18 obserwujących
167 notek
123k odsłony
2143 odsłony

Długo i rozwlekle o czymś, co wciąż kocham

Wykop Skomentuj204


Kim był Yossarian? Co to jest Macondo? W jakim celu przybył Woland do Moskwy? Ile lat czekała Penelopa na Odyseusza? Kto powiedział, że „Polacy nie gęsi...”? Co to znaczy, że „dobrze widzi się tylko sercem”? Do jakiego zakonu należał Wilhelm z Baskerville? W jakiej postaci objawiał się innym Aslan? Dlaczego Werter popełnił samobójstwo? Czy Wokulski był dobrym człowiekiem? Jaką przywarą grzeszył Tartuffe? Kim byli Atos, Portos i Aramis? Gdzie sprawował swoje rządy król Artur? Czyim kochankiem był Tristan? Po jakiej rzece podróżował tratwą Huck Finn? Czy Józef K. wygrał swój proces? Ile krain zwiedził Guliwer? Tron jakiego kraju miał odziedziczyć Hamlet? Dlaczego Mowgli odszedł z dżungli? Kogo ścigał kapitan Ahab? Jaki był koniec Heathcliffa? Czy Sherlock Holmes był żonaty?

Jeśli potrafisz odpowiedzieć na powyższe pytania, drogi Czytelniku, to tylko dlatego, iż posiadłeś za młodu szlachetną umiejętność czytania. Zmuszany w szkole, zachęcany przez rodziców i znajomych, a w końcu zaciekawiony reklamą i opiniami krytyków – pochłaniałeś lekturę za lekturą, czasami zaintrygowany, czasami potężnie znudzony, czasami miotany sprzecznymi uczuciami. Jeśli zasmakowałeś w czytaniu, nie ograniczałeś się do wielkich, epokowych dzieł, lecz wybierałeś także te mniejsze, pośledniejsze, nie wzbudzające emocji u zawodowych oceniaczy literatury lub wzbudzające emocje wyłącznie jako reprezentacja określonej niszy. Z biegiem czasu coraz bardziej wyrabiał Ci się gust i zaczynałeś się skłaniać ku wybranym gatunkom. Rozumiałeś jednak, jak ważna jest znajomość przynajmniej części klasyki albo chociaż nazwisk słynnych pisarzy i poetów i dlatego teraz z niedowierzaniem oglądasz filmy na YouTube, w których młodzi ludzie mówią, że Frankenstein to imię potwora, Piętaszek był Afroamerykaninem, a Kapuściński... kim??? (Przykłady są wymyślone, lecz filmiki na YT ukazujące ignorancję młodego pokolenia istnieją naprawdę.)

Są takie dzieła, które wypada znać nie (tylko) dlatego, że są wspaniałe, porywające, wielkie, lecz dlatego, iż stanowią nasze – polskie, europejskie, ludzkie – dziedzictwo. Żyjąc w powszechnej świadomości narodu, grupy etnicznej, rasy, spajają daną grupę niezależnie od jej liczebności, są ogniwem łączącym starsze pokolenia z następnymi. Niestety, jest ich tak wiele, że chęć przerobienia w szkole czy na studiach choćby jednej setnej żelaznego kanonu zmusza nauczycieli do omawiania nie całości wybranego utworu, a zaledwie skromnej jego części. Dla mnie jest to oczywiste barbarzyństwo: ogólna redukcja treści, „poprawianie” jej w celu uczynienia zrozumiałą dla młodszego czytelnika, czytanie fragmentów – to gwałt na książce i budzi mój stanowczy sprzeciw. Pewnych pozycji już nie zaliczę, gdyż... przeczytałam je po wielekroć w ich dziecięcej wersji. A szkoda. Lepiej nie wydawać czegoś wcale, niż „upupiać” dzieło pozbawiając je „nieprzyzwoitych” kawałków.

Skoro jednak nawet całej klasyki przeczytać nie zdołamy, to cóż mówić o dziesiątkach tysięcy ciekawych pozycji wydanych dawniej i wydawanych teraz? Kto dzisiaj czyta Bratny'ego, Kawabatę, Gravesa, Rushdie'go, Makuszyńskiego, Bierce'a, Tagore, Curwooda, Waltari'ego, Mowata, Ballarda, Hughesa, Doctorowa, Kraszewskiego, I. Murdoch, F. O'Connor, E. Wharton? Kto czyta antologie opowiadań radzieckich, NRDowskich, czechosłowackich? Ile osób interesuje się literaturą spoza kręgu kultury anglosaskiej? A co z autorami, którzy nawet w swoich czasach nie przebili się do świadomości przeciętnego czytelnika? Co z tymi, których twórczość zna tylko najbliższa rodzina, ewentualnie sąsiedzi, gdyż nie dane im było cieszyć się choćby najskromniejszą popularnością? Ile może i nie wybitnych, ale za to ciekawych dzieł zaginęło w odmętach papierowego biznesu? Ile ginie dzisiaj, gdyż nikt nie robi im reklamy? Znajduję je na Allegro, są to wydania sprzed kilku, kilkunastu, czasami kilkudziesięciu lat, kosztują po kilka złotych i... czekają na chętnego. Niektóre nie doczekują się nigdy.

Co sprawia, że jedna książka zyskuje rozgłos i uznanie czytelników, a inna przynosi wydawnictwu straty? Dlaczego jedna staje się „kultowa”, a inna rozbłyskuje na moment, żeby później zaginąć w mrokach niepamięci? Za jaką to przyczyną jedni pisarze dostają się do panteonu mistrzów słowa, a o innych słyszała zaledwie garstka fanów? Możemy się pocieszać, że odchodzą w czeluść zapomnienia tylko kiepskie lektury, ale to przecież nieprawda. Widzę, jak ludzie czytają (np. w autobusie), jeśli już jednak uda mi się dokładniej przyjrzeć książce, są to zazwyczaj pozycje modne, polecane przez krytyków, celebrytów, blogerów. Ostatnio natrafiłam na leżący na parapecie pracowni RTG „Sezon burz” Sapkowskiego. Pilch, Masłowska, Christie, Brown, Szwaja, Dukaj, Rowling, Grisham i wielu innych bryluje na salonach i zarabia na swoim pisaniu, podczas gdy tylu świetnych twórców przykrył kurz tak gruby, że odgrzebać ich mógłby prawdziwy pasjonat.

Czy ja jestem takim pasjonatem? Wątpię. Nie przeczytałam mnóstwa książek, które przeczytać powinnam. Z jednej strony żałuję, z drugiej, cóż, godzę się z tym, że na pewne rzeczy jest już za późno. A może nie? Czasami chwycę za książkę, zanurzam się w wymyślonym świecie, przeżywam przygody i rozterki bohaterów. Coraz częściej łapię się na tym, że wolę czytać o tym, co realne, pogłębiać swoją wiedzę, stąd pewnie to zamiłowanie do Internetu. :) A mądry człowiek sięgnąłby po literaturę faktu. Tyle na moich półkach książek o zwierzętach... Tymczasem ze mną jest tak, że nawet lekka beletrystyka szybko mnie nudzi, szukam wciąż czegoś innego i ciekawszego. Tak, stuprocentowa wina Internetu. :) Moją ogromną przywarą jest szybka utrata zainteresowania daną lekturą, potrzeba ciągłego stymulowania emocji i wyobraźni nowymi podnietami.

Co to ja ostatnio czytałam (fragmentarycznie)? „Kwiaty śliwy w złotym wazonie”, „Lustro” de Assisa, „Wino o południu” Porter, „Tytus Groan” Peaka, „Letni dom wampirów” Loebla, „Spis rzeczy” Bardijewskiego, „Blagier” Fry'a, „Przygody Dyla Sowizdrzała” de Costera, „Wielkie sekretne widowisko” Barkera, „Biały pałac” Savana, „Święta u Coole'ów” Stephensa, "Lekcja geografii" Mirkowicza – niektóre pozycje zdecydowanie zamierzam dokończyć, inne mnie poważnie rozczarowały. Przerzucam się z jednej lektury na drugą. Wiem, to niedobrze. Moją pasją są audiobooki, których naściągałam sobie przez kilka lat w ilości tak szalonej, że nie zapoznam się nawet z 5 % swojego zbioru (muszę dokończyć „Której imię wymazano” D. W. Cross i „Anegdoty o przeznaczeniu” Blixen, może uda mi się przebrnąć przez „Nakarmić wilki” Nurowskiej; z przyjemnością przesłuchałam kilka opowiadań ze zbioru „Zachcianki”, ale na razie mam dosyć; po dwóch opowiadaniach z „Trylogii nowojorskiej” Austera nie jestem pewna, czy warto odsłuchiwać ostatnie). Niestety, znajdują się na dysku, który w części uległ uszkodzeniu i muszę prosić o pomoc w ich odzyskaniu.

