25 obserwujących
256 notek
245k odsłon
  781   0

Jak dobrze wychować dziecko? (Rozkosze trudnego macierzyństwa.)


Jest to notka cholernie osobista, sentymentalna i zapewne nudna. Malkontentom i moralizatorom z góry dziękuję za uwagi, ale cenię tylko merytoryczną krytykę.

Odpowiedź na pytanie tytułowe brzmi: NIE MAM POJĘCIA. Nie wiem, czy potrafię być dobrą matką. Staram się być matką poprawną, czyli taką, co to da jeść, zmieni pieluchę, wyprowadzi na spacer i utuli w płaczu. Nie znam podstaw pedagogiki, nie czytałam żadnej książki o wychowaniu dzieci, nie udzielam się na blogach parentingowych. Wszystko robię „na czuja” – i to chyba powinnam zmienić, bo nie jestem w stanie przeskoczyć pewnych trudności. Wszystko, co robię, do czego DĄŻĘ, sprowadza się do „Uważam, że...”

No więc uważam, że PIERWSZYM zadaniem rodzica jest nauczenie dziecka samodzielności i radzenia sobie w życiu. Wszystkie zwierzęta, w tym ludzie, powinny powoli przygotować swoje potomstwo do wejścia w etap dorosłości i odejścia na swoje. Mnie tego tak do końca nie nauczono, ale czy była to jedynie wina moich rodziców? Nie ma sensu tego roztrząsać, w każdym razie staram się wymóc czasem na dziecku zrobienie czegoś samej: rozebranie się, wrzucenie ubrań do pralki, posprzątanie swoich zabawek, odniesienie talerza do zlewu. Nierzadko reakcją jest bunt, złość, histeria. Wtedy robię to coś sama. Wszystko w swoim tempie – powtarzam sobie. Zastanawiam się nieraz, czy będę potrafiła znaleźć złoty środek pomiędzy słuszną pomocą a wyręczaniem dziecka.

Drugim zadaniem rodzica jest nauczenie dziecka współżycia z ludźmi. Złośliwcy piszą, że jedynacy to egoiści i narcyzy. Tylko jak to zmierzyć? Postaram się nauczyć dziecko dzielenia się z innymi, wspierania ich i poszanowania cudzej własności. Jednak dzielenie się i współpraca to jeszcze nie altruizm. Altruizm polega na całkowitej bezinteresowności, braku oczekiwania na dobro ze strony wcześniej obdarowanych. A dziecko ma przede wszystkim umieć radzić sobie z bliźnimi. Wymaga to wypracowania w większości sytuacji kompromisu, lecz tylko do pewnego momentu. Moje dziecko ma być życzliwe i skore do pomocy, ale nie wolno mu dać sobie wejść na głowę; im będzie starsza, tym mniej ma się trzymać stada. No ale jeśli wdało się we mnie, to sama to zrozumie...

Trzecim istotnym zadaniem dla rodzica jest wpojenie dziecku pewnych przydatnych w życiu nawyków i umiejętności. I tutaj leżę i kwiczę. Nie umiem tak się bawić z dzieckiem, żeby jednocześnie nauczyć je choćby podstaw pisania i czytania. Nie zachęciłam go do słuchania bajek. Bajki to ona ma w telewizorze. To mój śmiertelny błąd, powinnam była czytać jej książki, kiedy leżała jeszcze w rożku. Uwielbia grać na telefonie, który często trzeba jej po prostu zabrać. Nie jestem pewna, jak wydobyć z dziecka ukryte talenty. Czy powinnam ją gdzieś zapisać? Tyle, że ona się jeszcze nie nadaje nawet do przedszkola. A w tym roku musimy już ją tam posłać.

Czwartym zadaniem rodzica jest wpojenie dziecku konkretnych przekonań moralnych oraz kryteriów, jakimi powinno oceniać rzeczywistość. Nie będę tego rozwijać, każdy, kto czyta mojego bloga, wie, co uważam za dobre i mądre, a co za złe i głupie. Dlaczego moralność stoi u mnie dopiero na czwartym miejscu? Cóż, chciałabym, żeby moja córka wyrosła na człowieka szlachetnego, lecz ważniejsze jest dla mnie (jak chyba dla każdej kochającej mamy), żeby była samodzielna i pewna siebie – bo to jest podstawą udanego życia. (Nie znaczy to, że zaakceptowałabym łajdactwo.)

Uważam, że niewłaściwe jest zarówno zostawienie dziecka samemu sobie, żeby robiło wszystko, na co ma ochotę, jak i zawalenie go obowiązkami czy zajęciami dodatkowymi. Rodzice powinni się z dziećmi bawić i spędzać z nimi dużo czasu, żeby je czegoś nauczyć i nawiązać z nimi więź. Tyle moich przekonań, a rzeczywistość? Jestem osobą skrajnie introwertyczną, nie przepadającą za zabawą z maluchami. Staram się dopasować do oczekiwań maluszka i jeśli chce, to się z nią bawię, albo pilnuję, żeby za bardzo nie narozrabiała (kiedy np. skacze po łóżku czy „maluje” farbami). Zauważam w sobie jednak niezdolność do bycia matką-wychowawcą, tzn. taką, która aktywnie kształtuje charakter i upodobania potomstwa. Jedyne, co mi się chyba udało w niej jako tako zaszczepić, to zainteresowanie zwierzętami. Uczyłam ją nazw, oglądałyśmy obrazki w książce, wycinałam dla niej fotki „braci mniejszych”. Ale więcej w tej kwestii zdziałała chyba telewizja.

Cieszę się moim dzieckiem, nawet jeśli czasami czuję się przy niej wyczerpana. Jest to tak żywy, niesforny, czasami diabelsko niegrzeczny bachorek, że jej tatuś podciąga to pod ADHD. Na spacerach jest z nią poważny kłopot: ciągnie za ręce inne dzieci, zabiera zabawki, zaczepia dorosłych. Wizyta u logopedy zakończyła się fiaskiem, nie pozwoliła na normalne badanie. Trzeba będzie iść do psychologa. Dawniej takiemu dziecku przysolono by porządnie w tyłek, teraz trzeba nad nim i z nim pracować.

Wiem, że cztery lata to piękny wiek, lecz z niecierpliwością wyczekuję chwili, w której będę mogła pójść z moją córką do wesołego miasteczka, na dłuższą wycieczkę, do sklepu, w którym samodzielnie wybierze towar. Może wydawać się to dziwne, ale czekam na krytykę z jej strony, na to, aż zaczniemy poważnie dyskutować, aż stanie się całkowicie odrębnym, samodzielnie myślącym bytem. Modlę się tylko, żeby wyrosła na lepszego człowieka ode mnie.


Lubię to! Skomentuj51 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości