23 obserwujących
349 notek
532k odsłony
  1703   0

Glapiński skończy, jak …. Balcerowicz, w niesławie? – red. Wosiowi do przemyślenia

O polityce finansowej prezesa NBP miałem napisać dużo wcześniej, ale jakoś inne tematy uznawałem za pilniejsze. Jednak teraz, kiedy Salon, w osobie red. Wosia, wychwala decyzje obecnej Rady Polityki Pieniężnej, której przewodniczy prof. Adam Glapiński, nie mam już wytłumaczenia, „nie chcem, ale muszem” z redaktorem się nie zgodzić. Nie chcę wracać do wcześniejszych zasług prof. Glapińskiego, tych sprzed 1989r i tych późniejszych, po ‘89r, w tym do jego działalności w rządach Jana Bieleckiego, czy Jana Olszewskiego, ani oceniać jego układów z ówczesnymi ministrami finansów RP i prezesami NBP, bo przecież pewnie miał z nimi jakiś kontakt, ale chciałbym oprotestować te decyzje, które pan prezes NBP podejmuje teraz, a które wspomniany redaktor tak bardzo zachwala.

Zacznijmy od inflacji, która tak podoba się red. Wosiowi, że aż strach się pytać, czy nie jest on przypadkiem spadkobiercą idei głoszonych kiedyś przez prof. Balcerowicza, guru polskiej transformacji gospodarczej po 1989r, wicepremiera i ministra finansów w rządach p.premierów: Tadeusza Mazowieckiego, Jana Bieleckiego i Jerzego Buzka. Kiedy prof. Balcerowicz opuścił ławy rządowe został prezesem NBP, a jak po latach tamtej „chwały” został zapamiętany?

Decyzje prof. Balcerowicza, szczególnie te z pierwszego okresu jego rządów na państwowych posadach, podsycały szalejącą wówczas inflację. Dzikie prywatyzacje polskich firm produkowały wówczas masowe bezrobocie, a wprowadzenie przez Balcerowicza zmiennej stopy oprocentowania kredytów, nawet tych wcześniej zaciągniętych, dobijały kredytobiorców. Znam takie osoby, które w tamtym czasie brały niewielkie kredyty, wydawałoby się, na dogodnych warunkach, np. na dokończenie budowanych przez siebie domów, wykonanie tynków zewnętrznych, ogrodzenie terenu, itp., a zmienione warunki spłaty pożyczek postawiły ich nagle w dramatycznej sytuacji, domy potracili na rzecz banków i jeszcze zostali z długami do spłacenia.

Ktoś powie, że teraz sytuacja jest całkiem inna, kredyty są tanie, bezrobocie niewielkie, wykonawcy złaknieni roboty, nic, tylko się budować, kupować mieszkania, samochody i dobra wszelakie, oczywiście, na kredyt. I kto by się tam inflacją przejmował, która kreci się wokół 5%? Ale to złudne 5%. Materiały budowlane drożeją na potęgę, mieszkania u deweloperów zresztą też, a samochody w salonach i na giełdach również. Cena tych dóbr odgrywa coraz mniejszą rolę, liczy się popyt, a nienasycona podaż i właściwie „0” oprocentowania na lokatach bankowych robią swoje. Ludzie uciekają z gotówką z banków na potęgę i to niekoniecznie ci najbogatsi. Bogacze zawsze dadzą sobie radę, oni są przyzwyczajeni do ponoszenia ryzyka, raz stracą, raz zarobią, jak to w biznesie, normalka. Gorzej z tymi średniakami i mniej zamożnymi, dla nich nawet niewielkie oprocentowanie, takie zbliżone do inflacji, miało realne znaczenie, coś dało się za to kupić. To drobni ciułacze kupują mieszkania, po jednym, po dwa, pod wynajem, by nie dać się okradać bankom z oszczędności, które w bankach zjada inflacja. Oni na te mieszkania, i nie tylko, biorą kredyty, które teraz są względnie tanie, a które wg „nawiedzonych” ekonomistów tanie muszą być, by gospodarka się kręciła. Ci ekonomiści, a może red. Woś, wiedzą, kiedy to „eldorado” się skończy? Będzie tak, jak z kredytami frankowymi, z opcjami walutowymi, z przeinwestowanymi inwestycjami, które „tanie” kredyty zżarły? Nieuważni kredytobiorcy po tamtych pożyczkach do dzisiaj liżą rany, albo już ich w ogóle nie ma, bo nie wytrzymali presji, jakie wywierały na nich niespłacone długi.

Redaktor Woś cieszy się, że płace rosną coraz szybciej. Komu rosną, temu rosną, wielu nie rosną wcale. Pracodawcy zmuszani do podnoszenia płac minimalnych ograniczają inne, ruchome części wynagrodzeń i wszystko zostaje, tak, jak było. A inflacja robi swoje, wiele rzeczy drożeje, a prezes NBP cieszy się, że obligacje skarbowe schodzą, a właściwie, schodziły, jak „ciepłe bułeczki”. Ludzie uciekali ze swoim kapitałem w obligacje, ale zmądrzeli, nawet tu blokowanie pieniędzy na dłuższy okres się nie opłaca, bo oprocentowanie obligacji coraz marniejsze, a zapewnienia prezesa NBP, że wszystko jest pod kontrolą coraz bardziej niepewne. No, ale, jak się zarabia kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, wcale nie twierdzę, że prezesowi się nie należy, to, kto by się tam martwił drobnymi ciułaczami, grunt, że chwilowo to dobrze wygląda. Dla poprawienia sytuacji rząd zapowiada działania łagodzące, chociażby zniesienie tzw. wkładu własnego na niezbyt duże mieszkania i, że będzie zabezpieczał to specjalnymi gwarancjami, gdyby młodym cos się przydarzyło i nie mogliby spłacać kredytów. Ale, wszyscy to wiedzą, że „darmowych obiadów nie ma”, ktoś będzie musiał za to zapłacić, jak kredyty nie będą spłacane. I znowu czkawką odbijają się frankowi cze, banki coś im zwrócą z tego, co już wcześniej od nich wzięły? A skąd wezmą na to pieniądze? Państwo da, bo państwo ma? Banki, zwłaszcza nasze, to, za przeproszeniem, „gołodupce”, wszystko wydają na bieżąco, pensje prezesów, zarządów, menagerów, wszyscy musza zarabiać, a i koszty dodatkowe są, bo to i samochody, siedziby banków, itd. Bank, jak jakieś własne pieniądze ma, to tylko takie, które komuś wcześniej zabierze, w taki, czy inny sposób, też za coraz droższe przelewy bankowe, czyli, za wszystkie koszty bankowe płaci przysłowiowy Kowalski, pan red. Woś zresztą też, choć udaje, że tego nie wie. Fundusz Gwarancyjny, na który banki się składają, a którego gwarancje i tak są mocno ograniczone, to „mały pikuś”, który nie uniesie plajty nawet średniej wielkości banku, więc tylko pozostaje sięganie do budżetu, dla niektórych (red. Wosia?) worka bez dna.

Lubię to! Skomentuj124 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka