedziałaby o tym wcześniej ode mnie.
 
Opowiedziałem jej o Toto, musiałem przecież sam o czymś gadać bo Principessa była zajęta albo dłubaniem paznokciem w talerzyku Capodimonte albo  złośliwie wnikliwą obserwacją tłumu turystów na Via dei Condotti. No a co można było powiedzieć o Toto, chyba tylko tyle, że nie pamiętał skąd się wziął w Rzymie, w ogóle niczego nie pamiętał. Mnie też nie pamiętał, ani jak rozmawialiśmy o wiosennym słońcu,  najnowszej modzie sezonu 1933/4 i czymś tam jeszcze. 

Wiedziałem, że Principessa żałowała , że w ogóle przyszła.

***

W ramach dywersyfikacji portfolio spekulacyjnego Chester/Czesław zainwestował w wizytówkę. Była to jedna z tych wielu jego inwestycji o których nie do końca wiedział czy są krótko- czy długoterminowe. Mogło to też mieć jakiś związek z ruchem wskazówek zegara, ale nie musiało.

Dość na tym, że gość, z którym tym razem zamknął deal , wywiązał się z warunków umowy. Zwykle kroił Chestera/Czesława na nielegalnym jednorękim bandycie na zapleczu sklepu, ale Chester/Czesław miał rację, że przymykał na to oko bo oto w końcu na wizytówce pod wdzięcznym logo z kulą ziemską stanęło jak byk: Chester  International Company Ltd., President and CEO. Chester Int'l Ltd. zajmowała się dystrybucją wholesale kaset różnych takich Heino po festiwalach dla alte Kameraden w New Jersey. Wynajmowała gustowne biuro na środkowym Manhattanie z ekskluzywnym widokiem na chodnik. Jak na typowego zaharowanego biznesmena przystało, Chester/Czesław sypiał oczywiście w biurze i była to ze wszechmiar rozsądna decyzja. Główną atrakcją biura, zapewne w celu łagodzenia napięcia dziennych negocjacji, było rzężenie Frau za ścianą.  Płynne poruszanie się w niuansach rynku ułatwiał fakt, że Chester/Czesław był poliglotą, dlatego wszyscy doskonale go rozumieli: kiedy Murzynka opiekująca się Frau przychodziła upomnieć się o pieniądze za rent, Chester/Czesław mówił jej kulturalnie, dajmy na to po polsku, żeby spier.......ła. Zawsze działało. Taki miał już po prostu wrodzony talent do międzynarodowych negocjacji.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości