Z bełkotliwego, upozorowanego na rygoryzm prawny uzasadnienia wyroku przez sędzię Beatę Najjar (nazwisko warte upowszechniania i zapamiętania) warto wyłowić następujący fragment:
To oczywiste. Proces rozpoczął się sześć lat temu, a więc jak to się zwykło mawiać "w zupełnie odmiennej rzeczywistości politycznej". Teraz gangsterzy i im podobni po prostu Polska rządzą, z czego oczywiście coś, co się u nas nazywa ironicznie "wymiarem sprawiedliwości" doskonale zdaje sobie sprawę.
I nie jest istotne, czy do uniewinnienia bandytów doprowadziła, jak chce sąd, niedbałość prokuratury, czy też może największy wkład wniosła w ten historyczny wyrok sędzia o intrygującym nazwisku. W obu wypadkach była to moim zdaniem działalność w pełni świadoma i zamierzona, a zapewne obie strony scigały się w zapisaniu we wdzięcznej świadomości oskarżonych, jako ta aktywniejsza.
Oprócz uniewinnienia tych, których uniewinnić była najwyższa potrzeba (jak to się nazywał kolega gangsterów na Wybrzeżu - Józef Bąk?), ramię sprawiedliwości III RP osiagnęło jeszcze jeden cel. Wyznaczony sobie z wielką zapobiegliwością i starannością.
Chodzi o kompletną dyskredytację instytucji świadka koronnego, oraz przestrogę dla wszystkich potencjalnych ochotników do tej roli.
No bo bądźmy poważni. Jakie mogą grozić kary za to, że przedstawiciele władzy wydają rozmaite polecenia ustnie, z pominięciem wszelkich procedur lub dokumenty poświadczające takie decyzje niszczą, na przykład - oczywiście czysto hipotetyczny - dotyczące polecenia zaniesienia jakiejś paczki do samolotu prezydenckiego?
Grzywna?
No a gdyby sąd musiał lub chciał potraktować zeznania otrzymującego takie polecenie serio i ten byłby o tym przekonany?



Komentarze
Pokaż komentarze (11)