Nie uważam swojego gustu za wzór do naśladowania. Wciąż skłaniam się ku powieściom grozy, aczkolwiek w coraz mniejszym stopniu. To, co czytam, musi wpływać na moje emocje, gdyż z przeczytanej czy przesłuchanej lektury zapamiętuję głównie obrazy, które wywołały we mnie sploty słów; same słowa, zwroty, zdania zapamiętuję znacznie rzadziej. Bardzo lubię opowiadania, może właśnie dlatego, że szybko się nudzę. Przerażają mnie długie serie, podchodzę do nich jak do jeża (z paroma wyjątkami). Raczej nie sięgnę po Pratchetta, Martina, Herberta (Franka, nie Zbigniewa) czy cykl „Mroczna wieża” Kinga. Zresztą Kingiem nigdy nie byłam specjalnie zachwycona (przesłuchałam kilka jego historyjek, obejrzałam kilka filmów na motywach napisanych przezeń powieści). Zdecydowanie wolę s-f od fantastyki, nawet tę starą, zjełczałą s-f, której przepowiednie dotyczące rozwoju technologicznego i społecznego w najmniejszym stopniu się nie sprawdziły, albowiem urzeka mnie wyobraźnia jej twórców, podczas gdy fantastyka opiera się na kilku ogranych motywach (oczywiście mogę się co do niektórych pozycji mylić).

Wróćmy jednak do poruszonego wcześniej zagadnienia, czyli duchowego „zgonu” lwiej części literatury. Zaglądam na Onet i co widzę? Spis stu książek, które warto przeczytać. A gdzie wśród nich Cervantes, Huxley, Thoreau, Dumas, Murasaki Shikibu, Wu Cheng’en, Eco, Czechow, Melville, London, Hawthorne, Bułhakow, Hugo, M. V. Llosa, Remarque, Kesey, Palahniuk, Tołstoj, Brontë, Calvino, Fowles...? O naszych rodzimych autorach nie wspomnę. Skoro nie sposób poznać choćby ułamka klasyki, ba!, choćby ułamka tworów z ulubionego gatunku, to czym się kierować, wybierając lekturę? Czy warto ufać zawodowym krytykom czy może raczej recenzentom-amatorom? Czytać opinie internautów czy stosować metodę „szansa dla 20-30-tu stron”? A może wszystko naraz? Tyle arcyciekawych płodów umysłu czekających na kogoś, kto da im szansę, tyle przedziwnych światów do zgłębienia, tyle mądrych refleksji do rozważenia... A czasu, chęci, a niekiedy i możliwości intelektualnych – niewiele.

Dlatego żal mi tych wszystkich zapomnianych książek, tych wszystkich wykreowanych z pietyzmem i fantazją rzeczywistości, które mogłyby dać naszym umysłom odskocznię od szarości dnia codziennego. Naprawdę, współczuję tym biednym, kurzącym się gdzieś w magazynach, na strychach czy w pudłach książkom, w które ktoś kiedyś włożył sporo serca, ktoś inny wydał, licząc na zysk, a one teraz umierają przez zapomnienie. Dotyczy to także książek współczesnych, nie promowanych z taką siłą, co cykl o Harrym Potterze czy namiętnym panu Grey'u. Iluż to całkiem niezłych pisarzy nie poznamy, ile nazwisk wraz z niezwykłymi wizjami, intrygującą fabułą, wartościowym przekazem i soczystym językiem pochłonie nicość, czyli – przekładając na nasze – pies z kulawą nogą ich nie kupi (może poza rodziną autora). Współczuję każdemu, kto miesiącami ślęczał nad kartką czy przed monitorem komputera, wymyślając ciekawy rozwój akcji, dopieszczając zdania, cyzelując dialogi, a jeśli już udało mu się wydać swoje dzieło, uderzyło ono w rozciągnięty w nieskończoność mur obojętności krytyków i niewiedzy potencjalnych czytelników.

