Bahrajn pozostaje wciąż jedynym miejscem, w którym „arabska wiosna” skończyła się bezapelacyjnym zwycięstwem rządzących. Chociaż bezpośrednio w demonstracjach brała udział nawet 1/6 społeczeństwa to niewielki rozmiar kraju i „bratnia pomoc” wielkiego sąsiada zdecydowały o szybkim zakończeniu niepokojów. Zginęło 31 protestujących, kilkudziesięciu opozycja uznaje za zaginionych, kilkaset osób aresztowano. Siły bezpieczeństwa w poszukiwaniu opozycjonistów urządzają rajdy na szkoły, uczelnie i szpitale. Zdaniem Lekarzy bez Granic zatrzymano wielu pracowników służby zdrowia udzielających pomocy rannym demonstrantom. Zniszczono gigantyczny pomnik wokół którego koncentrowały się marcowe protesty, media donoszą o zburzeniu 28 szyickich meczetów i innych budowli religijnych.
Zburzenie muzułmańskich miejsc kultu byłoby doskonałym newsem, gdyby zdarzyło się na terytoriach palestyńskich czy w Afganistanie. Gdy jednak winnymi nie są „zachodni imperialiści” lecz sami Arabowie, trudno zmobilizować się do zrobienia na ten temat jakiegoś obszernego materiału... Rządy państw zachodnich mają poważniejsze rewolucje na głowie, krajom arabskim zaś trudno znaleźć czas w przerwie między tłumieniem zamieszek u siebie a potępianiem „syjonistycznej okupacji” Palestyny. Sprawą zajmują się już tylko nieliczni idealiści, przez neokonserwatywnych obrońców zachodnich wartości nazywani pieszczotliwie lewakami i pożytecznymi idiotami. Protestował też powszechnie znany z przywiązania do idei humanitaryzmu libański Hezbollah...
Mieszkańcy Bahrajnu będą musieli poczekać na lepsze czasy by dokończyć rozpoczętą na wiosnę rewolucję. I tak mają szczęście żyć w liberalnym jak na arabskie standardy państwie, bo swoje postulaty mogą głosić otwarcie za pośrednictwem wybranych w demokratycznych wyborach parlamentarzystów. Pewnie długie lata upłyną jednak zanim zaczną oni w swoim państwie rządy wybierać, a nie jedynie ich politykę publicznie kontestować.
Nie widać też szansy na to, by dominujący w społeczeństwie (70%) szyici przestali być przez sunnicką elitę traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Trudno nie sympatyzować z tymi, którym odmawia się prawa do pracy w policji czy wojsku i którzy nie mają szans na karierę na wyższych szczeblach administracji państwowej. Dyskryminacja i prześladowania trwać będą nadal- chociaż pamiętać też należy, że ci dyskryminowani i prześladowani w większości nie należą do sympatyków liberalnej demokracji, lecz raczej systemu opartego na panowaniu szyickiej interpretacji prawa religijnego. Dają temu świadectwo protestując przeciw rozszerzaniu praw kobiet czy proponując segregację... rasową, pragnąc zabronić imigrantom z Azji Południowej osiedlania się w arabskich miejscowościach.
Arabscy szyici znad Zatoki Perskiej stali się niestety ofiarą geopolityki. Jak długo w Iranie panować będzie antyamerykański reżim islamski, tak długo państwa sunnickie będą mogły bezkarnie prześladować miejscowych szyitów licząc na pełną wyrozumiałość Zachodu. Z całą pewnością demokratyczny Bahrajn, idąc wzorem Iraku, przesunąłby się bowiem szybko w orbitę wpływów Teheranu, a USA musiałoby zastanowić się nad przeprowadzką 5 Floty w bardziej sprzyjające miejsce Zatoki. Dramatu by nie było, osłabienie sojuszniczej Arabii Saudyjskiej- jak najbardziej.
Odbiegając jednak w daleką przyszłość bez mułłów na stanowiskach rządzowych w Teheranie, czy szyici Zatoki Perskiej nie byliby dla Stanów Zjednoczonych o wiele lepszym partnerem, niż wspierające salafizm konserwatywne reżimy sunnickie? Sojusz z szyickimi: Iranem, Irakiem, Bahrajnem i (fantazjując nieco) Republiką (obecnie saudyjskiej, roponośnej) al-Ahsy miałby szansę zepchnąć wahhabitów do głębokiej defensywy. Kto wie, może za jakiś czas obecnie prześladowani staną się beneficjentami odmienionych układów geopolitycznych?




Komentarze
Pokaż komentarze