Żyjemy w kraju symboli, których nikt nie zauważa, albo nie chce zauważyć.
W świecie znaków, które zapewne przez swoją wielkość są traktowane nie jak sygnał, przekaz, ale w najlepszym razie jak stan natury, element przyrody, na przykład łańcuch górski.
Dobra - wielkie, znaczące, jak Himalaje. Nie da się usunąć ani przejść. Tak być musi. Kręcimy modlitewny bębenek. Z czasem w ogóle przestajemy zwracać uwagę.
Zrytmizowany propagandowym przekazem łomot sypiącego się dla Polski Euro 2012 to największy, muzyczny przebój ostatnich tygodni. Budzący niczym niezmąconą radość i satysfakcję.
Tekstu przecież i tak nikt, nigdy nie słucha. Tym bardziej, że on w prawie wymarłym języku. Bo język, jak wiadomo, musi być wyłącznie giętki i pobudzający, a nie zrozumiały.
Tymczasem w świecie równoległym, rzeczywistym:
Nasze, polskie Titaniki AD 2012 i lat, które nadejdą, to są spadające z takich wiaduktów i mostów samochody, z rozkręconym na cały regulator radiem, albo tabletem w stacji dokującej, informującymi w radosnym tonie, że przecież nic się nie stało. Siedzącym w studio.
Żadna góra lodowa, bo ukradli ją właściciele knajp z wyszynkiem. Żadna awaria, bo statek z dnem z gazetowego papieru po prostu musi utonąć.



Komentarze
Pokaż komentarze