Ale żeby nie było, że wychwalam całą literaturę jak leci. Wydawane są wszakże i paskudztwa, które nadają się jedynie na rozpałkę. Tak jest, niektóre książki okrywają artystyczną hańbą ich grafomańskich twórców, przynoszą wstyd wynalazkowi pisma i zaprawdę powiadam wam, z wielką rozkoszą wrzuciłabym je do ogniska. Nie każdy powinien pchać się ze swoimi fantasmagoriami i przemyśleniami do drukarni. Przeczytałam kiedyś dwa krótkie, ale tak kiepskie (w moim odbiorze) horrory, że miałam ochotę podrzeć je i wyrzucić do śmieci. Właściwie to... nie pamiętam, czy przypadkiem tak właśnie nie postąpiłam. :) Książki są jak zwierzęta: naczelną zasadą powinien być szacunek i dbałość o każdy gatunek, ale zdarzają się takie cholerstwa, jak np. moskity, komary bądź szarańcza, o których zniknięcie modli się wielu ludzi. Dlatego nie mam oporów i stwierdzam, że niektóre książki to po prostu chłam, na który szkoda tuszu i papieru.

A większość? Cóż, nie musi być i z pewnością nie jest wybitna. Ważne, żeby lektura do kogoś przemawiała, rozbudzała czyjąś wyobraźnię, przekazywała jakąś wiedzę. Dla każdego coś miłego (inspirującego, intrygującego, zabawnego, pouczającego, rozluźniającego, przyjemnego). Oczywiście upodobania czytelnicze kształtuje w znacznej mierze moda, a ta bywa dyskusyjna. Pamiętam, że w latach 90-tych dzieciaki z mojej podstawówki czytały namiętnie „Sagę o ludziach lodu” M. Sandemo i Williama Whartona. Chcąc sprawdzić zalety tej literatury kupiłam sobie „Franky'ego Furbo”, jednak po kilkunastu stronach zarzuciłam czytanie, co jak na maniakalnego mola książkowego było dość osobliwe. Początek XXI-ego wieku przyniósł ogromną popularność Coelho. Wzięłam się zatem za „Alchemika”. Znowu pudło: odrzucił mnie styl, treść nie ciekawiła. W wieku 25-ciu lat, zachęcona przez znajomego, złapałam się za opowiadania o Jakubie Wędrowyczu. Pierwsze fajne, drugie fajne, trzecie... Nie, już dziękuję. Poczułam dziwny przesyt, bajeczki o wiejskim egzorcyście-bimbrowniku wydały mi się dziwnie płytkie i nudnawe. Jeszcze gorzej było z „Dziennikiem Bridget Jones”: lektura lekka i przyjemna niczym beza, ale... co czujemy, jeśli zjemy zbyt dużo bezy? To nie były książki złe, tylko niespecjalnie w moim guście. Whartonowi i Pilipiukowi dam pewnie jeszcze szansę, w końcu upłynęło tyle lat...

Mój ojciec twierdzi, że niedługo ludzie całkowicie przerzucą się na czytniki. Z jednej strony trochę mnie to mierzi, książki są bowiem cudowne, mają w sobie tyle uroku, można je przytulić, ścisnąć, powąchać, pozaznaczać ciekawe fragmenty. Z drugiej – czytnik jest przecież cholernie ekologiczny! I wygodny. I praktyczny. Założę się jednak, że poza klasyką trudno trafić na cyfrową wersję starszej pozycji. Na razie martwmy się, żeby za kilkadziesiąt lat w ogóle jeszcze ktokolwiek cokolwiek czytał, a nie tylko oglądał seriale. Nie będę więc (za dużo) psioczyć, jak znowu ujrzę kogoś z najmodniejszym romansem czy kryminałem w dłoni. To chyba lepsze od oglądania głupich filmików na YouTube, czyż nie?

Wykop Skomentuj204
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura