44 obserwujących
83 notki
216k odsłon
  1410   0

portret podróżny

Dziś powiastka o tym, dlaczego warto było uczyć się rosyjskiego, szczególnie gdyby ktoś pasjami nie płacił mandatów w Niemczech. Całą historię znam z pierwszej ręki, ale nie jestem upoważniony do podania danych osobowych źródła. Nazwijmy więc naszego bohatera panem Arkadiuszem.

Pan Arkadiusz to kawał chłopa spod Torunia, taki wiecie, jak stanie na budowie, to przy nim dwustulitrowa betoniara wygląda jak elektryczny młynek do kawy. Z zachowania dobroduszny, niemal safandułowaty. Oczywiście pozory mylą, ale niezbyt dramatycznie. Proszę się nie obawiać sensacji w typie rozlew krwi.

Pan Arkadiusz jak większość budowlańców życie spędził na podróżach po Europie i oddawał się temu zajęciu na długo przed tym zanim MWzWM zaczęli ryzykować eskapady bez paszportu aż na samą Słowację. W ogóle środowisko remontowo-budowlane to kosmopolici, przy których pracownicy agencji reklamowych są zapyziałymi zaściankowcami. Taki majster Zbyszek na przykład – pracuje w Niemczech, mieszkanie wynajmuje w Szwecji, a z żoną kłóci się i godzi w Polsce.

Pan Arkadiusz jechał sobie spokojnie przez Niemcy. Standardowa kontrola drogowa i dziwne pytanie: czy ma przy sobie tysiąc euro. Pan Arkadiusz powiedział, że niestety nie posiada takiej kwoty, więc poprosili go o wyjście zza kółka i podanie rąk do skucia, a następnie zapakowali i przewieźli do aresztu. Szczęście wielkie, że jechał samochodem kolegi a nie własnym, bo by mu transita nie tylko aresztowali, ale prosto skazali na dożywocie w związku z wyżej wzmiankowanym tysiącem. Panu Arkadiuszowi nazbierało się niemieckich mandatów na tysiąc euro i przyszedł czas, aby uregulować sprawę.

Była jakaś rozprawa, podczas której wyceniono jego przewinę na dwadzieścia euro dziennie i z rachunku już prosto wyszło, ile ma odsiedzieć. Pan Arkadiusz zaznaczył, bo człowiekiem jest uczynnym i o bliźniego się troszczy, żeby nie traktować tej kwoty obowiązkowo i z gwarancją, wszystko bowiem zależy od sądu. Sąd może wycenić dzień na dziesięć, piętnaście... Jemu wycenił na dwadzieścia.

Przez kilka dni przebywał w dużym więzieniu w Norymberdze. Jakieś dwa tysiące osadzonych, z czego tysiąc pięciuset to Rosjanie. Może oczywiście się mylić, ale Rosjanie stanowią wyraźną wśród wypoczywających w ośrodkach tego typu. Tam, gdzie odsiadywał większość kary, też przeważali Rosjanie. Jak jest potrzeba, żeby coś załatwiać w niemieckim więzieniu, to najlepiej załatwiać przez Rosjan. Nie mamy powodu wątpić w słowa pana Arkadiusza.

Ośrodek składał się z dwóch pawilonów. Jeden dla tych, którzy chodzili do pracy, a drugi dla tych, którzy nie mieli tego przywileju czy obowiązku – prawdopodobnie z powodu cięższego wyroku albo złego sprawowania. Wśród współwięźniów najwięcej takich, którzy podpadli za narkotyki i wynikające z uzależnienia przestępstwa. Najgorzej właśnie z narkomanami. Przez chwilę mieli w celi Turka narkomana i był strach. Nie o to, że coś im zrobi - tylko wariat mógłby testować siłę pana Arkadiusza. Strach jest o to, że taki narkoman w amoku może sam się pokrzywdzić, na przykład „rzucić na linę” i będą poważne kłopoty dla wszystkich. Poza tym narkoman spać po nocach nie daje, bo go nosi. Po kilka dniach przemeldowali go gdzie indziej – nie dopytałem, czy za sprawą kolegów Rosjan. Z kontekstu wynikało, że to właśnie oni załatwili Turkowi przeprowadzkę. Dla międzynarodowej spokojności.

W celi mieszkało kilku panów. Pan Arkadiusz zakolegował się z Sergiejem. Razem robili w fabryce. Pan Arkadiusz odświeżał sobie rosyjski, a w zamian Sergiej miał korepetycje z polskiego. Polaków mało, nie ma co liczyć na to, że będziemy trzęśli niemieckim systemem penitencjarnym. Pan Arkadiusz spotkał raptem dwóch. Z czego jeden tylko rozumiał po polsku, ale już nie był w stanie nic powiedzieć i jakby wstydził się, może nie chciał. Pan Arkadiusz wraz z kolegą w końcu uznali go za durnia. Termin Rosjanin jest oczywiście bardzo szeroki – jak imperium sowieckie. Niektórzy z okolic Kazachstanu.

Większość to trzydziestolatki – dorastali już w Niemczech. Dziwne mi się to zdało albo może tylko źle zrozumiałem. Chodzili tutaj do szkół i niemieckim posługują się, że zacytuję Pana Arkadiusza, posługują się niemieckim jak Wołodyjowski szablą. Mimo tego zawsze między sobą rozmawiają po rosyjsku. Niezależnie od wieku, czy to nastolatek czy stary chłop, wszyscy Rosjanie traktują się w więzieniu jak bracia. Taką mają zasadę, jeśli doda się do tego masę i zasiedzenie wielu z nich, to mamy wyjaśnione, dlaczego warto odświeżyć sobie rosyjski, aby poprawić komfort przymusowego wypoczynku w Niemczech.

Rozkład dnia jest prosty i, jak to bywa na wolności, powiązany z posiłkami. Nie wiem, co na to nowa salonowa specjalistka od żywienia, ale na śniadanie dają tylko kubek kawy zbożowej z mlekiem. O siódmej przechodzi się do fabryki. Potem są dwie przerwy na papierosa. Obiad zaczyna się kwadrans przed południem – tu pana Arkadiusz grymasem zaznaczył swoje obrzydzenie – ryż, makaron, kartofle. Potem znów do fabryki, odpoczynek i kolacja. Sześć skibeczek chleba, po trzy ciemnego i jasnego. Niedużych takich, do tego tylko jeden plaster kiełbasy, fakt że gruby, ale tylko jeden. I kostka masła na tydzień. Czasami zamiast kiełbasy jest tyle samo sera. Jednym słowem głodówka.

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości