Jak nazwalibyśmy agresywnego osobnika, który w biały dzień, w miejscu publicznym, bez skrępowania i refleksji bije drugą osobę do utraty przytomności? Delikwenta, który podczas okładania ofiary pięściami wzywa swych równie prymitywnych kolegów do współuczestnictwa w zabawie. Osobnika, który nie przestaje maltretować bliźniego, gdy ten upada i nadal wściekle go kopie gdy ten leży bezbronny na ziemi. Osobnika, który na koniec siarczyście kopie go w twarz krzycząc “leż k****” by wreszcie wraz z kumplami odejść z podniesionymi rękami w triumfalnym geście niczym małpa. Prymityw, idiota, bandyta, przestępca, degenerat, zwyrodnialec to tylko niektóre słowa, które w sposób naturalny cisną się na usta. Wydawałoby się, że jest to jedyna słuszna ocena i reakcja na tego typu zachowanie… chyba że ów delikwentem jest kibol, a stroną oceniającą jest uczestnik tzw. obozu patriotycznego. Ostatnie wydarzenia w Gdyni, a zwłaszcza reakcja prawicowych mediów niestety tylko potwierdza ten smutny paradoks.
Ze zdumieniem podziwiam jak w ostatnich dniach ewoluuje narracja w odniesieniu do kompromitujących wydarzeń jakie miały miejsce w miniony weekend w Trójmieście. Pierwsza reakcja była do przewidzenia – starcie w sposób oczywisty musieli spowodować meksykanie. Dowodem na to jest reakcja “reżimowych” mediów. Strefa wolnego słowa tradycyjnie wzięła w swoją obronę biednych kiboli, którzy znów stali się obiektem medialnej nagonki sterowanej przez służby. Tym bardziej, że rozróba to jedynie efekt niewybrednego zachowania naszych gości z ameryki środkowej wobec bezbronnej kobiety, za której honor walczyli nasi dzielni młodzi patrioci. Niezależni dziennikarze utrzymują, że ma to być widoczne gołym okiem na materiale z kamer miejskich. Gdy prokuratura w oficjalnym oświadczeniu, jeszcze przed opublikowaniem materiału z monitoringu, podważyła teorię agresji meksykańskiej partyzanci wolnego słowa ujawniają kolejne szokujące fakty - wypowiadający się urzędnik ma coś wspólnego z aferą Amber Gold. Wreszcie gdy okazuje się, że film na który się powołują pokazuje kobietę, która nie tylko nie jest zaczepiana, ale wręcz oddaje meksykanom ich zgubę w przyjaznym geście okazuje się, że ów koronny dowód w postaci nagrania nie jest tym właściwym filmem. Na chwilę obecną obowiązującą wersją jest spisek władz miasta i/lub policji mający na celu ukrycie dowodów prowokacji. Mamy tu do czynienia z klasycznym zagraniem obozu patriotycznego – gdy fakty nie zgadzają się z teorią tym gorzej dla faktów. Brak lub niezgodność dowodów świadczy albo o ich zmanipulowaniu lub ukryciu. Tymczasem w najlepsze trwa niekończąca się historia o biednym kibolu i jego nieustającej walce z reżimem.
Mam wrażenie, że osoby o ściśle sprecyzowanych poglądach utraciły w ostatnich latach zdolność do obiektywnej oceny pewnych zdarzeń. Potępienie zachowania do jakiego doszło na plaży w Gdyni nie powinno zależeć od kontekstu, a już na pewno nie od sympatii politycznej. Dla przemocy nie ma nigdy racjonalnego uzasadnienia, bo nie są istotne motywy jakimi kieruje się sprawca. Nie ważne czy ów delikwent jest lekarzem, robotnikiem czy kibicem. Nie jest istotne czy czyni to z nudów, dla rozrywki, w celach rabunkowych, zemsty czy też w obronie kobiety, honoru, za matkę, ojczyznę, za klub piłkarski czy puszczę białowieską. Prymitywne zachowanie pozostaje prymitywnym zachowaniem bez względu na to kto, kogo i dlaczego bije do nieprzytomności. Nawet jeżeli to faktycznie meksykanie zachowali się niestosownie i przekroczyli pewne granice tolerowalności nie jest to powód do zorganizowania jatki z udziałem kilkudziesięciu bezmózgich osiłków, nie mówiąc już o próbie jakiegokolwiek racjonalizowania takiego zachowania.
Opisany wyżej światopogląd nie da rady tłumaczyć niczym poza cynizmem i polityczną koniunkturą. Nie od dziś kibole są stawiani na piedestale, zyskując uznanie prawicowych mediów i ich czytelników. Byli już nazywania patriotami, wręcz dumnymi dziedzicami Armii Krajowej i powstańców warszawskich. Byli stawiani jako wzór postawy obywatelskiej i okrzyknięci więźniami politycznymi. Byli wreszcie, co chyba najbardziej istotne, upatrywani jako klucz do obalenia rządów znienawidzonego Donalda Tuska. Lista pozytywnych określeń i pochwał zdawałoby się nie ma końca. Do jak kuriozalnej paranoi może doprowadzić tego typu narracja pokazała wczoraj Ewa Kochanowska. W rozmowie z Dorotą Kanią w Gazecie Polskiej poruszony został wątek wydarzeń na gdyńskiej plaży, a w szczególności motyw rzekomej obrony honoru bezimiennej polskiej plażowiczki. Pani Kochanowska bez chwili zastanowienia przyznała, że chętnie, gdyby została kiedykolwiek zaatakowana, przyjęłaby obronę jakiegoś dżentelmena. Tym samym kibol oprócz wymienionej wyżej litanii superlatywów zyskał jeszcze jeden przymiotnik w prawicowym słowniku – stał się gentlemanem. Najprawdziwsi z prawdziwych Polaków okazują także samcami pierwszego sortu, prawdziwymi mężczyznami. Z całym szacunkiem dla Pani Kochanowskiej i osobistej tragedii jaka ją spotkała, nie życzę jej aby kiedykolwiek musiała skrzyżować drogi z tego typu bohaterem.
Wszystkim zaślepionym prawicową papką propagandową sugerowałbym wizytę na stadionie w trakcie meczu ligowego – zaręczam, że cały ten zachwyt polskiej inteligencji nad patriotyzmem i wspaniałością kiboli zniknąłby w mgnieniu oka na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Barwne określenia męskiego przyrodzenia i kobiet lekkich obyczajów są znacznie częstszym repertuarem na trybunach niż Mazurek Dąbrowskiego. A to co się dzieje na stadionie to nic w porównaniu z tym co ma miejsce przed i po meczu. Tego niestety prawica nie potrafi lub nie chce dostrzegać - na tym właśnie polega paradoks kibola.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)